LEVANT na blogu

czyli co pisałam na żywo przed, w trakcie i po wyprawie do Syrii i Jordanii

 

SYRYJSKIE ŁAZIENKI   29.08.2010

http://milimetr.net/2010/08/syryjskie-lazienki/

Nie, nie będzie to wpis o współczesnej ceramice użytkowej (eufemistycznie białym montażem zwanej), z ornamentalnym szlaczkiem „made in Syria”
Nie będzie to również wpis o powszechnych na Bliskim Wschodzie problemach kanalizacyjnych  (choć niewykluczone, że taki niebawem powstanie). Ani nie będzie to wpis o królewskich założeniach parkowych, ale już pałacowych w pewnym sensie jak najbardziej. Gdyż będzie to wpis o 51 latach polskich wykopalisk w Palmyrze -  syryjskiej „królowej pustyni”, a w zasadzie o średnio porywającej, zupełnie nie rozreklamowanej, wystawie w warszawskich Łazienkach (coś mnie mocno do nich ostatnio ciągnie :-) ), która na domiar wszystkiego właśnie się skończyła :]

No i co z tego, że skończyła? W dniu wczorajszym – tym swoistym „finisażu”, oprócz mnie naliczyłam jeszcze jedną panią, pilnującą tzw. „eksponatów” (tj.głownie plakatów ze zdjęciami oraz gipsowych kopii niedokładnie wiadomo czego) oraz, a jakże – była taka!, jedną osobę zwiedzającą. No to się naliczyłam!

Oczywiście wcale mnie to nie dziwi, bo w naszym pięknym, wierzbą porośniętym kraju, archeologia ciągle jest postrzegana jako pewien rodzaj nieszkodliwego świra, która przecież nikomu do niczego nie jest potrzebna. Co innego HISTORIA! O tak, historia tak! byleby nie starsza niż 200 lat!
Ja wiem, że przesadzam, ja wiem, że są archeolodzy, których szanujemy i podziwiamy np.taki Indiana Jones! No bo  któż go nie kocha?! Ja zresztą też :-) . Bywali nawet tacy, którzy kierunek studiów wybierali, zafascynowani osobą Indiany J. A pewna anegdotka „branżowa” opowiada  o kandydacie na studenta, który podczas rozmowy kwalifikacyjnej zapytał : „a czy 5 z WFu liczy się do średniej egzaminacyjnej?” Co za głupie pytanie! Oczywiście że tak! 5-tka z WF-u zwalnia z testu sprawnościowego, który zawiera m.in. następujące elementy - patrz film obok :-)

„Ostatnia Krucjata” kręcona była częściowo w jordańskiej Petrze, którą to wraz ze słynnymi skalnymi grobowcami, mam nadzieję wreszcie już bardzo niebawem zobaczyć :-)

INDIANA JONES m.in. w Petrze:

800px-lazienki_park_warsaw_about_1900

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100314-25

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100829-palmyra-13fr

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100829-palmyra-18fr

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100829-palmyra-24

Pierwsze podejście było już w 2004 roku, kiedy to próbowałam zaatakować Jordanię od południa, z Synaju. Ale się wówczas nie udało, bo akurat fajne chłopaki z Hamasu, czy też inne fajne bojówki z Palestyny odreagowywały przegraną (50 lat wcześniej!) wojnę o Synaj – czytaj:  wystrzałowa impreza z fajerwerkami (bomby, wybuchy, eksplozje, te sprawy) sparaliżowała okolicę i mnie razem z nią dość skutecznie.
No, ale tym razem nasz „szturm” nastąpi z północy, czyli z Syrii.
Bo tak naprawdę to Syria jest celem głównym tegorocznej wyprawy, Jordania tylko małym wypadzikiem przy okazji.
Team bojowy ten sam od lat: siostry J&M Hedgehogs and mła. A wylot już za 2 miesiące!!!To naprawdę bardzo niedługo :) 

Wizy już mamy, oto ona:

może i graficznie średnio porywająca, ale za to pracownicy ambasady przemili!

Ale chwilunia, momencik, czy te ruiny w tle wizy to nie Palmyra właśnie?!

No właśnie, wracając do polskich wykopalisk w Palmyrze: nowożytnym pionierem (polskich) badań archeologicznych w Palmyrze był niewiele tylko mniej znany od Indiego J., „ojciec polskiej archeologii” prof.Kazimierz Michałowski. Po nim pałeczkę przejął i dzierży do dziś prof.Michał Gawlikowski, a taką malusią odcinkową pałeczkę dzierżyło parę jeszcze innych znajomych mi osób z „małą Anią”-pasjonatką Syrii i archeologii na czele!

Co nie znaczy, że Palmyra była wcześniej nieznana. Wręcz przeciwnie. Choćby już z końca XVIII wieku pochodzą, również eksponowane na wystawie, w budynku Podchorążówki, szkice architektoniczne wykonane przez Luisa Francoisa Cassas’a.

Jako się rzekło: wystawa trwała krótko, przeszła bez echa, składała się z paru obrazków wywieszonych tu i ówdzie w Łazienkach Królewskich. W tym, w najlepszym dla nich miejscu, t.j. w Teatrze Na Wodzie, którego projektanci Dominik Merlini i  Jan Chrystian Kamsetzer, wzorowali się na… ruinach Palmyry!

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100314-21b

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100314-96

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100829-palmyra-16

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100829-palmyra-22

warszawa-trakt-ujazdowskie-lazienki-20100829-palmyra-2fr

POZNAJ SYRIĘ NA MARSIE!

26.09.2010 http://milimetr.net/2010/09/poznaj-syrie-na-marsie/

Ten spontanicznie utworzony slogan reklamowy powstał z inspiracji targami turystycznymi przy ul.Marsa, które reklamowały się hasłem „Poznaj Syrię”, i na które, rzecz jasna, w ramach powolnie raczkujących przygotowań do podróży, miałyśmy się z siostrami JJ dziś wybrać! I kiedy już precyzyjnie umówiłyśmy się na tę eskapadę (dla niezorientowanych: nazwa ulicy Marsa odzwierciedla jej odległość od miasta – choć to jest tylko moja teoria, z którą być może mieszkańcy  np. Grochowa mogli by się nie zgodzić) czyli ustaliłyśmy godzinę W, pomnik Słowackiego jako miejsce zbiórki, strony świata i siłę wiatru, to te targi się właśnie wczoraj zakończyły :]

Ale, że jak wiadomo nie ma tego złego, coby…. to ja się wzięłam nareszcie za jakieś ustalanie trasy. W zasadzie trasę ustaliłyśmy wstępnie już ok. miesiąca temu, teraz tylko czas to spisać i zacząć doprecyzowywać.

Oto nasz chytry plan:

29.10.2010 – lądujemy w DAMASZKU, o jakiejś nawet względnie normalnej godzinie, czyli będzie czas na spokojne znalezienie noclegu, ogólne rozejrzenie się po mieście, no i zorganizowanie przeprawy do Jordanii

30.10.2010 – realistycznie patrząc na świat: w sobotę będziemy zapewne jeszcze organizować wypad do Jordanii i dalej poznawać miasto (może uda się odwiedzić jakieś muzeum)

01.11.2010 – przejazd do Petry przez Amman; wprawdzie jeszcze nie wiemy, jak będziemy organizować ten przerzut, ale wariant optymistyczny zakłada, że najpóźniej wieczorem będziemy w Petrze. Możliwy scenariusz: autobusem porannym (wrr, nie ma to jak wakacyjny wypoczynek!) dojeżdżamy ok 10 rano do Ammanu, tu szybko wynajmujemy transport do Petry, ale taki, który zechce nas zawieźć na chwilę nad Morze Martwe (nie pamiętam nazwy tego miejsca z ruinami zamku krzyżackiego, Aśka – pomóż)

02.11.2010 PETRA! OSTATNIA KRUCJATA! kolacyjka z INDIANA JONES’em! itp

03.11.2010 Petra i Wadi Rum – na zdjęciach ta pustynia wygląda bajecznie zachwycająco olśniewająco!!!! (no po prostu brak mi słów, ale tu jest więcej synonimów, dla potrzebujących :-)

04.11.2010 – właściwie to tego dnia wieczorem powinnyśmy być już z powrotem w Damaszku, ale wolę zostawić jeden dzień w zapasie, na nieoczekiwane okoliczności, np. gdyby Indiana Jones jednak chciał nam pokazać więcej okolicy ;-)

05.11.2010 – tu już MUSIMY być w Damaszku, bo przecież Syria czeka! Możliwy wariant: powrót pociągiem (Aśka, znów potrzebna Twoja pomoc, bo ja nie mam mapy Jordanii – jak się nazywa to miasto na wschód od Petry, w którym można by wskoczyć „na indiańca” w przelatujący pociąg na północ?)

06.11.2010 – PALMYRA, szybka przejażdżka autobusem do dzisiejszego Tadmur, otoczonego wspaniałymi, zachwycającymi etc (patrz tezaurus wyżej) ruinami starożytnej Palmyry

07.11.2010 – Palmyry ciąg dalszy

08.11.2010 – na wschód! nad Eufrat! do Dayr az Zawr – nazwa miasteczka trudna do zapamiętania odwrotnie proporcjonalnie do atrakcji, jakie ono proponuje, poza ponoć przyzwoitym muzeum nic tam nie ma. Po co zatem jedziemy? A bo stamtąd robimy wypad wzdłuż rzeki w kierunku Iraku do starożytnych DURA EUROPOS i MARI

09.11.2010 – w tył zwrot i wzdłuż rzeki na północ do ar Raqqah (opcjonalnie przez Halabijeh-Zenobię, ale przewodniki ją odradzają ze względów bezpieczeństwa, więc temat jeszcze do rozważenia)

10.11.2010 – Ar Rusafa, czyli Resaf, zwana za Rzymianina – SERGIOPOLIS

11.11.2010 – 13.11.2010 ALEPPO i okolice. Tu posiedzimy kilka dni, bo i w samym Aleppo jest co oglądać, a i okolice obfitują w stare kamienie ułożone w interesujące dla nas kształty, czyli przede wszystkim QALAAT SAMAAN – to tu na słupie siedział Szymon Słupnik i od tego siedzenia został świętym (choć to oczywiście nie przebija świętego etiopskiego, któremu uschła noga od NIEstania na niej przez kilka lat), oraz naprawdę stara EBLA.

14.11.2010 – nadmorska LATTAKIA wraz z pobliskim, jeszcze starszym niż Ebla, UGARIT (dobrze poinformowani twierdzą, że Ugarit istniało już w VI tys. p.n.e. , a w IV tys. to już na pewno, że ho ho!)

15.11.2010 – przejazd do HOMS z obowiązkowym „zaliczeniem” po drodze, bodaj najbardziej imponującego zamku tzw. CRAC des CHEVALIERS, czyli „twierdzy rycerzy”.

16.11.2010 – 17.11.2010 wypady z bazy w Homs, a to do QATNY, a to do APAMEI przez HAMAH (wraz z jej noriami, czyli wielkimi kołami wodnymi na rzece Orontes), a to… to by chyba było na tyle?

18.11.2010 – i znów Damaszek

19.11.2010 – 20.11.2010 to, czego jeszcze nie widziałyśmy w i wokół Damaszku, czyli przede wszystkim BOSRA z najlepiej na świecie zachowanym amfiteatrem rzymskim (kto wie, może tu też jakiś nocleg zrobić?)

21.11.2010 – i to już koniec :-( I wracamy  :-)

No i jak zwykle, nie wiem co nam z tego wyjdzie, w praniu będziemy korygować (chyba, że już macie jakąś poprawkę, to wprowadzę), ale ma szansę wyjść to, co powyżej :-)

a poniżej mapka z zaznaczonymi najważniejszymi punktami, a w zasadzie z tymi, które udało mi się zaznaczyć :]  (google wprowadził jakieś innowacje, nad którymi ja najwyraźniej nie panuję)

 

prawie trasa na GOOGLE

IAN SŁUPNIK

28.09.2010 http://milimetr.net/2010/09/ian-slupnik/
Mój ulubiony ex-globetrekker (to nie jest to samo, co mój ex ;-) , to jest po prostu były podróżnik-prezenter kanału Lonely Planet/Globe Trekker), tym razem w zastępstwie Szymona Słupnika.
Szymon ten, zwany też Symeonem (nie mylić ze Smeagolem), zasłynął z tego, że od dziecka lubił się umęczać w imię wiary (widać nikt go akurat nie zamęczał, to musiał sam) i tak np  „krępował ciało sznurem z łyka palmowego, gęsto przetykanym cierniami”, „kazał zamknąć się w kamiennej cysternie na wodę”, „mieszkał w tak ciasnej pieczarze, że nie mógł w niej rozprostować nóg”, „przykuł się do głazu kilkumetrowym łańcuchem”, aż w końcu wpadł na genialny w swej prostocie pomysł – usiadł na kolumnie (ponoć miała ok 18m wysokości) i tam siedział przez 40 lat. Jest to jakiś pomysł na życie, inni np. siedzą w korporacjach po tyle lat :]

 

A ja się pytam: czy ktoś ma może cały ten film? albo wie, skąd go mieć?

Wdziecznam będę bardzo i może nawet odskubię kawałek tej podstawki Sz.S. w prezencie (lub jakiejś innej skałki z Jeleniej Góry ;-) )

 

Tu Ian na resztkach kolumny:

 

 

SĄ DULARY – BĘDZIE TRIP :-)

13.10.2010 http://milimetr.net/2010/10/sa-dulary-bedzie-trip/
W ramach przerwy na lancz (kiedy to nie jemy lanczu, bo robimy miejsce na przepyszne falafele, baklawy, „beretowe” chlebki, humus, shishe, oraz to o czym pisze przewodnik, a co mi na razie nic nie mówi, czyli: przepyszne mezze, wybór wyśmienitych kibbeh , doskonałe tabbouleh, zniewalające baba ghanouj oraz last but not least muhammara (i to może być naprawdę niezłe, bo jest z orzechów włoskich :-) ), tak więc w przerwie na lancz, jak to w przerwie na lancz, udałyśmy się do kantoru, coby za nabyte walory lanczować do woli w niedalekiej syryjskiej przyszłości.

Podsumowując nasz wyjazd od strony kosztowej (po powrocie napiszę wstęp ;-) ) wychodzi, co następuje:
- bilet lotniczy PLN 2.185 (na pewno można znaleźć taniej, ale tu się przynajmniej nie umęczymy, bo latamy w normalnych dziennych godzinach)
- wiza syryjska EUR 40 (jordańską kupimy na granicy już za wyjazdowe kieszonkowe)
- przewodnik wydawnictwa Bradt edycja 2010, mapa z ulubionej serii „Reise Know-how” – razem ok 120 PLN (jest też Lonely Planet ale mniej aktualny, do tego w połączeniu z Libanem tylko, lub opcja Bliski Wschód – to dość szerokie pojęcie, ale przynajmniej ma w sobie Jordanię, cena ok.80 PLN)
- ubezpieczenie – jeszcze wprawdzie nie mamy, ale zwyczajowo kosztuje ok. 200 PLN na osobę
- szacunkowe kieszonkowe na miejscu ca. 1.000 USD (na prawie 3,5 tygodnia)
- szczepić się na nic szczególnego nie musimy, bo wszystko już mamy (zaszczepione), tabletek na malarię nie potrzebujemy, bo Syria na szczęście jest małomalaryczna i nie w tym okresie i nie tam, gdzie będziemy

co daje razem ok. 5.540 PLN, a jak jeszcze dodrukują trochę dolara i jego cena jeszcze spadnie, to będzie nawet taniej.
Oczywiście kieszonkowe, jak zaginienie pociągów w PRL-u, może się zmniejszyć lub zwiększyć, a zwłaszcza zwiększyć, jeśli zaczniemy kupować tradycyjne prezenty i pamiątki: stoły z odkręcanymi nogami, lampy, mydła na kilogramy, czy zwyczajne perskie dywany… :-)

Podsumowując: jesteśmy prawie gotowe na wyjazd; siostra JAJ znalazła nawet hotel polecany przez jej koleżankę, znalazła wprawdzie na razie tylko w internecie, zobaczymy jak nam pójdzie w rzeczywistości, bo np. z koordynatów podanych na ich stronie dla google.map nie wynika absolutnie nic!

مرحبا :-)

 

PSE PANI, A CO TO SYRIA?

28.10.2010 http://milimetr.net/2010/10/pse-pani-a-co-to-syria/
mocno wprawdzie uprościłam, ale mniej więcej podobne w treści, szczere, bezpośrednie i jakże proste pytanie usłyszałam w ostatni weekend. Pytanie brzmiało troszkę dostojniej, ale sens był ogólnie taki: co takiego tak w ogóle jest w tej Syrii, żeby się do niej chciało jechać?
No właśnie. Jeśli się ktoś akurat niespecjalnie specjalizuje w podróżach mniej lub bardziej tzw. egzotycznych, do tego niekoniecznie interesuje się starożytnościami, skorupami, i ruinami obu powyższych, to faktycznie Syria (czy też szerzej hasło: Bliski Wschód) może mu się kojarzyć tylko ze wściekłymi Talibami, czyhającymi na niewinne polskie sierotki (to my :-) ).
I tym właśnie, niezorientowanym w klimatach Lewantu, niniejszy wpis dedykuję :-)
(oraz oczywiście wszystkim innym, którym się chce tu zaglądać).

Syria (Jordanię zostawię sobie na deser tamże) – jest głęboka jak Morze Śródziemne (od którego się zaczyna na zachodzie) i jak Eufrat (w którym znika na wschodzie), wysoka jak góry Antylibanu (z najwyższym szczytem Hermon – lub inaczej Dżabal asz-Szajch – 2814 m n.p.m.), szeroka jak piaski pustyni i bezdroża stepów (jak donosi Wikipedia, powierzchnia Pustyni Syryjskiej wynosi 1.000.000 m2 i ja np. nie wiem ile to jest, ale dużo jakoś chyba).
Graniczy z innymi fascynującymi krajami, takimi jak: Turcja (na północy), Liban (na zachodzie), Izrael (na pd-zach), Jordania (na południu), Irak (na wschodzie)
Stolica – Damaszek. Tak nazwa jak sama stal damasceńska pochodzi stąd właśnie.
Tyle ogółów. A w szczegółach… przyznam, że im więcej czytam o Syrii, tym bardziej wydaje mi się, że jeden urlop to na nią ZDECYDOWANIE ZA MAŁO!!!!
Ślady cywilizacji na terenie dzisiejszej Syrii sięgają epoki konkretnie twardego kamienia, bo spokojnie 9-go tysiąclecia p.n.e..
Z 7-go tysiąclecia za to pochodzi ten oto terakotowy jeż (tak, tak,  drogie siostry, już wówczas po Syrii tuptały jeże  :-))

na dzisiaj to tyle, bo późno jakoś jakby, ale obiecuję kawałek ciągu dalszego popełnić jutro (a może i/lub pojutrze) (a może i/lub popojutrze) (a może i…..) dobranoc!

 

terakotowy jeż z Buqras (Deir ez-Zoir), Syria, 6400 r p.n.e., w/g A.Bahnassi "Das alte Syrien und seine Kunst"

 

„PRZYCHODZI BOSRA DO LEKARZA…”

31.10.2010 http://milimetr.net/2010/10/przychodzi-bosra-do-lekarza/



w zwiazku z brakiem sensu w glowie (czego dowodem chocby tytul niniejszego wpisu)na razie tylko same zdjecia, reszta bedzie jak sensu przybedzie :)


 

GDZIE SIĘ PODZIAŁY WSZYSTKIE GARDŁOGRZMOTY?

03.11.2010 http://milimetr.net/2010/11/gdzie-sie-podzialy-wszystkie-gardlogrzmoty/

jordania-2010-part1-25

Chwilę słodkiego nieróbstwa w Petrze, czyli zabijanie czasu przed „wyprawą” na pustynie Wadi Rum,  spędzam nareszcie na uzupełnieniu dzienniczka podróży.

 

A było to tak:

29/10/2010

Damaszek wita! Po zapłaceniu obowiązkowego frycowego w postaci wzięcia jedynie słusznej taksowki lotniskowej za 2000 Syryjskich Funtów (czyli ok.40 USD) z „korporacji” o jakże swojsko brzmiącej nazwie „Julia Dumna”, wkroczyłyśmy do centrum tego nieprzerwanie od 5 tysięcy lat zamieszkanego miasta. Na pierwszy rzut oka robi dobre wrażenie. Na drugi jeszcze lepsze! Fajne, nie za duże, przyjazne, klimatyczne, łatwe do orientacji centrum i do tego… puste! Nawet ten słynny wielokulturowy suk (czyli bazar) też pusty. Nie licząc handlarzy plastikowymi kotami ze świecącymi na zielono wyłupiastymi oczami, oraz – mniam – licznych sklepików z przeróżnymi orzechami. Jeszcze jedno MNIAM!

Dopiero po chwili dotarło do nas, że to przecież piątek – dla muzułmanina dzień wolny od pracy.

30/10/2010

Sobotę – także dzień wolny dla muzułmanina – spędziłyśmy w Muzeum Narodowym. Eksponaty mają super! Choćby ten najsłynniejszy: niepozorna gliniana tabliczka z wyrytym najstarszym alfabetem świata.

Ale ich prezentacja… ech…

31/10/2010

Niedziela – muzułmanie już pracują, chrześcijanie mają wolne, a my – turyści – ciężko harujemy zwiedzając Bosrę.

Bosra, wpisana w 1980r. na listę światowego dziedzictwa UNESCO (zupełnie jak warszawska starówka) jest miastem na wskroś muzułmańskim (oznacza to pełną prohibicję zupełnie nie jak niż na warszawskiej starówce) i… rzymskim! Tak, właśnie rzymskim, gdyż nawet współczesne domy stoją nie tylko na starożytnych – III wiecznych – ruinach, lecz wręcz ruiny te są domami dla współczesnych Bosrańczyków.

Ot, taki wyszukany kawał nam spontanicznie przy okazji powstał:

Przychodzi Bosra do lekarza:

- po co przyszła?

- …

W Bosrze jest też, a może przede wszystkim doskonale zachowany (wg niektórych najlepiej na świecie) teatr rzymski. Swój doskonały stan zawdzięcza zapewne temu, ze w czasach dynastii Ayubidów (XIIIw.) został włączony w obszar cytadeli i dalej wykorzystywany, naprawiany, konserwowany…

Tak, Bosra jest przyjemna, zabytkowa, kompaktowa, i zupełnie nierozrywkowa!

Nie dość, że w całym mieście nie znajdzie się jednego % gardło grzmota, to nawet nie znajdzie się ani jednego sensownego łóżka do spania. Wymyśliłyśmy sobie, że skoro to takie zabytkowe i turystyczne miejsce, to sobie tam zrobimy noclegowy popas.

Tymczasem opcje noclegu są tylko dwie: albo w jedynym hotelu, w którym cena za pokój 3-osobowy wynosi 160 EUR! Albo… powrót do Damaszku… albo… nocleg w knajpie. I to była właśnie nasza opcja. W restauracji o szumnej nazwie „1001 nights”, na ławach przy stołach, z bardzo kompaktowym prysznicem w WC, spędziłyśmy dwie nocki, a potem udałyśmy się na południe do Jordanii.

Ale to już zupełnie inna historia…

 

A teraz siedzimy na balkonie naszego bardzo średniej jakości, za to za bardzo konkretne jordańskie dinary, hotelu. W tle (dalszym i bliższym, bo wali ze wszystkich głośników w mieście i do tego odbija się echem od gór) przyśpiewuje muazin, a my oczekujemy na jeepa, lub coś na kształt, z napędem na 4 koła, co nas zawiezie na Wadi Rum, lub na coś, co nam powiedzą, że jest Wadi Rum. Moje wątpliwości wzbudza „okazyjna” cena, wg cennika biur turystycznych półdniowa wycieczka dla nas trzech kosztowałby 125 JD, czyli ok. 200 USD, a my mamy zapłacić połowę tej ceny. Zobaczymy….

News z ostatniej chwili: z pustyni wróciłyśmy szczęśliwie. Chyba widziałyśmy Wadi Rum, ale w wersji mocno skondensowanej i nie aż tak pięknej jak to widziałam na zdjęciach :-(

Za to jutro czeka nas… PETRA!!! :-)

Jordanię opowiem innym razem, tymczasem kolejna porcja zdjęć aż do dziś.

Niestety ciągle bez opisów, bo Internet jest jaki jest…

Jak mi się gdzieś uda dorwać na dłużej i szybciej to poopisuję

Tymczasem z beduińskim ahoj!

JEŚLI STANIAŁO, TO NIE JESTEŚMY W JORDANII

06.11.2010 http://milimetr.net/2010/11/jesli-stanialo-to-nie-jestesmy-w-jordanii/

JORDANIA 01-05/11/2010

jordania-2010-part2-1

Madaba – Wadi Musa – Wadi Rum – Petra – Amman

Jeśli miałabym określić Jordanię jednym słowem, to powiedziałabym: DROŻYZNA (zeżarła nam prawie pół budżetu); jeśli miałabym określić Jordanię dwoma słowami powiedziałabym: DROŻYZNA i CWANIACTWO (trzeba uważać na każdym kroku, jak się okazuje ceny dla turystów są kilka razy większe, a dla obywateli Izraela jeszcze wyższe, choć jest to inaczej sformułowane. Np.bilet do Petry: dla Jordańczyków 1 JD, dla turystów 50 JD ! a dla tzw. jednodniowych visitorów 90 JD!!!!).

Ale od początku: do Jordanii przyjechałyśmy z fasonem prywatnym samochodem z Bosry. Tu krótkie uzupełnienie nt naszego pobytu tamże: w „baśniowej” restauracji, która okazała się zarazem naszym dwudniowym domem, pracowało 2,5 człowieka. Manager, którego z racji dziwnie latynoskiego wyglądu nazwałyśmy Jesus (czyt. z hiszpańska Hesus!), kucharz z Turcji (nazwany przez nas Woźnym Tureckim) a te 0,5 to młodociany bratanek Tureckiego. Po sąsiedzku z naszą znajdowała się restauracja „Caracalla”(z drugą tanią opcją noclegu – tą w beduińskim namiocie), a w niej przede wszystkim bardzo wyluzowany, sympatyczny, życzliwy i pomocny właściciel. Mr.Mechal, bo tak go z szacunkiem nazywali miejscowi (a po naszemu: Leonardo da Vinci Bez Bereta), oprócz tego, że ma parę knajp w mieście, wypasiony sprzęt elektroniczny (w tym WIFI, z czego skwapliwie korzystają okoliczni biznesmeni, którzy wieczorami przychodzą do „Caracalli” ze swoimi laptopami i wespół przy fajeczce surfują po świecie), ubiera się i wygląda jak europejski artysta, bo jest również malarzem, a do tego pół roku spędza w Europie, pracując m.in. w Luwrze, jako ekspert od tkanin, i to on pomógł nam obejść syryjską blokadę facebooka.

Mr.Mechal pomógł nam również w przerzucie naszych ciał do Madaby w Jordanii. Nawet za niewiele tylko wygórowaną cenę 3,5 tys Syp (czyli ok.70 USD, co stanowi jedynie jakąś dwukrotność ceny, jaką byśmy zapłaciły próbując się przedostać na własna rękę, tyle że trwało by to też ze dwa razy dłużej). Spod ruin rzymskiego teatru wyruszyłyśmy wypasioną limuzyną, niestety już po około 20km skończyła się nasza snobistyczna radość, gdyż szybciutko zostałyśmy przerzucone, niczym kontrabanda do innego, zdecydowanie mniej limuzynowatego, samochodu, za to z bardzo miłym kierowcą, który 74 razy dopytywał się, ćzy nie mamy nic przeciwko temu, żeby po stronie jordańskiej przesiąść się do samochodu jordańskiego kierowcy. Nie miałyśmy. To był błąd! Z jordańskim, lekko zakręconym, kierowcą – Alim – testującym naszą cierpliwość, wytrzymałość psychiczną oraz moc naszych bębenków przy pomocy muzy, której nie powstydziłby się żaden porządny polski abs, przeplatanej atakami gruźlicy z czarnych oczadzjałych płuc (my czadzjałyśmy wraz z nimi), dojechałyśmy w końcu tuż przed zmrokiem (czyli jakieś 3 godziny później niż planowałyśmy) do Madaby.

Madaba, miejscowość położona ok. 25 km od Ammanu, z największą w Jordanii mniejszością chrześcijańską, to przede wszystkim antyczne i bizantyjskie mozaiki, oraz kościoły. W tym kościół św. Jerzego z mozaiką, będącą najstarszą znaną (560 n.e.) mapą biblijnego świata, od Egiptu po Palestynę.

Hotel „Salome” w Madabie nie zachwycił ani ceną (46 JD = ok. 66 USD), ani jakością WIFI (bez szans na otwarcie jakiejkolwiek strony), za to wyświetlił nam na dużym ekranie „Indianę Jones – Ostatnia Krucjata”. Bardzo miłe wprowadzenie do Jordanii.

02/11/2010 wyruszyłyśmy z Madaby poprzez Morze Martwe do Petry.

Morze Martwe, czyli najbardziej na Ziemi zasolone jezioro, położone w najgłębszej depresji (448 m p.p.m.) jak sama nazwa wskazuje jest martwe. Czyli nie da się zachwycać fauną i florą, bo tej tu nie ma (za to podobno głęboko na dnie są ruiny Sodomy i Gomory!), można się w nim za to zdrowotnie potaplać, jeśli ktoś ma taką potrzebę i czas. My nie miałyśmy.

Może z Morzem Martwym jest tak, jak z tym kotem od Mrożka, który miał wyrzuty sumienia zamiast swojego pańcia-grzesznika: kto się wykąpie w Morzu Martwym będzie bardziej żywy, a morze bardziej martwe? Może

Ok.godziny 15 wylądowałyśmy w tzw. tanim (45 USD) hotelu „Orient Gate” (prowadzonym przez zabawnego, ciągle jakby na haju, Mohameda – po naszemu Gigi Amoroso) w Wadi Musa. Na tyle wcześnie, żeby podjechać jeszcze taksówką (za jedyne 15 USD) do tzw. Małej Petry.

Mała Petra jest mała, składa się z jednego kanionu, paru grobowców i jednego, chwilami lekko śliskiego, podejścia pod górę z widokiem. Ale daje dobry przedsmak Petry właściwej.

Wadi Musa jest dla Petry tym, czym Aquas Calliente dla Machu Pichchu, czy Siem Reap dla Angkor Wat – mieściną, która rozwinęła się i żyje dzięki pobliskiemu skarbowi turystycznie.

Wydawało nam się (BŁĘDNIE!) że, skoro to takie turystyczne miejsce to będzie tu mnóstwo hotelików, knajpek i sklepików, do tego najlepiej za takie malutkie jordańskie dinarki. A wyszło jak zwykle: wybór żaden, ceny z kosmosu. Dlatego wszystko puste. Nawet dewizowi turyści siedzieli w swoich hotelach i nie ruszali w miasto. Bo po co? Po godzinie 20 życie w Wadi Musa zamiera…

03/11//2010

Dzień odpoczynku, spania do 10!!! (jak nie na wakacjach normalnie!), słodkiego lenistwa a po południu zwiedzania Wadi Rum (czyli Piaszczystej Doliny), a w zasadzie tylko jej mizernego kawałeczka… Nie wątpię, że dalej, głębiej w pustynię jest piękniej, ale taki krótki wypad za bandycką cenę (20 JD = ok.30USD od osoby) można sobie równie dobrze darować,

04/11/2010

Nareszcie to, po co się do tej Jordanii pchałyśmy – Petra!

Starożytna stolica Nabatejczyków, którzy stąd między III w p.n.e. a I w n.e. kontrolowali szlaki handlowe. Sami Nabatejczycy zwali Petrę Rqm, czyli „wielobarwna”. Bo takie właśnie są góry z piaskowca, których Nabatejczycy „wydłubali” swoje miasto: pasiaste czekoladowe przekładańce, brązowo-czerwone salcesony, żółto-pomarańczowe chałwowce (chyba głodna jestem?). Jak się do tego dołoży w wyobraźni kolorowe tynki, marmurowe okładziny i głębokie wielkoformatowe reliefy, to naprawdę musiało robić imponujące wrażenie.

Ale i dziś jest fajnie, gdy tak jak my, się wdrapie na skały i obejdzie miasto z innej strony, gdzie nie ma turystów, jest cisza, spokój i wspomnienia dawnej świetności miasta…

Mimo, że po całym dniu łażenia nogi kończyły nam się na cebulkach włosowych, był to naprawdę relaksujący, wyciszający dzień.

05/11/2010 Nazad do Syrii!

najpierw minibusem do Ammanu – bardzo ostro wytargowane 4,5 JD od osoby za 3 h jazdy

potem taxi na  dworzec Abdelly – 2,5 JD z napiwkiem

a w końcu service taxi do Damaszku – za bezdyskusyjne 12 JD/os. jeszcze jedne 3 godziny w drodze z kierowcą, wyglądającym jak Talib z misją załatwienia 3 niewiernych, a który okazał się po prostu nieśmiałym i niedoświadczonym młodzieńcem

na granicy podatek  za wyjazd z Jordanii 8 JD (a 5 dni temu była jeszcze wiza za 10 JD)

I nareszcie Damaszek!

Nocleg w, jak podaje przewodnik, ulubionym przez archeologów hotelu „Sułtan” (w pobliżu zabytkowej, nieczynnej, stacji kolejowej Hijaz)

Przewodnik zapomniał dodać, że hotel ten jest ulubiony wśród archeologów polskich! Właśnie minęłyśmy się z prof.Gawlikowskim – w sensie czasowym, nie w windzie..

Sam hotel jest niesamowicie nastrojowy: prowadzony przez kilku dystyngowanych, dojrzałych panów, z którymi można się nawet porozumieć po polsku. Urządzony w dawnym mieszkaniu w starej kamienicy, trochę przypomina klimaty z powieści Agathy Christie. Nawet meble w jadalni wyglądają trochę jak wyjęte z XIX wiecznej salonki.

jordania-2010-part2-10

 

I OCZOM ICH UKAZAŁ SIĘ LAS….

11.11.2010

http://milimetr.net/2010/11/i-oczom-ich-ukazal-sie-las/

… KOLUMN

 

w ostatnim odcinku:

06/11/2010 Kierunek – PALMYRA!

Pustynia

Pustynia

Jeszcze pustynia

Jedziemy już 2 godziny przez pustynię

Owszem jest równa, przyjemna asfaltowa droga, ale wokół pustynia

Po 3 godzinach z hakiem pustyni dojeżdżamy do Tadmor (Tadmor jest tym dla Palmyry, czym Wadi Musa dla Petry, Aquas Calliente dla…)

No i się nie dziwię, że starożytna Palmyra tak rozkwitła.

Wokół piachy, piachy i piachy… I całe życie w piachu w oczy… Ileż piękniej posiedzieć w oazie… gdzie winko z dzbana się toczy

Wokół nicość bezkres i piach i całe życie w wiatru świstach

Karawany w drodze wita was

Palmyra – królowa złocista

Tę, za przeproszeniem, parafrazę słów Jerzego Harasymowicza, wyśpiewywanych przez duet Bogdański/Koczewski, a za nim przez rzesze górsko-ogniskowych szansonistów, popełniłam jeszcze w drodze do Palmyry, nie wiedząc, że faktycznie lasy kolumn palmyreńskich błyszczą się w zachodzącym słońcu, jakby były ze złota.

Uzupełniając określenie prof.Michałowskiego rzekłabym: Palmyra – złota królowa pustyni.

To oaza na oceanie piachu, zwanym Pustynią Syryjską, pierwotnie w języku aramejskim zwała się Tadmor (czyli miasto daktyli), przetłumaczona na grecką Palmyrę (miasto palm), zamieszkana już w II tys. p.n.e. przez ludność pierwotnie łupiącą, a następnie ochraniającą (skąd my to znamy?), karawany handlowe przemieszczające się między Mezopotamią, a wybrzeżem Morza Śródziemnego.

Największy rozkwit miasta i większość znanych dziś, tych właśnie mieniących się złociście zabytków pochodzi z okresu rzymskiego, głównie z III w n.e., kiedy to miastem rządził niejaki Odenat, który następnie wraz ze swoim synem z pierwszego małżeństwa zginął w tajemniczych okolicznościach, za to przy życiu w tajemniczych okolicznościach pozostała jego przedsiębiorcza żona Zenobia, wraz z ich wspólnym już synem. Proste? Odtąd bojowa Zenobia rządziła miastem-państwem, próbując uniezależnić je od Rzymu. Jak można się domyślać – krótko i bezskutecznie.

Przez wieki zapomniana, odkryta dla świata podróżników i archeologów pod koniec XVII wieku, regularnie eksplorowana również, a może przede wszystkim, przez polskich archeologów, począwszy od „ojca polskiej archeologii” – prof.Kazimierza Michałowskiego.

Do głównych zabytków należą, uwaga będą wyrażenia: tetrapylon, kolumnada, świątynia Baala Szamina (150 SyP), teatr (75 SyP), agora, obóz Dioklecjana, świątynia Allat, grobowce wieżowe (75 SyP), a większość zabytków tzw. ruchomych znajduje się w muzeum (150 SyP) itd.

 

PALMYREŃSKI SUPLEMENT
w/w kierowca o ciemno-karmelkowych zębach śpiewał naprędce ułożoną piosenkę o Monice. Prapremierowe wykonanie było dłuższe, ale przed mikrofonem się zawstydził i udało się w etnograficznym zapale dokumentacyjnym zapisać tylko tyle: HABIBI MONIKA from PALMYRA

Podczas reszty wyjazdu ta wyszukana tradycyjna syryjska pieśń miłosna służyła nam za sygnał pobudki.

TYGRYS NAD EUFRATEM

16.11.2010

http://milimetr.net/2010/11/tygrys-nad-eufratem/

08/11-10/11/2010syria-2010-part3-eufrat-6

Niektórzy (zwłaszcza w Syrii) twierdzą, że Syria jest kolebką cywilizacji, inni widzą tę kolebkę w Chinach, czy Egipcie, a jeszcze inni w Mezopotamii. Osobiście lubię tę ostatnią wersję, dlatego z coraz większą ekscytacją zbliżałam się do jednej z dwóch mezopotamskich rzek – Eufratu…

Praktycznie jedyną akceptowalną opcją noclegową w rejonie jest niezbyt urodziwe miasteczko Deir Az Zour (zwane też na różnych mapach i różnych tablicach drogowych Dar Azzor, czy też Der ez Zur, czy jeszcze jakkolwiek inaczej, byleby by brzmiało podobnie do „derzur”). Miasteczko nieurodziwe, niespecjalnie przyzwyczajone do turystów, za to z Eufratem, a nad nim przewieszonym francuskim mostem z lat 20-tych XX wieku, obok którego znajduje się parę (konkretnie 3) knajpek, w tym „Al Nakeel” z bardzo dobrym jedzonkiem i rekomendacją „chief is from Aleppo” – znaczy, że w Aleppo będzie super żarcie?? Tu rzeczywiście było.

W „Derzur” jest również zupełnie przyzwoite muzeum, które jednak swój moment świetności miało w 1996 roku, kiedy zostało otwarte, a uprzednio wybudowane za kasę różnych niemieckich firm. Pierwotnie doskonale przygotowane od strony wystawienniczej i merytorycznej, w zamierzeniach rozwojowe, obecnie popada w kurz i pył z właściwym dla krajów arabskich „szuaja”, czy też bardziej euroswojskim „maniana”.

Ale Deir ez Zour to przede wszystkim baza wypadowa do okolicznych (biorąc pod uwagę brak bazy noclegowej to 200 km w Syrii jak najbardziej uznać można za najbliższą okolicę), miejsc archeologicznych:

Mari (w dół rzeki 120km od Deir ez Zour, nieopodal granicy z Irakiem) – bilet 75 SyP. I choć ja chodziłam zachwycona po ruinach tego mezopotamskiego królewskiego miasta z III tys. p.n.e, to rozumiem, że naprawdę trzeba to lubić, żeby się zachwycić niedookreślonymi kształtami, wykonanymi z cegły mułowej suszonej na słońcu – nie dziw, że najstarsi archeolodzy nie rozpoznawali jej początkowo w terenie i kopali na oślep dalej, w głąb, do jądra ziemi…

Dura Europos (w dół rzeki 100km od Deir az Zur) – bilet nie wiadomo za ile, bo kasjer miał akurat wychodne. To założone jeszcze w okresie hellenistycznym (303 p.n.e.) miasto, cechowało się niezwykłą tolerancją religijną. Obok siebie zgodnie funkcjonowały świątynie: Zeusa, Artemidy, Bela, paru bogów, których imion nie rozpoznaję, ale także mitreum, synagoga i chrześcijański kościół (jeden z najstarszych o ile nie najstarszy znany obiekt zbudowany konkretnie z przeznaczeniem na funkcje kościelne; dziś jego ruiny, jak zauważyłyśmy, dobrze spełniają się w funkcji siusialni).

Halabiya (w górę rzeki 66km od „DeZ”) oraz vis-a-vis Zalabiya – nie mylić obydwu z galabiją, która jest długą bezfasonową kiecką typu unisex. Dwa bliźniacze miasta, założone jeszcze przez królową Zenobię po dwóch stronach Eufratu (ogląda się raczej to pierwsze, bo drugie jest trudniej dostępne i ponoć niewiele, znaczy jeszcze mniej,  z niego zostało).Bo z pierwszego też w sumie niewiele, dzięki czemu nie ma biletów (na razie…): trochę murów i kawałki bizantyjskich kościołów z okresu panowania cesarza Justyniana (VIw), który na potęgę fortyfikował, otaczał i grodził Syrię.

Resafa (194km od Dejrzuuuuuur) – bilet 150 SyP. Wielkie bizantyjskie miasto ‘w środku niczego’. Otoczone murami, z kilkoma kościołami, olbrzymimi cysternami, a wszystko to zrobione ze skrystalizowanego gipsu (też nie wiedziałam, że jest coś takiego), który się błyszczy w słońcu i puszcza zajączki (no nie, nie puszcza, trochę przesadziłam, ale mógłby, bo chwilami kamienie wyglądają jakby były obłożone bardzo wieloma małymi lustereczkami). Głównym kościołem w Vw. n.e. była bazylika Sergiusza – rzymskiego żołnierza, który stał się świętym, gdy zamiast życia wybrał chrześcijaństwo i na jego cześć miasto zwało się Sergiopolis. Spacerując po Sergiopolis należy uważnie patrzeć pod nogi, nie tyle ze względu na możliwość znalezienia skarbów (gdyby tak było, pewnie jeszcze do tej pory byśmy tam szperały z nosami przy ziemi), ile ze względu na brak możliwości znalezienia skarbów, które już zostały przez stulecia wygrzebane, pstrząc teren malowniczymi „lejami po bombach”.

Na dokładkę zobaczyłyśmy Qalat Jabar (też różnie pisany w różnych źródłach), czyli XII-wieczny zamek, z którego wprawdzie niewiele się zachowało (mury zewnętrzne wyglądają jeszcze jako tako, ale środek to gruzowisko) oprócz minaretu, za to położony na wyspie z cudnym widokiem na rozlewisko Eufratu (w którym Tygrys łapę umaczał). Miejsce ciche, kontemplacyjne, idealne na piknik, ale że nie miałyśmy nic do jedzenia to i pikniku nie było. Wejście 150 SyP


 

JAK DALEKO STĄD ALEPPO, JAK BLISKO…

19.11.2010

http://milimetr.net/2010/11/jak-daleko-stad-aleppo-jak-blisko/

syria-2010-4-aleppo-i-okolice-1-1

10/11/2010 – 14/11/2010

Dojechałyśmy do Aleppo. Pierwotny plan zakładał pokręcenie się po okolicy ze 3 dni i przejazd dalej nad morze. Ale jak wiadomo, plany są po to, żeby je modyfikować, więc w końcu spędziłyśmy w Aleppo 5 nocy.

Nie, żeby Aleppo było jakoś cudownie zachwycające (wręcz przeciwnie raczej – duże ruchliwe i zasmożone smogiem miasto); nie, żebyśmy miały jakiś zachwycający hotel w okazyjnej cenie (wręcz przeciwnie – hotel był najgorszy z dotychczasowych, a cena jak na te warunki przesadzona 1200 SyP, czyli ok. 30 USD (i tu generalna uwaga n.t. hoteli w Syrii: wszystkie mają zawyżoną cenę!)). Zostałyśmy tak długo, bo Aleppo stało się naszą bazą wypadową do paru miejsc, które pierwotnie miałyśmy oglądać z innej strony.

Syria ma bardzo dużo fantastycznych miejsc do zaoferowania, zwłaszcza turystom tak zakręconym na punkcie starożytności, jak my. Niestety, w wiele tych miejsc bez własnego transportu dojechać się nie da, publicznym może się i da, ale potem trzeba parę kilometrów iść (nie bardzo wiadomo dokąd), za to później może się nie udać już wrócić, nie mówiąc o przemieszczeniu się tego samego dnia w różne miejsca. A jak się gdzieś utknie to i o nocleg ciężko, bo hotele w klasie, powiedzmy minimum turystycznej, są tylko w niektórych dużych miastach.

Tak więc ponownie skorzystałyśmy z usług Mohammeda Ali i wraz z nim dojechałyśmy w następujące miejsca:

„Mushapa Palace”

tak to nazwał Mohammed Ali, a był to samotny bizantyjski kościół na wzgórzu, służący obecnie za toaletę dla baranów, w sensie takich zwierząt z wełną.

El Qatura

Jakieś takie dziwne miejsce, chyba rzymskie, z ciekawymi reliefami skalnymi

Poza tym nic o nim ni wiemy, Mohammed udzielił nam oszczędnych informacji – trzeba doczytać gdzieś…

Qalat Seman (bardziej swojsko St.Simeon)

Czyli kościół, zbudowany wokół słupa, na którym przez 30 lat siedział Szymon Słupnik, aż został świętym. Kiedyś łatwiej się zostawało świętym….

Ain Dara

Neo-hetyckie miasto (X-IX w p.n.e.) z takim fajnym bazaltowym lwem z zębem

Ebla

To takie ważne brązowe miasto (w sensie epoki), którego szczyt prosperity przypadał na okres 2400-2250 p.n.e. i choć równie ważne w tym czasie było Mari, to jednak w Ebli użyto lepszego materiału budowlanego (przypominam tym, którzy zasnęli podczas czytania mojego poprzedniego wpisu, że w Mari stosowano suszoną na słońcu cegłę mułową)

Serjijja

NIESAMOWITE WRAŻENIE!!! To jedno z tzw. „umarłych miast” – dawnych bizantyjskich miasteczek, które po prostu zostały kiedyś tam opuszczone i od ponad 1000 lat nietknięte. I tak stoją malowniczo na zboczach gór miasta całe z domami, kościołami, karawanserajami, łaźniami etc. My widziałyśmy tylko jedną Serjillę, a jest ich ponoć niemal 800!

Mogłybyśmy w niej siedzieć godzinami, niestety zaawansowane ADHD naszego kierowcy pogoniło nas dalej.

Apamea

Ja bardzo przepraszam za ponowny miliard zdjęć z kolumnami, ale Apamea to przy obecnym stanie wykopalisk, właściwie same kolumny przy głównej drodze starożytnego miasta…

Naszą kontemplację lasu kolumn zakłócała niestety jordańska młodzież na wycieczce, która nie dość, że tam była, to do tego w nieskończoność fotografowała siebie (i nas), zajmując co ciekawsze plenery.

A, omal bym zapomniała, byłyśmy też w samym Aleppo.

Tu za wiele się nie nazwiedzałyśmy: Muzeum Narodowe (150 SyP – bilety w Syrii kosztują zawsze albo 150 albo 75 syryjskich funtów, co w złotych wyraża się zawrotnymi kwotamia 10, lub odpowiednio – 5 złotych)), meczet Omayadów (aby wejść do niego musiałyśmy wdziać gustowne szaty w kropeczki za 25 SyP od osoby), cytadela (150 SyP, zupełnie fajne miejsce, z podniebnym teatrem na szczycie góry) no i oczywiście suki (ale jakoś nas nie zachwyciły, mam wrażenie, że teraz na bazarach arabskich, jak wszędzie indziej na świecie, sprzedaje się chińską tandetę)

Czyżbyśmy wszyscy mieszkali w globalnej chińskiej wiosce?

 

PRZYGODO, AHOJ! CZYLI W POSZUKIWANIU MORZA…

23.11.2010

http://milimetr.net/2010/11/przygodo-ahoj-czyli-w-poszukiwaniu-morza/

15/11/2010 – 17/11/2010

Hama

W ekspresowym tempie narzuconym przez naszego zADHDowiałego kierowcę (tak, tak, wciąż ten sam profesjonalista Mohammed Ali), w ciągu 10minut “zaliczyłysmy” tzw. Norie, czyli wielkie drewniane wodne koła, które w przeszłości za pomocą specjalnych wiaderek nabierały wodę z Orontesu i wyrzucały ją wyżej do specjalnych akweduktów, którymi wędrowała na okoliczne żyzne pola.  Najstarsze z 17 zachowanych liczy sobie na oko jakieś 550 lat!!!

Qatna

Stosunkowo mało znane miasto z epoki brązu, które wraz z Eblą walczyło z Hetytami, od 10 lat badane przez archeologów z Niemiec (nawet obecnie trwa jakaś wystawa znalezisk w Stuttgarcie). Choć Qatna była znana w świecie nauki już od międzywojnia, to dopiero jakieś 30 lat temu rząd wyprowadził okolicznych mieszkańców z terenu antycznego miasta, tworząc tym samym interesującą scenerię wykopalisk

Krak de Chevaliers

Najbardziej znany, jak mówią dobrze poinformowani – nigdy nie zdobyty, zamek krzyżowców

Lattakia

Miał być kurort – wyszło nie za ładne miasteczko portowe, w którym naprawdę trudno znaleźć morze, bo dostęp do niego ograniczają właśnie budynki portowe, stoczniowe i inne przemysłowe.

Ale jak się okazało w drodze do Ugarit, jakieś 10km za miastem (przejazd minibusem za 10 SyP) jest plaża (no dobra, jest plaża w rozumieniu arabskim, czyli upojne kąpiele w morzu należy wykluczyć) z knajpką, z pyszną rybą, piwem i cudnie kiczowatym zachodem słońca. Czegóż nam więcej trzeba?!

Ugarit

To tu wymyślono pierwszy alfabet! No, może niekoniecznie wymyślono, ale w każdym razie tu znaleziono tabliczkę glinianą z wyrytym za pomocą pisma klinowego,  najstarszym znanym alfabetem. Jako, że znaleziono ją w tzw. sekretariacie pałacowym, można chyba uznać, że była to ściągawka dla sekretarki?

I tu wreszcie miałyśmy znowu tyle czasu, ile chciałyśmy na oddawanie się ulubionemu zajęciu, czyli swobodnej szwendaczce  po ruinach…

 

PĘDZĄCE JEŻE DWA, A GOTOWANE RYBKI TRZY

29.11.2010

http://milimetr.net/2010/11/pedzace-jeze-dwa-a-gotowane-rybki-trzy/

18/11/2011

W dalekobieżnym autobusie wyruszyłyśmy ze stacji Pullman (jak to zwykle w Syrii, w każdym mieście  znajdzie się jakaś stacja Pullman) do domu. Znaczy jeszcze niezupełnie do domu, na razie naszą stacją pośrednią na najbliższe 3 dni będzie Damaszek.

I znów przyjedziemy w weekend i znów będzie spokój i znów nie zobaczymy prawdziwego życia miasta, ale może uda nam się jeszcze dziś dokonać ostatnich zakupów na suku.

Jedziemy sobie zatem autobusem, czując się jak te rybki akwariowe w szklanym słoju, stojącym w pełnym słońcu na głównej ulicy w Lattaki. I cóż z tego, że poczęstowali zwyczajowym cukiereczkiem oraz szklanką wody niepewnego pochodzenia (grzecznie odmówiłyśmy, ortodoksyjnie pijemy tylko kupną wodę butelkowaną z rozpuszczonymi tabletkami witaminowymi, wzbudzając żółtym kolorkiem duże zainteresowanie i różne domysły), skoro w środku temperatura 98 stopni a zawartość tlenu w powietrzu 2% (razem daje 100 czegoś ;-) )

Ale już po 4 godzinach jesteśmy w domu. Znaczy w swojskim już hotelu „Sułtan”. Mili dystyngowani panowie tym razem w ogóle nie chcą negocjować ceny. No ta, klient wrócił, to po co się starać. W ogóle te negocjacje w Syrii mocno przereklamowane. Większość handlarzy najwyraźniej nie uznaje targów i albo się płaci ich cenę, ale tracą zainteresowanie. A mieli jakoś bardziej szanować za targowanie….

19/11/2011

Piątek – weekendu początek. W zasadzie w Syrii (jak w każdym muzułmańskim mieście) piątek to już zaawansowany weekend. Postanowiłyśmy go zatem spędzić w rejonach bardziej chrześcijańskich i ruszyłyśmy na zwiedzanie  kościołów/klasztorów w Maaluli  i Seydnayi.

Ten w Seydnaya to nawet miał zawierać w sobie jakoś bardzo starą ikonę namalowaną rzekomo przez św.Łukasza, do tego tak bardzo cudowną, że miały się do niej modlić kobiety, błagające o naprawę trudnych realacji. Tak podaje przewodnik, obiecując do tego wyciskające łzy z oczu wzruszające sceny. Nie widziałyśmy ani scen, ani nawet ikony, tylko jakąś jej mizerną kopię z lat 90-tych XX wieku.

20/11/2011

Zabijamy czas w Damaszku: chodzimy po Starym Mieście, kontemplujemy stan architektury (że też to się jeszcze jakoś trzyma do kupy…), przebieramy się w gustowne ciuszki (w meczecie Omayadów w Aleppo były ciuszki w groszki, a tu przyjemnie bure fartuchy), próbujemy się targować (ze skutkiem jak powyżej), ale i tak nie ma co kupować (bo albo chińszczyzna dla Arabów albo cepelia dla turystów), aż w końcu lądujemy w najdroższej restauracji w mieście i zamawiamy największą na świecie kolację (czyśmy oczadzjały, czy też pomroczność jakaś jasna  nas opętała?!)

21/11/2010

ostatnia shoarma (mniam), ostatnia kawa po turecku (mniam mniam) ostatni świeżo wyciskany soczek (mniam mniam mniam) , ostatnie naprawdę słodkie ciasteczko z „włosami” (mlask mlask mniaaaaaaaaaam), ostatnie zdjęcie lokomotywy przy stacji Hijaz (pstryk), ostatnia próba dogadania się z taksówkarzem (-”airport, how much”? -”2,5 thousand much”) , ostatni foch na jego kretyńską cenę (-”!@#$% much!!!!), ostatnia taksówka za normalną cenę (500 SyP) na lotnisko… = OSTATNI DZIEŃ WAKACJI  :-(

A TU JESZCZE WIĘCEJ ZDJĘĆ

dużo, dużo więcej ]:->

DLA NAPRAWDĘ WYTRWAŁYCH 

ZAPRASZAM  :-)