MONGOLIA

by KOZA

DZIENNIK z wyprawy rowerowej do Mongolii, napisany przez KOZĘ, nie ujawniam imienia i nazwiska, bo nie wiem czy sobie tego życzy,

ale zachęcam gorąco do przeczytania, bo jest zajmujący, wesoły i naszpikowany konkretami (+ bonus na końcu - suplement ode mnie)

Część I

PRZYGOTOWANIA

             

Jak się zaczęło?

             Był wrzesień 2004r. Wróciliśmy właśnie z wyprawy rowerowej na Bałkany. Jedliśmy pstrąga po podgoricku według przepisu z przewodnika, oglądając zdjęcia i wspominając niepowtarzalny klimat gór Durmitoru. Wtedy też, po raz pierwszy, Adam przedstawił pomysł wyprawy rowerem przez Mongolię. Nie do końca wierzyłam, że się uda, ale już po kilku tygodniach, na spotkaniu klubowym /www.vagabundus.prv.pl /, Adam wciąż mówił o Mongolii, miał już w głowie plan przygotowań, wszedł w kontakt ze studentką mongolistyki, która była w Mongolii przez 6 miesięcy i zdecydowała się – jak twierdził – uczestniczyć w naszej wyprawie. Po miesiącu spotkaliśmy się we czwórkę : Adam, Justyna , ja oraz Anka z mongolistyki. Adam przedstawił zarys planu wyprawy : Lecimy samolotem do Moskwy, a następnie z Moskwy do Ułan Bator, co będzie nas kosztowało ok. 2.500 zł. Rowery nadajemy na bagaż , a więc musimy liczyć się z dodatkowymi kosztami. Szacujemy, że podróż tam i z powrotem powinna nas kosztować ok. 3 tys. zł. Liczymy , że przez 4 tygodnie w Mongolii wydamy nie więcej niż 1000 zł. Anka przekazuje nam cenne informacje na temat produktów spożywczych dostępnych w Ułan Bator. Konserwy są do kupienia bez problemu. Możemy darować sobie taszczenie ich z Polski. Zaoszczędzimy na nadbagażu, na którym i tak stracimy w ogólnym rozrachunku. Trzeba natomiast wziąć z kraju wszelkiego rodzaju zupki „gorące kubki " i „słodkie chwilki”. Żaden szanujący się Mongoł do ust by tego nie wziął, a więc kupić też nie sposób.

 Adaś przedstawia zarys trasy : Ułan Bator, potem busem do Kharkhorin ( Karakorum ), następnie już rowerami : Tsetserleg, Uliastay, Moron, Jez. Khovsgol ( Chubsugul ),  Erdenet i z powrotem busem do Ułan Bator. Razem ok. 1500  km.

       / no i w tym miejscu powinnam wstawić zarys trasy i wstawiłabym, gdybym tylko umiała, ale nie wstawię, bo nie umiem /          

             Oczywiście śpimy w namiotach, które wozimy ze sobą, jemy jedzenie , które też taszczymy w sakwach przez cała drogę. Na duże  zakupy, poza Ułan Bator, raczej nie ma co liczyć. Boimy się o wodę, a konkretnie - jej brak na trasie, ale Anka uspokaja, ze nie jest wcale tak tragicznie jakby się mogło wydawać. Ponoć na trasie , co 10 – 20 km ,można  zobaczyć biały punkcik na horyzoncie. Jest to jurta, a jak jest jurta, to jest i woda. Taką optymistyczną wersję wyczytałam też w przewodniku po szlaku transsyberyjskim wydanym przez wydawnictwo Bezdroża. Zobaczymy.....

            Po spotkaniu zaczynam wierzyć, że się uda. Adam i Justyna są bardzo konkretni, nie rzucają słów na wiatr. Poza tym , jak już miałam okazję się przekonać, Adam, jak już się za coś weźmie, to się weźmie skutecznie. Coś mi nie pasuje w tym zdaniu, może więc inaczej: Adam, jak już się za coś bierze, to się bierze skutecznie. Teraz lepiej.

            W naszych przygotowaniach jesteśmy wspierani logistycznie przez moją koleżankę Monikę, która chcąc zobaczyć Mongolię, a jednocześnie nie mogąc sobie pozwolić na 4 – tygodniowy urlop i nie mając takich jak my doświadczeń rowerowych, postanowiła zorganizować wyprawę trekingową.  Pomysłem zaszczepiła swoje koleżanki po różnych dziwnych, nieprzydatnych w życiu studiach. O tych studiach – to oczywiście taka mała prowokacja.  Na  wszelki wypadek nic już więcej  o tym  nie napiszę.

 

            A teraz o pamiętnej dacie : 22 stycznia 2005r.

Dnia tego pamiętnego doszło do spotkania grupy rowerowej i trekingowej. Jedliśmy w Cesarskim Pałacu na ul. Senatorskiej w Warszawie tzw. mongolski gril, który z Mongolią ma tyle wspólnego, co ... Trochę mi brakuje adekwatnego porównania. Ale i tak bawię się tym pisaniem świetnie. Trudno w to uwierzyć, ale w całej Warszawie nie ma mongolskiej knajpy z prawdziwego zdarzenia. W Cesarskim Pałacu jest wprawdzie w piwnicy podknajpa o nazwie Czyngis Chan ze specjalnością „mongolski gril” , ale nie oszukujmy się... W zestawie „mongolskiego grila ,” dostępne typowe dla tego kraju frutti di mare. Sam gril , też jak z jurty wyjęty – urządzenie duże, błyszczące, sterylne i elektryczne. Tylko kucharz ma skośne oczy. Ale czy  to prawdziwy Mongoł? A tak w ogóle, to jak wygląda typowy Mongoł? Jak go odróżnić od innego Azjaty  Nie-Mongoła? Trochę siada mi w tym fragmencie poprawność polityczna, ale może jakoś później się zrehabilituję.

Dzień  22 stycznia będzie kiedyś wolny od pracy. Bo na tym spotkaniu... był taki hałas, harmider ( inne wyrazy z dyktanda to  np: huśtawka, hamulec ) i zamieszanie, że nie sposób nawet opisać, o czym była rozmowa. Pamiętam, że mówiono głównie grupowo, tak po pięć osób jednocześnie, po czym następował spontaniczny śmiech wszystkich. Adam i Justyna sprawiali wrażenie osób oświeconych, tzn. takich, które już wiedzą, że  niczego nie ustalimy w kwestii rowerowego wyjazdu. Postanowili więc zaśmiewać się tak jak wszyscy, bo rzeczywiście było z czego. Poza tym okazało się, że grupa trekingowa składa się z ok. 10 kobiet , które robią hałas za ok. kobiet 50. Są w tej grupie podobno też dwaj faceci, ale dosyć wirtualni. Na grila nie przyszli. Nawet, gdyby przyszli i tak nie byłoby ich pewnie widać. A słychać, to już na pewno nie.

            Monika ściągnęła mi z internetu i wydrukowała (całkiem legalnie) przewodnik o nazwie „ Szlakiem kolei transsyberyjskiej”, czy jakoś tak podobnie. Jest tam sporo o Mongolii. To dosyć dobre i aktualne kompendium wiedzy o Mongolii, choć może zbyt mało informacji praktycznych. Przeczytałam jednym tchem i każdy, kto wybiera się do Mongolii, winien zrobić to samo. Nie będę opisywać wszystkich przemyśleń polekturowych, bo sensu

nie ma. Odsyłam do Wydawnictwa „ Bezdroża” i ich strony internetowej.  Najbardziej byłam zaskoczona występującym w Mongolii zwierzątkiem o wdzięcznej nazwie bobak  ( takie coś, podobne do świstaka ) . Otóż tenże bobak posiada liczne pchły, a te liczne pchły posiadają  jeszcze bardziej liczne zarazki .... dżumy. Czyż nie jest to informacja, która w sposób wystarczający zachęca do odwiedzenia tego kraju? Umieszczono ją w początkowym rozdziale wspomnianego przewodnika, więc i w mojej relacji zajmie czołowe miejsce. Osoby szczególnie zainteresowane samą dżumą, odsyłam do Camusa , słynnego francuskiego mikrobiologa , który wprawdzie nie odkrył antidotum na tę chorobę, ale je nieświadomie opisał i nawet chyba nagrodę Nobla dostał, ale przez pomyłkę w zupełnie innej dziedzinie.

            A teraz kilka słów uświadamiających, z jak trudną materią mamy do czynienia. Dla Europejczyka w Mongolii nic nie jest proste i prawie wszystko mało zrozumiałe. To kraj prawie 5 razy większy od Polski z liczbą ludności niewiele większą od zaludnienia Warszawy. To tajga, step i pustynia. To renifery, wilki, jaki i wielbłądy. To konie i motocykle – jako główny środek służący przemieszczaniu. Miasta, składające się z kilku jurt i ostry klimat z bardzo dużą amplitudą temperatur. No i najgorsze dla rowerzystów – mongolskie psy strzegące jurt. Często półdzikie, atakujące każdego, nie tylko nieproszonego gościa. Gaz pieprzowy trzeba zabrać w ilościach większych od ałtanu.  A te odległości...W dodatku bez dróg i ludzi. Kompas też będzie konieczny. Żarty żartami, ale trzeba się skupić na przygotowaniach. I nie tylko o kondycję fizyczną tu chodzi. Adam i Justyna są zwolennikami zamontowania na rowerze przedniego bagażnika i przednich sakw. To zasada, gdy ktoś wybiera się na rowerze po kraju, gdzie jest zimniej w lecie niż w Europie centralnej. Ja nie jestem do końca przekonana do pomysłu przednich sakw. Musiałabym dziurawić przedni widelec, a chcę tego uniknąć. Poza tym, mam bardzo pojemne tylne sakwy, a na widelec przedniego koła zamierzam zamontować dwa uchwyty na pety tzn. nie na pety papierosowe, ale na butelki typu PET, które w podróży sprawdzają się świetnie jako wytrzymałe i szczelne zbiorniki na wodę. Zamiast czterech, jak zwykle, wezmę najwyżej dwa t-shirty. Od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a z braku wody... wiadomo. Oczywiście, wszystko jest do dogrania i przemyśleń. Na szczegółowy opis wyposażenia roweru przyjdzie jeszcze czas. A propos smrodu, to w książce Jacka Sypniewskiego pt. „ Mongolia – tam i  z powrotem” wyczytałam, że w tym kraju śmierdzą wyłącznie wielbłądy. Ludzie nie śmierdzą, bo pot i brud mieszają się na ciele z kurzem i  piaskiem, a następnie, po prostu, odlatują. I tyle. Długo o tym myślałam i zamierzam nawet przedstawić Zarządowi Transportu Miejskiego pewien ekologiczny projekt racjonalizatorski na lato pt. ”Piaskiem w feromony”.  Otóż, latem można by w tramwajach i autobusach miejskich rozpylać piasek. Wówczas pot i bród pasażerów z np. robotniczej Woli mieszałby się z piaskiem i, po prostu, odlatywał.  Oszczędność detergentów, no i dziura ozonowa mniejsza, a lasów Amazonii przybywa. Wtedy nawet ci pasażerowie, którzy biorą prysznic częściej, niż raz w tygodniu  ( czyli jakieś 6 % ) mogliby nie używać dezodorantów.

            A wracając do konkretów, to rzeczą ważną, o której trzeba pomyśleć w miarę wcześnie przed podróżą, są szczepienia. A jest o czym myśleć, choćby ze względu na terminy i ceny. Koniecznie trzeba się zaszczepić na WZW A i B ( wirusowe zapalenie wątroby typu A i B ) , czyli popularną chorobę brudnych rąk zwaną  żółtaczką. Poza tym koniecznie na dur brzuszny. Bez przymusu, ale polecane przez specjalistów, szczepienia na błonicę i tężec oraz  polio. W Warszawie można to wszystko wykonać za jednym zamachem w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno – Epidemiologicznej przy ul. Żelaznej 79 tel .620-35-28. Telefon odbiera przesympatyczna pani, która wszystko wyjaśnia i obiecuje przy tym, że po tak silnej dawce szczepień nie opuści  się tego padołu. Kopnąć w kalendarz można natomiast po usłyszeniu cen.    Błonica i tężec ( dwa w jednym ) kosztuje 32 zł ,  dur – 165 zł,  polio – 71 zł,  a żółtaczka – 176 zł. Razem, bagatela ... 444 złotówek polskich. I na tym nie koniec. Żółtaczkę trzeba powtórzyć drugi raz po trzech tygodniach, a po raz trzeci – po 6 miesiącach. I jest się zaszczepionym na co najmniej lat 10, a może i na całe życie (szczególnie, gdy dobiega się już np. 90-tki ). Przy czym , jeżeli o żółtaczkę chodzi, to jechać w podróż można już po drugim szczepieniu. Oczywiście są też inne sposoby wykonania szczepień, na których można zaoszczędzić.  W marcu każdego roku organizowane są tzw. żółte tygodnie, w czasie których można się zaszczepić na WZW za 90 – 100 zł.

             Trzeba też pomyśleć o załatwieniu wizy. Ambasada Mongolii mieści się w Warszawie przy ul. Rejtana 15/16 tel. 849-93-91, czynna w mało przystępnych godzinach, od 9 do 13 lub 15. Wiza na okres 30 dni kosztuje 47 USD . Potrzebny jest paszport i 1 zdjęcie. Wcześniej należy oczywiście wypełnić wnioski wizowe. Wiza ważna dłużej kosztuje odpowiednio drożej, ale nie napiszę ile, bo zapomniałam. Na pewno Monika napisze o tym w swoim pamiętniku . Na szczęście na wizę  czeka się niedługo, bo jedynie 3-4 dni.

            W przypadku wyjazdu rowerowego, trzeba jeszcze troszeczkę zadbać o kondycję i pojeździć na rowerze z sakwami w odpowiednio trudnych warunkach.

            Już od kwietnia zaczynamy więc jeździć na biwaki w Bieszczady i  Jurę Krakowsko – Częstochowską. Polecam szczególnie Bieszczady . Początkowo jesteśmy załamani własną kondycją po długiej zimie, ale z upływem czasu jest coraz lepiej. Może do połowy czerwca – bo wtedy mamy zamiar wyjechać – damy radę z przygotowaniami. Ubolewamy szczerze, że musimy do tego jeszcze pracować zawodowo. Praca nie pozwala nam rzetelnie potrenować.

            Im bliżej daty  wyjazdu, tym więcej problemów z przygotowaniami. Zmienia się skład grupy. Anka, studentka mongolistyki, na której znajomość języka mongolskiego tak liczyliśmy, rezygnuje z wyjazdu z przyczyn zdrowotnych.  Pojawia się Agnieszka jeżdżąca często z nami w klubie. Od razu entuzjastycznie reaguje na propozycję uczestniczenia w wyprawie i bierze udział w przygotowaniach.

            Na początku maja kupujemy bilety lotnicze w Aeroflocie . Klamka więc zapadła – lecimy 15 czerwca , wracamy 11 lipca. Bilet tam i z powrotem kosztuje nas 2.363 zł , ale za to każdy kilogram nadbagażu , to kolejne 35 zł.

            Później załatwiamy wizy. Pan w Ambasadzie Mongolii jest bardzo sympatyczny. Nawiązuję z nim rozmowę, aby jak najwięcej dowiedzieć się o  kwestiach najistotniejszych. Widząc zaplanowaną przez nas trasę na mapie, Pan z Ambasady wydaje ustami dźwięki podobne do dźwięków wydawanych przez  rozchorowane cykady, po czym mówi : oj, oj..... naprawdę podziwiam.... oj... naprawdę.  No super się zapowiada.

            Daję się przekonać i kupuję przedni bagażnik oraz przednie sakwy.  Myśl techniczna polskich producentów sakw poszła naprzód i obecnie można już nabyć za niewygórowaną cenę wodoszczelne sakwy oraz bagażnik przedni mocowany na obejmy, bez potrzeby dziurawienia przedniego widelca. Kupuję jeszcze inne rzeczy , jak np. ciepły śpiwór z puchu gęsiego o wysokiej klasie sprężystości, na który wydaję majątek, czyli 660 zł. Też chciałabym pomyśleć, że to jeszcze nie jest tak drogo, ale dla mnie – to relatywnie majątek , niestety. Drobnym pocieszeniem jest fakt, że to śpiwór wyprodukowany przez polską firmę, która szyje śpiwory światowej klasy dla całego świata , nawet dla Szwedów. W niepozornych baraczkach na warszawskiej Pradze, powstają śpiwory o najwyższych światowych parametrach. Bardzo budujące.

            Inne rzeczy , takie jak mały namiot, materac samopompujący, pojemnik na wodę – 4 l,  na szczęście  już  mam.

            Kupuję też kaszki błyskawiczne mleczno – ryżowe ( 4 szt.), zupki gorące kubki, budynie i kiśle słodkie chwilki ( po 10 szt. ) , jedno opakowanie musli. Od koleżanki dostaję     - na szczęście- paczkę granulowanych otrębów ze śliwkami i sojowe batony proteinowe. I to wszystko, resztę kupię w Ułan Bator.

            Wyposażenie standardowej apteczki uzupełniam o wiele różnych leków na trawienie i biegunkę. Także o glucardiamid – lek z glukozą, podwyższający ciśnienie krwi i poprawiający witalność. No i rozpuszczalne tabletki z solami mineralnymi.

            Wiele jeszcze różnych rzeczy kupuję , żeby później spakować do sakw .  Im bliżej wyjazdu, tym jestem większym bankrutem.

            Tydzień przed wyjazdem rezygnuje Agnieszka. Ma problemy z pracą i woli być na miejscu, aby pilnować swoich zawodowych interesów. A więc w końcu zostajemy we trójkę : Adam, Justyna i ja.

            Trzy dni przed wyjazdem pakujemy rowery  w pudła kartonowe, które dostajemy w sklepach rowerowych. Wszystko owijamy w folię stretch , która okazuje się  nieoceniona. Zapakowane  rowery zostają u Adama . Musimy wynająć jakąś furgonetkę, aby przetransportować je na lotnisko.

            Pakowanie sakw przebiega bez problemów. Od lat mam ustaloną listę rzeczy niezbędnych podczas tego typu wypraw. Wyjazd do Mongolii wymaga małej korekty, ale w sumie niewiele da się zmienić. W przypadku pakowania sakw, możliwości modyfikacji składu bagażu są dosyć ograniczone.

 

14 czerwca 2005r

             Dzień przed wyjazdem.

             Spakowane sakwy składam razem i owijam wielokrotnie folią stretch, żeby mi ich nie pogubili w transporcie.   Ważą łącznie 14 kg. Mam jeszcze ok. 7 kg bagażu podręcznego, ale to się na szczęście nie liczy do wagi nadbagażu. Rower  w pudle wraz z tylnym i przednim bagażnikiem waży ok. 20 kg. Jestem bardzo podenerwowana i rozkojarzona. Po prostu zaczynam się bać. Boję się , że nie dam rady, że popsują nam się rowery, że zamarzniemy, zgubimy się, zarazimy mongolozą ( odmiana ameby ), że za mało  o tym kraju wiemy, że zjedzą nas wilki albo inne zwierzęta i że Mongołowie w stepie zrobią sobie z nas bębenki. Czyli ... przedwyjazdowy irracjonalny schiz.

            Wychodzę do sklepu i .... zatrzaskuję sobie drzwi w mieszkaniu. No fantastycznie. Nawet telefonu komórkowego nie mam. Za pomocą sąsiadów uruchamiam akcję wprowadzania mnie z powrotem do własnego domu. Po trzech godzinach się udaje i znowu mogę jeszcze raz – czyli chyba sto piąty - zastanowić się czy wszystko wzięłam. No i wyobrazić sobie oczyma wyobraźni wygłodniałe  wilki  wyjące pod moim malutkim żółtym namiotem. O różnych metodach robienia z nas bębenka, którymi też zaprzątnięta jest moja wyobraźnia, już nawet nie wspomnę. I tak upływa dzień przed wyjazdem.

  

 Część druga                                                      

DZIENNIK Z WYPRAWY

 

15 czerwca 2005r –  0 km

             Dzień wyjazdu. Pobudka o godz. 5.30.  Rodzice, którzy odwożą mnie na lotnisko, przyjeżdżają już o godz.7.00. Choć samolot odlatuje dopiero o godz. 11.00 , jedziemy wcześniej, aby ominąć korki.  Emocje widać po wszystkich. Rodzice zmartwieni, jakbym co najmniej wylatywała do Bagdadu, jeździć rowerem pułapką. Przy okazji informuję wszystkich rodziców, których dzieci zaszczepiły się potrzebą przygody : nie łudźcie się, że będziecie kiedykolwiek mieli spokój  z własnymi dziećmi – podróżnikami. Tu obowiązuje raczej zasada :  Im starsze dzieci, tym o wiele większy kłopot, a rodzice mniej odporni na pomysły kolejnych podróży.

            Na lotnisku chwilę czekam na Justynę i Adama. Przyjeżdżają, a za nimi bus z rowerami. Okazuje się, że Adam zapomniał klucza do zapinki rowerowej, a ja –  polskiej flagi, która tyle ze mną przejechała. Bez flagi jakoś damy sobie radę, ale bez klucza.... Cóż, tata Adama wraca na Ursynów po kluczyk, a my jeszcze modyfikujemy nasze pakunki, owijając wszystko w folię stretch i oblepiając taśmą. Wbrew obawom, check in przebiega bez problemów. Nikt nie kontestuje naszych bagaży. Ważą za to wszystko dokładnie i wychodzi oczywiście , że mamy pokaźny nadbagaż. Ja mam 14 kg nadbagażu, Justyna – 11 kg, a Adam ... ponad 20 kg.  Domagam się promocji. Trochę skutkuje. Pan liczący kilogramy jest bardzo miły i nie zauważa kilku kilogramów. Justyna i ja musimy zapłacić każda za 10 kg nadbagażu, a Adam – za 20 kg. Ledwo starcza nam pieniędzy. Płacę 397 zł, albo jakoś tak podobnie. Niby cena 35,10 zł za kilogram nadbagażu, ale doliczają jeszcze tzw. taryfę. Tata Adama dowozi kluczyk do zapinki i trochę pieniędzy na nadbagaż.. Pojawia się Wanda Myśliwiec z Vagabundusa, żeby nas pożegnać. Bardzo  miło. Moich rodziców już nie ma. Z powodu emocji, nie spali całą noc i pojechali szybko do domu, aby się wyspać.   Przybywa też koleżanka  Adama.  Chwilę rozmawiamy, krótkie pożegnanie i dalej w drogę. Wchodząc do samolotu widzimy, jak ładują nasze rowery. Serce krwawi. Stawiają je do góry nogami           ( raczej – kołami ) mimo, że na paczce napisane, gdzie jest góra. Poza tym – rzucają je beztrosko i przewracają. Zobaczymy, co doleci, w jakim stanie doleci, no i gdzie doleci, bo przecież mamy przesiadkę .

            W Moskwie lądujemy o godz. 13 czasu polskiego i 15 czasu moskiewskiego. Czekamy do godz. 19.45 na początek odprawy do Ułan Bator. W czasie odprawy tranzytowej, naszą uwagę  przykuwa pan ze szczeniakiem rasy chau- chau . Wesołym pieskiem, wyglądającym niczym puchowa ryża kulka, zachwycają się wszyscy pasażerowie oraz personel lotniska. Ma on w dodatku fioletowy język i wygląda, jakby właśnie spożył sporo jagód albo denaturatu.  Czas odlotu przedłuża się, w końcu startujemy o godz. 21.30 z godzinnym opóźnieniem. Siedzimy porozrzucani po całym samolocie. Miałam nadzieję, że będzie leciał z nami pan z chau – chauem, ale niestety – nie leci. Dobrze, że przynajmniej  pilot leci.

            Leci też z nami młody chłopak, u którego podczas odprawy zauważyliśmy rowerowe sakwy. Jest więc też jakiś rowerzysta !

            Mój strach przed lataniem  - to przypadkowe zapożyczenie z tytułu powieści Eriki Yong – jest coraz mniejszy. Jeszcze trochę polatam ( tak z 1000 razy ) i może w ogóle minie. Tym razem też – jak zwykle – mam miejsce przy oknie z widokiem na skrzydło, które – jak zwykle- sprawia wrażenia odpadającego.

            Przyglądam się lecącym z nami Mongołom, ich charakterystycznym twarzom. Niektórzy mają bardzo interesującą urodę. Prawie wszyscy w samolocie już śpią. Patrzę przez okno. Widać cztery poziome pasy kolorów : chabrowy, jasnoniebieski, ciemnopomarańczowy i czarny. Cudny widok. Zasypiam.

  
16 czerwca 2005r  -  30 km

             O godzinie 8.30 czasu miejscowego ( 1.30 czasu polskiego ) spokojnie lądujemy na lotnisku w Ułan Bator.  Okazuje się , że rowery doleciały w całkiem w niezłym stanie, choć wygląd pudeł na to nie wskazywał. Sakwy też się wszystkie odliczyły i wyglądają całkiem przyzwoicie.

            Taksówkarz proponuje podwiezienie do centrum za 20 USD. Uznajemy, że chyba zwariował. Znajdujemy w pustej hali lotniska spokojny kąt i składamy rowery. Biedny Adam, wszystko na jego głowie. Że też mu się chciało wyjeżdżać z dwoma babami... Około południa ruszamy w kierunku centrum. Oczywiście kierunek wybieramy na czuja, bo nikt nas nie rozumie i nikt nie umie pokazać nam drogi do city.

            Stolica sprawia dziwne wrażenie - miasta pełnego kontrastów. Z jednej strony postsowiecki monumentalizm i blokersizm, z drugiej - cywilizacyjne zacofanie, jurtowiska i najzwyklejsza bieda. Jest jeszcze trzecia strona Ułan Bator :  to główna ulica  Enkh Taivan Avenue, charakterystyczna dla każdego azjatyckiego tygrysa  - mnóstwo najwyższej klasy samochodów terenowych ( łącznie z Hammerami ! ), korki komunikacyjne, smog, wielkie telebimy ze zmieniającymi się reklamami.  Prawie jak w Bangkoku. No,  może niezupełnie, ale czuje się w atmosferze tej ulicy jakąś siłę napędową.  Enkh Taivan Avenue - to symbol i miernik  rozwoju Mongolii. No i na głównym skrzyżowaniu stoją  dwie sztuczne palmy. Prawie jak u nas,  w Alejach Jerozolimskich.  I choć nasza,  warszawska palma – której jestem fanką -  jest tylko jedna i  moim zdaniem , piękniejsza od tych w Ułan Bator,  to i tak czuję z oglądanymi tu palmami duży związek emocjonalny. Wieczorem – w przeciwieństwie do naszej  – palmy  w Ułan Bator są  podświetlone.

            Najpierw wymieniamy dolary na mongolskie tugriki w jednym z licznych banków.  Za jednego dolara amerykańskiego dostajemy 1.189 tugrików. Banknoty o nominałach od 1 do 20 USD są tańsze, ale niewiele. Na wymianie 200 USD Justyna straciła łącznie ok. 5 USD. Nie ma za to żadnych problemów z rokiem emisji. Banknoty dolarowe z każdej emisji cenione są jednakowo i wymieniane bez żadnych problemów.

            Spotykamy ludzi mówiących trochę po angielsku, trochę po rosyjsku. Poświęcają dużo czasu, aby nam pomóc. Z ich udziałem próbujemy kupić małe , turystyczne butle gazowe i pasujące do nich palniki. Aerofłot nie pozwolił  przewieźć samolotem naszych camping – gazów z Polski. Od Anki – studentki mongolistyki, która początkowo miała z nami jechać – uzyskaliśmy informację, że w Ułan Bator na pewno są dostępne małe pojemniki gazowe produkcji chińskiej i koreańskiej. Pierwsze próby, niestety , pełzną na niczym. Chcemy też znaleźć polską placówkę dyplomatyczną. Okazuje się to nie lada sztuką. W końcu jednak docieramy – mieści się w tzw. Diplomat hotel i wygląda z zewnątrz ...  no cóż ... po prostu dramatycznie. Jak czynszówka, do której eksmituje się najemców nie płacących czynszu. Koszmar. Wewnątrz trochę lepiej. Rozmawiamy z Konsulem RP w Mongolii. Jest bardzo sympatyczny i skłonny do pomocy. Podpowiada, gdzie najlepiej wynająć bus do Karakorum. Informuje też, że na głównej ulicy Enkh Taivan Avenue jest wielki dom towarowy o nazwie State Department Store, w którym zrobimy pełne zakupy i zapewne kupimy również  butle gazowe oraz dokładniejsze mapy. Mamy ze sobą bowiem tylko mapę w skali 1: 2.500.000 – jedyną , jaką można kupić poza Mongolią. Skala mówi sama za siebie. Nic tu dodawać.

            Konsul nadmienia, że warto też zajrzeć do kafejki prowadzonej przez Belga – Chez Bernard , mieszczącej się też przy Enkh Taivan Avenue, nieopodal domu towarowego. Można tam spotkać wielu podróżników i  zasięgnąć informacji ważnych dla każdego turysty. Tam też można pozostawić informacje albo ogłoszenia dla innych np. o możliwości wspólnej jazdy do jakiejś miejscowości.

            Żegnamy Konsula obietnicą, że będziemy ostrożni i damy znać po powrocie o swoim stanie.

            Idziemy do Chez Bernard. Spotykamy dwóch rowerzystów objuczonych sakwami. Są bardzo brudni i zmęczeni. Jeden wiezie na bagażniku potężne rogi dzikiej owcy argali, znalezione zapewne po drodze. Okazuje się, że ci dwaj rowerzyści, to Niemiec i Belg. Niemiec podróżuje po Azji od sierpnia 2004r  - zaczął od Indii i przejechał już 11.000 km . Belga spotkał w drodze i dalej ruszyli już razem - przez Birmę , Tajlandię, Kambodżę, Wietnam i Chiny, aż w końcu dotarli do Mongolii i po pokonaniu pustyni Gobi osiągnęli  Ułan Bator. Niemiec ma zamiar wyruszyć z Mongolii jeszcze do Kazachstanu. Rozmawiając pijemy mongolskie piwo Apu za 1.800 tugrików. Straszny sikacz.

            Następnie czas na zakupy. Robię zapasy na ok. 5 dni. Kupuję chleb, serki topione, 2 konserwy oraz zupki miu – miu i wodę. Za wszystko płacę ok. 10.000 t , czyli jakieś 8 USD. Oczywiście Adam kupuje znacznie więcej zapasów, w tym swoje ulubione pure i wydaje 20.000 t.

            Nie udaje nam się, niestety, zakupić odpowiednich dla nas turystycznych butli gazowych. Te oferowane  w sklepach są rzeczywiście małe, ale za to kompatybilne wyłącznie z całymi kuchenkami turystycznymi o wymiarach 30x 40 cm . Oczywiście, jak na kuchenkę, to też niewielkie wymiary, ale dla rowerzysty – wykluczone !  Po pewnym czasie znajdujemy odpowiadające nam palniki i butle w sklepie z zachodnim sprzętem turystycznym, ale .... za cenę 186.000 T . Wielkie dzięki, tyle to ja zamierzam wydać w ciągu całego wyjazdu . Będziemy więc palić ogniska. Jak się da, oczywiście.  Szczegółowej mapy też nie udaje nam się wyszukać w gąszczu stoisk State Department Store. Dogadać się z nikim nie sposób.

            Robi się późno. Liczymy jeszcze na złapanie transportu do Karakorum, ale jedyny chętny kierowca życzy sobie  za podwiezienie 200 USD. Rezygnujemy i idziemy  na nocleg do hostelu  ( taki erzatz hotelu urządzony w kilku mieszkaniach w bloku )  o nazwie Backpackers Hostel, który mieści się w podwórku, tuż za rogiem Chez Bernard . Nocleg kosztuje 5 USD, warunki nie są rewelacyjne, ale po  nierewelacyjne warunki właśnie tu przyjechałam. W hostelu nocują również wcześniej spotkani rowerzyści. Oni już czyści, udają się w miasto , żeby poznać nocne życie Ułan Bator . A my ? Bierzemy prysznic w ciepłej wodzie i zasypiamy  jak dzieci o godz. 21.

  

17 czerwca 2005r – 23 km

             Pobudka o godz. 6.00. Szybkie śniadanie w hostelowej kuchni i ruszamy o godz. 7.00.  Daleko nie udaje nam się ruszyć, bo okazuje się, że mamy pierwszą gumę w rowerze Adama. Szybko naprawiamy, a właściwie – Adam naprawia, a my pomagamy. Po wymianie dętki Justyna przysypia, zaś my z Adamem idziemy zapłacić za nocleg. Niestety, nie ma komu – w biurze hostelu nikt nie urzęduje. Czekamy do godz. 8.00 - nadal żywego ducha. W końcu zostawiamy pieniądze chłopakowi, który też tam nocuje i zobowiązuje  się przekazać pieniądze obsłudze hostelu. Co za kraj. Mamy czyste sumienia, ale nie wiemy, czy pieniądze trafią we właściwe ręce. Z takim poczuciem udajemy się w dalszą podróż.

            Około godz. 8.30 przyjeżdżamy na plac o nazwie Tavan Shar, gdzie stoją busy , którymi można dojechać do Karakorum. Plac jest oddalony o 7 km  na zachód od State Department Store  - należy jechać cały czas prosto główną ulicą. Najlepiej napisać sobie na kartce nazwę placu i w przypadku wątpliwości, pokazywać kartkę ludziom. Od razu wiedzą , o co chodzi. Tak właśnie robimy i docieramy  bez problemu. Targujemy się z kierowcami głównie techniką obrazkowo – pisaną. Rysujemy na kartce w zeszycie samochód, a potem kierowca pisze proponowaną cenę. Później Adam tę cenę skreśla i pisze liczbę proponowaną przez nas. Budzi to powszechną wesołość, bo oprócz kierowcy, w całej procedurze przetargowo – licytacyjnej  bierze już udział kilkunastu mężczyzn. Jeden z kierowców, z całkiem przyzwoitymi oponami w busie  ( czyli UAZ-ie  po prostu ), żąda 150 USD za naszą trójkę oraz rowery. Targujemy się dzielnie, ale nie chce zejść poniżej 100 USD. W końcu jedziemy z innym kierowcą, za 85 USD. Dużo, ale trzeba wziąć pod uwagę, że cały bus zostanie wykorzystany tylko dla 3 osób, bo oczywiście rowery jadą w środku. Nie pozwolilibyśmy im jechać na dachowym bagażniku. Wówczas moglibyśmy zacząć się poruszać wyłącznie UAZ- ami lub perpedes.

            Wyruszamy o 8.50. Adam – spryciarz – siada obok kierowcy. Ja z Justyną i pomocnikiem kierowcy jedziemy we troje z tyłu. Za nami leżą rowery i sakwy.  W tego typu podróżach, ze względu na licznie zdarzające się po drodze awarie, kierowcy zazwyczaj towarzyszy pomocnik. Nasz bus jest w dobrym stanie, jak na mongolskie realia, choć nie działa w nim prędkościomierz ani obrotomierz, zaś całą deskę rozdzielczą chroni przed oberwaniem samochodowy podnośnik, którym pomysłowo jest podparta. Mówiono nam, że do Karakorum droga jest cały czas asfaltowa, a więc powinniśmy ją pokonać w miarę szybko. W końcu to tylko 300 km.  Tylko, że my przecież jesteśmy w  Mongolii, a tu nie można robić planów związanych z czasem.  Czas nie zamienia się tu w pieniądz.  Młody chłopak - pomocnik kierowcy, cały czas dłubie w nosie i pieczołowicie ogląda to, co wydłubał. Następnie sprytnie pozbywa się wydłubin,  rozrzucając je po samochodzie. Robi mi się niedobrze, próbuję nie patrzeć i zająć uwagę czymś innym. Po chwili wszyscy – oprócz kierowcy, na szczęście – łapiemy drzemkę.  Pomocnik  wygodnie rozpiera się na moim boku. Super. Nie ma to jak spać z takim kawalerem. Zaraz wgnieciemy Justynę w bok samochodu. Około godz. 12 kończy się asfalt i zaczyna droga szutrowa z dołami . Szybka pobudka – podskakujemy dość wysoko. Rowery, niestety, również zaczynają żyć niekontrolowanym przez nas życiem.  Po chwili znów pojawia się nawierzchnia asfaltowa. Jedziemy slalomem, bo takie mamy w tejże nawierzchni dziury. Zamiast jazdy drogą główną, kierowca często wybiera alternatywne pobocze. Wszystko ze względu na stan nawierzchni.  Mijamy inne jadące samochody co ok. 20 min. Ruch niewielki, ale istnieje. Co chwilę mijamy natomiast pojazdy stojące i naprawiane, ew. oczekujące na naprawienie. Pękają głównie dętki i opony, często urywają się koła.

            W połowie trasy zatrzymujemy się w przydrożnym miasteczku, żyjącym z podróżnych do Karakorum. To kilkanaście drewnianych domów, z czego co najmniej 80% to sklepy i jadłodajnie.  Idziemy za kierowcą do jednej z knajpek. Diabli wiedzą, jakie danie wybrać. W końcu wybieram hujncę – typową mongolską zupę, o której czytałam w przewodnikach. Adam z Justyną zamawiają coś innego, czego nazwy nie pamiętam. No i oni otrzymują stek z mielonej baraniny, z dodatkiem ryżu oraz odrobiną surówki z marchewki ( koszt 1000 T ). Ja męczę się – dosłownie – z  zamówioną zupą. Przypomina tłusty rosół z kawałkami kapusty, kulkami mielonej baraniny, makaronem ryżowym i olbrzymimi kawałami sadła za skórą. Już na sam widok sadła ze skórą  jak u byka,  robi mi się niedobrze. Z trudem wyjadam kapustę, makaron i baranie kulki. Resztę zostawiam.  Wszystko to popijam nie mniej interesującym smakowo sute- czaj , czyli herbatą po mongolsku. Przypomina rozwodnione mleko z odrobiną ziół  i dużą ilością soli.  Naprawdę....Warto było i tylko za 1100 T.                                 Niedobrze mi.

W dodatku nie mogę się nadziwić, że Mongołowie jedzą hujncę ze smakiem, aż im się uszy trzęsą. Patrzę, jak pochłaniają to straszne sadło. Im bardziej staram się temu nie przyglądać, tym bardziej patrzę na nich myśląc, że chyba śnię. Nie mieści mi się w głowie, że organizm ludzki może strawić coś takiego. W końcu  płacę rachunek i wychodzę na zewnątrz. Nigdy więcej hujncy !

            Po obiedzie ruszamy dalej w drogę. Pomocnik kierowcy, tym razem, czyści swoje czarne paznokcie, trochę je skracając zębami przy okazji.  Już sama nie umiem określić przyczyny moich mdłości . Po chwili  zasypiamy. Pomocnik kierowcy poleguje na moim ramieniu. Już przestaje budzić to mój protest. Czuję, że wydziela zapach mleka jaka i ziół, z których przyrządza się czaj.  Rzeczywiście, miał rację Jacek Sypniewski  pisząc w swojej książce, że Mongołowie nie śmierdzą.  Zapach, który wydzielają , jest specyficzny, ale wynika on z diety i sposobu życia i ma niewiele wspólnego ze smrodem, który znamy  np.  z upalnych dni w środkach komunikacji miejskiej.

            Dojeżdżamy do Karakorum ok.  godz. 15.30, a więc w miarę szybko, jak na warunki mongolskie i co niespotykane, bez żadnej awarii. Niebywałe.

            Idziemy zwiedzać stolicę imperium mongolskiego , założoną najprawdopodobniej ok. 1220 r przez Czyngis Chana.

            Za bilet upoważniający do zwiedzania kompleksu zabytków pozostałych po czasach świetności tego miejsca  płacimy 3.500 T od osoby. Bilet uprawniający do robienia zdjęć we wnętrzach świątyń kosztuje złodziejsko drogo, bo aż 5.000 T , ale uważam, że warto się wykosztować, o ile oczywiście posiada się porządny flesz w aparacie. W każdym razie, ja nie żałuję tej inwestycji.

            Zwiedzamy najsłynniejszy klasztor Mongolii – Erdeni Dzu. Jego budowę rozpoczęto pod koniec XVI w i rozbudowywano przez kolejne trzy stulecia. W skład całego kompleksu klasztornego Karakorum wchodziło kilkadziesiąt świątyń, które najpierw odniosły wiele zniszczeń podczas wojen, a następnie – zostały zamknięte w czasach komunizmu, który zagościł w Mongolii już w 1924r.   Klasztor otwarto jako muzeum z powrotem w 1965r, a po roku 1990  znów zaczął funkcjonować jako świątynia lamajska.

            Podziwiamy wnętrza świątyń, bogate w kolekcję buddyjskich posągów, masek  i malowideł. Panuje tu taka różnorodność, że co chwilę dostrzegamy jakiś interesujący szczegół wart uwiecznienia na zdjęciu. Mnie zachwycają szczególnie posągi Mahakali i  różnorodne przedstawienia smoków. A wszystko to w niezwykłych barwach.  Bardzo nam się podoba. Żałuję, że nie mam wystarczającej wiedzy na temat buddyzmu, aby zwiedzać bardziej świadomie. Czuję się wielkim ignorantem w kwestii lamaizmu, ale i tak nikt nie zabierze mi tych ignoranckich wrażeń, tej atmosfery, którą czuję chodząc wśród  wielkiego panoptikum niezwykłych postaci.

            Po zwiedzeniu świątyń, idziemy jeszcze zobaczyć słynne żółwie, które kiedyś stały przy bramach Korakorum. Tak naprawdę, to tylko one pamiętają czasy Czyngis Chana . Kiedyś istniały cztery kamienne posągi żółwii, do dnia dzisiejszego przetrwały ponoć dwa, ale nam udaje się dotrzeć tylko do jednego. Robimy zdjęcia żółwiowi i kończymy zwiedzanie.

            Około 17.30 wreszcie wsiadamy na rowery, aby zacząć właściwą wyprawę. Kierunek : Tsetserleg.

            Ruszamy, tylko którędy ?  Jest kilka dróg, które odchodzą w różnych kierunkach. Pytamy miejscowych o drogę do Tsetserleg. Nie da rady w ten sposób nic ustalić. Albo nic nie rozumieją, albo pokazują jedynie kierunek machnięciem ręki. Nadal nie wiemy, która z dróg prowadzi do Tsetserleg. Wybieramy tę najbardziej zbliżoną do drogi wskazanej na mapie, tylko że skala naszej mapy pozostawia wiele do życzenia. Jedziemy więc na azymut, według wskazań kompasu. Przy okazji okazuje się , jaki ze mnie też ignorant w posługiwaniu się kompasem, ale nie będę tego opisywać, bo mi wstyd. Jedziemy przez step. Trochę korzystamy z dróg, a trochę z nich zbaczamy, pytając o kierunek mieszkańców napotkanych jurt. Po drodze zbieramy patyki  i mocujemy na sakwach, aby było z czego rozpalić ognisko i przygotować kolację. W stepie nie tak łatwo o drewno na ognisko. W końcu udaje  się dojechać do właściwej drogi prowadzącej do Tsetserleg. Niestety, zrywa się silny wiatr i wszystkie znaki na niebie wskazują, że za ok. 30 min. będzie burza. Rozbijamy szybko namioty uważając, aby wiatr nam ich nie porwał. Nagle, na tym pustkowiu, nie wiadomo skąd, pojawia się jeździec ubrany w charakterystyczny mongolski del , czyli coś w rodzaju długiego płaszcza ze sztywnej tkaniny, przewiązanego szarfą w pasie. Ma dwa konie i jest wyraźnie podchmielony. Proponuje przejażdżkę konną, a gdy nie wyrażamy zainteresowania, butelkę jakiegoś samogonu.  Po kilkunastu minutach oddala się zniechęcony naszą bierną postawą, a nam kamień z serca spada, bo nie do końca czuliśmy się na siłach kontynuować rozmowę, o ile o jakiejkolwiek rozmowie można w tym przypadku mówić. 

            Burza przechodzi obok, ku radości wszystkich, czyli nas trojga. Rozpalamy ognisko z patyków uzbieranych po drodze i gotujemy kolację . Myję się w wodzie pozostałej w bidonie, Niedługo pobiję rekord świata w minimalnej ilości wody potrzebnej do umycia całego ciała. Toaletę uzupełniam nasączonymi chusteczkami  dla niemowląt. Piszę dziennik i zasypiam. Bardzo ciepła noc.

 

18 czerwca 2005r – 91 km

                         Robię pobudkę, ku zgrozie Adama i Justyny , o godzinie 6.00. Zwijamy powoli namioty, rozpalamy ognisko i jemy ciepły posiłek na śniadanie. Ruszamy ok. godz. 8.00 drogą w stronę  Tsetserleg . Jedziemy przez pustkowie poprzecinane wyjeżdżonymi szlakami samochodowymi. Nie ma jednej drogi, jest ich wiele i to w wielu kierunkach. I kto ośmielił się powiedzieć, że w Mongolii nie ma dróg ? Tutaj każdy kierowca ma chyba własną drogę, którą podąża do Tsetserleg. A my – mamy co chwila dylematy, którą drogę wybrać.

            Dojeżdżamy do miejscowości Khotoyt. Kupujemy wodę mineralną i robimy sobie krótki odpoczynek. Krótki, bo ze względu przedłużone poszukiwanie gazowych butli turystycznych w Ułan Bator, mamy przejechane zbyt mało kilometrów w stosunku do zaplanowanych. Musimy to nadrobić w ciągu najbliższych dni. Zaczynają się podjazdy i zjazdy. Jest ciepło , ok. 30 stopni, ale chłodzi silny wiatr. Droga trudna – szutr i kamienie. Justyna narzeka, że z powodu upału,  ledwo żyje na podjazdach.  Nie mogę podać temperatury dokładnie, choć miałam taki zamiar. Wzięłam nawet z Warszawy breloczek z termometrem, który jechał sobie przyczepiony do torby mocowanej na kierownicy. Niestety, jakiś artysta – kieszonkowiec ukradł mi go w Ułan Bator. Jakim sposobem  odczepił  go bez mojej wiedzy ? Pojęcia nie mam.

            Mijamy pierwszy  drogowskaz. Robi wrażenie.  Jest duży , ma białe litery na niebieskim tle i wygląda niczym ten na niemieckiej autostradzie, żadne tam byle co. Napis wskazuje, że do Tsetserleg powinniśmy jechać prosto i mamy jeszcze  83 km .  Chwała Bogu, że jest ten drogowskaz, bo za nim oczywiście drogi rozchodzą się we wszystkich możliwych kierunkach, a może nawet i w kierunkach zupełnie  niemożliwych. Tak zwane dramatyczne rozwidlenie dróg - oprócz jurty i jaków,  chyba  najbardziej charakterystyczny element mongolskiego krajobrazu.

            Jedziemy po pustym stepie, od czasu do czasu mija nas jakiś Uaz lub wypasiona japońska terenówka. A wszyscy na nas patrzą.... jakbyśmy co najmniej po trzy ręce mieli i kły wilkołaka. No zjawisko nie z tej ziemi. Co pewien czas ( tak co 10 – 20 km ) mijamy też pojedyncze jurty lub skupiska kilku jurt. Budzimy niesłychane zainteresowanie mieszkańców, którzy okazują nam wiele sympatii .

            Około godz. 14.00 słońce zaczyna przypiekać wprost niemiłosiernie i tak będzie już co najmniej do godz. 19.00.   Jesteśmy bardzo zmęczeni. W stepie nie ma szans na żaden cień, a więc trudno stworzyć warunki, żeby zrobić sobie porządną sjestę, tak jak to udawało nam się na Sycylii i Bałkanach.

            Jemy posiłek. Otwieram konserwę z baraniną, którą kupiłam jeszcze w Ułan Bator. Kiedyś zgubi mnie moja mania próbowania wszystkiego. W porównaniu z zawartością mojej konserwy ,  Whiskas to wykwintna potrawa. Dramat. Zjadam połowę zawartości puszki , a resztę wyrzucam.

            Po niezbyt udanym posiłku, przyszedł czas na niezbyt udaną drzemkę w cieniu rowerów. Słońce praży i nie do końca ma to sens. Decydujemy się więc jechać dalej. Po drodze „łapie” nas przelotny deszcz. Akurat przejeżdżamy nieopodal jakiegoś gospodarstwa z drewnianymi zabudowaniami i chowamy się pod daszkiem z ławeczką. Wzbudzamy duże zainteresowanie domowników. Najpierw przychodzi najstarszy członek rodu , potem najmłodsze dzieci. Daję dzieciom gumę do żucia. Starszy pan z zaciekawieniem ogląda rowery – patrzy na przerzutki, licznik, chwyta za kierownicę i sprawdza amortyzator. Nic dziwnego, w Mongolii dobre amortyzatory i resory ,to podstawa egzystencji. Deszcz przechodzi po kilkunastu minutach, mówimy bajerta ( do widzenia ) i jedziemy dalej.

            Pod koniec dnia docieramy do miejscowości Altan Ovoo, która leży nad rzeką. Od razu zmienia się krajobraz – soczyście zielona trawa, drzewa, mnóstwo pasących się koni, kóz, owiec i jaków. Sporo drewnianych zabudowań i jurt. Daje się odczuć, że to bogata miejscowość. Mamy ochotę na kąpiel w rzece , więc przedzieramy się przez mokre i rozległe pastwiska, aby znaleźć miejsce na nocleg z dala od ciekawskich. Udaje się połowicznie. Wybieramy na obozowisko piękną łąkę z trzema drzewami. Jest położona z dala od okolicznych jurt, ale cóż z tego, skoro w promieniu co najmniej 20 km jesteśmy widoczni  jak na teatralnej scenie. W Mongolii po prostu nie ma się gdzie schować. Rozbijamy namioty. Jest godz. 21.00, a słońce wciąż praży. Rozpalamy ognisko i gotujemy ciepłe jedzenie na kolację. Herbata z Polski smakuje wybornie. Po kolacji – kąpiel i pranie. Wchodzę w płytką wodę i od razu czuję, że grabieją mi kostki z zimna. Jest zbyt płytko, żeby się zanurzyć. Za pomocą gąbki próbuję zmoczyć całe ciało, krzyczę z zimna. Co chwila muszę wychodzić na brzeg, żeby mi stopy nie odpadły z zimna. Ale i  tak jest cudownie mieć możliwość takiego pełnego mycia i prania. Super. Zrelaksowana idę pisać dziennik. Wcześniej nakładam na skórę grubą warstwę kremu, bo strasznie nas dziś spiekło słońce i wyglądamy jak trzy wcielenia Winetou. Skóra chłonie krem niczym gąbka wodę. Przed snem sprawdzam rowerowy licznik i przejechany dystans dzienny – 91km. Całkiem dobry wynik.

 

19 czerwca 2005 – 88km

 Pobudka o godzinie 6:00 rano. Adam z Justyną trochę się ociągają, ale w końcu wstają niepocieszeni. Jest chłodno, słońce właśnie wstało, ale jeszcze nie grzeje. Rozpalamy ognisko i jemy śniadanie. Wyjeżdżamy o godzinie 8:15, jednak zaraz okazuje się, że Adam i Justyna mają rozregulowane hamulce – klocki trą o obręcz. Krótka regulacja i jedziemy dalej w kierunku Tsetserleg. Nawierzchnia drogi fatalna – kamienie o przekroju 5-10cm. Zupełnie jakbyśmy jechali wyschniętym korytem rzeki. Próbujemy jechać trochę na przełaj przez łąki, ale niestety, tam też leżą kamienie. W końcu ok.10km przed Tsetserleg zaczyna się droga asfaltowa – mamy 10km łatwej jazdy.  Wieje jednak silny wiatr w twarz, a więc i tak nie możemy powiedzieć, że jazda jest ‘laitowa’.

             Zatrzymujemy się na pewien czas w Tsetserleg. Miasto jest określane w przewodnikach jako najładniejsza stolica ajmaku (województwa). Rzeczywiście, ma swój urok, a jak na warunki mongolskie, jest nawet bardzo ładne. Zachwycić może szczególnie urocze położenie. Dużo w nim hoteli i restauracji, tu zatrzymują się turyści w drodze do Parku Narodowego Khorgo Terkhiyn Tsagaan Nuur. Szukamy kawiarenki internetowej. Znajdujemy, ale  jest zamknięta.  Idziemy więc na pocztę. Uzyskujemy informację, że teraz właśnie trwa kurs internetowy dla mieszkańców i możemy przyjść dopiero za dwie godziny. Adam wykorzystuje jednak swój urok i pani z poczty decyduje się  udostępnić nam jedno stanowisko. Łączymy się z polskimi operatorami przez około trzydzieści minut, komputer zawiesza się bez przerwy. W końcu udaje nam się wreszcie wejść w pocztę i odczytać otrzymane wiadomości. Okazuje się jednak, że nie możemy wysłać żadnego maila. Zrezygnowana idę więc zamówić rozmowę telefoniczną z rodziną, żeby wiedziała, że żyję. Minuta rozmowy kosztuje 720T. Za piątym razem udaje się – rozmawiam z mamą, którą słyszę jak z zaświatów. Mimo, że nie rozmawiam zbyt długo, tylko nieco ponad minutę, muszę zapłacić za trzy minuty. W moje ślady idzie Justyna – jej rozmowa trwa około 30 sekund, po czym połączenie zostaje przerwane. Jej się udaje i płaci tylko 720T. Adam, widząc co się dzieje, rezygnuje z dzwonienia. Okazuje się też, że musimy zapłacić 400T za pół godziny korzystania z Internetu, z którego de facto prawie nie skorzystaliśmy. Co ciekawe, na poczcie nie oferują do sprzedaży żadnych widokówek, kart pocztowych ani znaczków. Spotykamy za to na poczcie dziewczynę z Francji, która samotnie podróżuje rowerem. Jedzie w naszym kierunku, ale robi nie więcej niż 60km dziennie, więc rezygnujemy ze wspólnej jazdy.

           Po pocztowych doświadczeniach idziemy na obiad. Już przy wejściu do restauracji czuje się zapach baraniny. Dania również oczywiście wyłącznie z baraniny. W karcie duży wybór, w rzeczywistości do wyboru tylko dwie potrawy. Zamawiam stek z baraniny – podawany jest z jajkiem sadzonym oraz odrobiną ryżu i surówki. Żałuję, że ryżu jest tak mało. Stek może być, choć baranina wychodzi mi już uszami, a to dopiero czwarty dzień pobytu w Mongolii.  Prawdopodobnie wszystko to dlatego, że potrawy tu są tak bardzo tłuste i w ogóle nie przyprawione. Mowy nie ma o jakichś sosach, wszystko polane jest po prostu mdłym tłuszczem. W restauracji serwują  za to czarną herbatę, co w Mongolii nie jest zjawiskiem częstym. Cieszę się, że nie muszę zamawiać sute-czaj. Nie jest to, niestety, do końca czarna herbata, lecz ziołowa – z tych samych ziół, których używa się do przyrządzania sute-czaj. Za danie główne płacę 1200T. Za herbatę 200T.

             Po obiedzie robimy zakupy. Jestem szczęśliwa, bo udaje mi się kupić banany. Tu w ogóle nie ma w sklepach – poza Ułan Bator –żadnych owoców. Sklep w Tsetserleg jest wyjątkiem. Z warzyw w całej Mongolii dostępne są w zasadzie tylko ziemniaki, cebula i kapusta. Robimy głównie zapasy wody. Około godziny 15:00 ruszamy dalej w stronę Zaankhoshuu. Mamy koszmarny podjazd o długości ok. 6km, w pełnym słońcu, po nawierzchni sypkiego żwiru. Po prostu dramatycznie. Dalej droga nie lepsza – cały czas drobny żwir lub sypki piach, w którym zapadają się koła. Są też kamyczki, o których pisałam już wyżej. Jedziemy cały czas po takich nawierzchniach – z górki i pod górkę. Adamowi coś strzyka w tylnym kole, stajemy więc i rozkręcamy koło, tzn. Adam z asystą Justyny rozkręca, a ja się opalam. Słońce piecze niemiłosiernie. Okazuje się, że przyczyną awarii był niedokręcony wielotryb. Ruszamy dalej męcząc się bardzo ze względu na wysokość, na której się znajdujemy oraz nawierzchnię drogi. Dojeżdżamy do miejscowości Zaankhoshuu. Wchodzimy do sklepu, do którego właścicielka wraz z córkami zapraszają nas energicznym machaniem. Kobiety są bardzo sympatyczne, proponują jedzenie i nocleg. Dla zachęty otwierają sypialnię z łóżkiem od ściany do ściany – mogłoby się tam przespać co najmniej z dziesięć osób. Bardzo oryginalne, ale nie chcemy korzystać. Pijemy jakieś dziwne mongolskie napoje typu oranżada, zaopatrujemy się w wodę i ruszamy dalej. Jedziemy prawie cały czas pod górę na przełęcz. Trudy pokonania tej trasy rowerem objuczonym ciężkimi sakwami, są po prostu nie do opisania. Koła boksują w żwirze, albo zapadają się w piachu. W końcu prawie już nieżywi osiągamy przełęcz. Jest godzina 22:00, mamy przejechane 74km i ledwo trzymamy się na nogach. W dodatku od stóp do głów obsypani jesteśmy piachem niczym pudrem, a wszystko to za sprawą silnego wiatru i mijających nas  samochodów. Mimo późnej pory, decydujemy się zjechać jeszcze z przełęczy, aby umyć się nad rzeką zaznaczoną na mapie nieopodal tego miejsca. Niestety okazuje się, że po rzece zostało tylko puste koryto – aktualnie wyschnięta. Rozbijamy obóz z dala od drogi. Nie ma drzew i nie możemy rozpalić ogniska. Kolację jemy na sucho. Mimo, że jest około 22:30, na dworze nadal dosyć widno. Poświęcam litr wody, aby się trochę umyć. Mycie z wykorzystaniem bidonu jako quasi prysznica opanowałam już do perfekcji. Więc i tym razem udaje mi się umyć na tyle, że czuję się zrelaksowana i całkiem czysta. Resztę toalety dopełniam chusteczkami do demakijażu. Jem kolację i piszę dziennik. Zasypiam około drugiej.

 

20 czerwca 2005 – 110km

             Pobudka 6:30, wyjeżdżamy o godzinie 8:10. Droga łatwa – trochę z górki i po prostym terenie. Przeszkadza jedynie silny wiatr wiejący w twarz oraz oczywiście nawierzchnia – jak nie żwirek, w który zapadają się koła, to kamienie. Są odcinki, gdzie trzeba jechać slalomem, co – biorąc pod uwagę obciążenie roweru bagażem – wcale nie jest takie łatwe. Mijamy porozrzucane w stepie jurty, dwukrotnie atakują nas psy. Najlepszym rozwiązaniem jest wówczas psiknięcie w stronę psa wodą z bidonu. Jednak nie jest to proste do wykonania, gdy jedzie się na przykład pod górę lub po trudnej nawierzchni, a przede wszystkim – z tak obciążonym rowerem.

             A propos bagażu, to mamy sakwy tylne, przednie oraz torebkę na kierownicy. Wszystko to waży około dwudziestu kilogramów. Sakwy przednie przydają się, aby bardziej równomiernie rozłożyć obciążenie roweru, a tym samym – odciążyć tylne koło. Rozwiązanie to ma jedną wadę – trudniej prowadzi się rower, a trzymanie kierownicy jedną ręką jest wówczas wykluczone. Szczególnie przy jeździe po mongolskich drogach.

             Około godziny dziewiątej atakuje nas kolejny pies strzegący kilku jurt. Za psem jedzie w naszym kierunku konno dziesięcioletni (tak na oko) chłopiec i coś do nas krzyczy w sobie tylko zrozumiałym języku. Podjeżdża bliżej, odgania psa i pokazuje ręką na hamulec roweru Adama. Gestem ręki prosi, abyśmy pojechali za nim. Jedziemy więc, nie do końca rozumiejąc o co chodzi. Gospodarze jurt witają nas serdecznie, od razu bacznie przypatrując się rowerom. Chłopiec taszczy swój rower w stanie gorszym od opłakanego. Przerzutki oczywiście nie działają, ale to mały problem. Gorzej z resztą – scentrowane tylne koło, które ma około 1.5cm luzu, popsuty całkowicie tylny hamulec. Adam zajmuje się rowerem, a mnie z Justyną gospodarze zapraszają do wnętrza jurty. Przyglądam się wszystkiemu. Wokół potężne ławy do spania i siedzenia, na środku piec i beczka z kumysem. Gospodyni podaje w miseczce sute-czaj. Aż boję się próbować po ostatnich doświadczeniach, ale spotyka mnie miła niespodzianka – ta herbata jest pyszna. Jakby podgrzane, rozwodnione mleko z dodatkiem czegoś intrygującego w smaku, ale nie umiem absolutnie określić, co to może być. Następnie częstuje nas kawałkami suszonego sera. Ser też pyszny . Ku mojemu przerażeniu, na wierzch sera gospodyni nakłada potężną łychę masła. Już na sam widok robi mi się niedobrze. Jednak zupełnie niepotrzebnie, bo kompozycja okazała się zjadliwa. Trochę to wszystko może było zbyt mdłe, ale całkiem ok. Jeden z mężczyzn podaje mi szklankę z przezroczystym płynem. Wącham – zapach wskazuje jednoznacznie na jakiś samogon. Oddaję szklankę i odmawiam wypicia jak tylko najgrzeczniej umiem. Pokazuję na migi, że gdybym to wypiła, to zaraz usnęłabym na długo, a moi towarzysze popedałowaliby dalej beze mnie. Pantomima budzi  wesołość gospodarzy. Uwieczniam te chwile,  robiąc wiele zdjęć. W przeciwieństwie do innych nacji, Mongołowie bardzo lubią się fotografować i nie mają też żadnych oporów, aby fotografowano ich domostwa. Po sesji zdjęciowej wszyscy oglądają mój aparat. Pozwalam jednemu z dzieci zrobić sobie zdjęcie, co też powoduje ogólną radość. Największe zainteresowanie i tak budzą rowery. Mężczyźni szczególnie przyglądają się trybom i przerzutkom, dzieci – dzwonią dzwonkami. Wysiłki Adama, żeby zrobić coś z niczego, pełzną na niczym. Nie posiadamy części, które pozwoliłyby naprawić rower. Można jeździć, ale co to za jazda z obierającym o wszystko kołem? Po naprawie Adam zostaje zaproszony do jurty, a my czekamy przy rowerach. Chłopiec ‘od roweru’ jest zdecydowanie najśmielszy ze wszystkich dzieci i prosi o umożliwienie przejażdżki moim rowerem. OK., nie ma sprawy. Zdejmuję sakwy i udostępniam rower dzieciom. Nawet nie wiedziałam, że sprawię tym dzieciakom taką frajdę. Jeżdżą wszyscy, którzy mają nogi dłuższe od odległości między ramą a pedałami. Adam wraca z kawałkiem suszonego sera z mleka jaka. Jest to ser do ssania i nie da się go pogryźć. Nabieramy wodę i ruszamy dalej żegnani przez gospodarzy. Po drodze mijamy kolejną jurtę, z której biegnie w naszą stronę mała dziewczynka. Ma w reklamówce suszony ser i pragnie nas poczęstować. Tym razem się nie częstujemy. Daję dziewczynce gumę do żucia i jedziemy dalej.  Mijamy kolejne jurty. Niektórzy mieszkańcy z ciekawości towarzyszą nam przez pewien czas konno, ale w bezpiecznej odległości – zawsze na dystans. Jadąc myślę, że to bardzo gościnny i sympatyczny naród. W Polsce nikt nie zaprosiłby do swojego domu przygodnie spotkanych turystów. Stajemy, żeby dokręcić śrubę w przednim mocowaniu sakw w rowerze Adama. Znów biegną do nas dzieci z pobliskich jurt. Oglądają rowery, dzwonią dzwonkami. Pozbywam się resztki gum do żucia. Postanawiam, że w najbliższym sklepie kupię cukierki, aby móc rozdawać dzieciom.

             Około godziny 17:00 robimy przerwę na obiad, który gotujemy na ognisku. Po obiedzie godzina sjesty, żeby trochę zregenerować siły. Problem w tym, że słońce pali niemiłosiernie, a wokół szczery step i żadnego cienia. Rozkładamy więc tropik od namiotu na rowerach i drzemiemy przez godzinę w całkiem przyjemnym cieniu. Po sjeście ruszamy dalej w stronę miasta Khorgo. Nawierzchnia drogi jest standardowa – żwir, piach i kamienie. Trzeba bardzo uważać, aby nie uszkodzić roweru. Droga dłuży nam się bardzo. Mamy bardzo niedokładną mapę i tak do końca nie wiemy, ile jeszcze kilometrów musimy przejechać, aby dostać się do Khorgo. Stopniowo zmienia się krajobraz – wkraczamy w krainę gór i wulkanów. Zewsząd wystają fragmenty lawy, pojawiają się modrzewie i piękne widoki, tak różne od dotychczas spotykanych. Dochodzi nawet do tego, że przez odcinek około dwustu metrów jedziemy w cieniu. To pierwszy fragment zacienionej trasy w naszej dotychczasowej podróży. Wznosimy się na wysokość około 2500m npm. Widok niesamowity, jesteśmy prawie w chmurach i to w dodatku z rowerami. Tak wysoko jeszcze nigdy nie wjechałam rowerem. Po godzinie 22:00 zachodzi słońce, a miasta Khorgo jak nie było, tak nie ma na horyzoncie. Pedałujemy więc co sił w nogach, by dotrzeć na nocleg do miasta. Spotykamy dwóch jeźdźców i na migi dogadujemy się, że do Khorgo pozostało tylko około ośmiu kilometrów. Jedziemy dalej, robi się ciemno. Zakładamy lampki-czołówki i już w zupełnie ciemną noc dojeżdżamy do miasta. Ze względu na późną porę, postanawiamy nie rozbijać namiotów, lecz znaleźć jakiś hotelik. Pomagają nam dwaj mężczyźni jadący samochodem. Pilotują nas aż do samego gospodarstwa, w którym mieści się sklep oraz hotel dla turystów. Gospodarze są bardzo uprzejmi i nie kryją zadowolenia z perspektywy zarobku. Dostajemy wrzątek i jemy ciepły posiłek. Na poczęstunek herbatą zostają również dwaj mężczyźni, którzy naraili hotelowi klientów. Jesteśmy bardzo zmęczeni po przejechaniu stu dziesięciu kilometrów. Śpimy w pokoju, w którym jest wielki podest (ława), wyłożony dywanami. Śpi się właśnie na tym podwyższeniu. Wielkie łoże jest w stanie pomieścić co najmniej dziesięć osób. Za nocleg płacimy 3000T od osoby.

 

21 czerwca 2005 – 70km

             Nie zna życia, kto nie jechał obciążonym rowerem po lawie poddanej procesowi erozji, czyli po lawowym pyle. To dzień lawy, wulkanów i jeziora Tsagaan Nuur. Ze względu na trudy dnia poprzedniego, wstajemy nieco później i wyjeżdżamy z hotelu dopiero około dziesiątej. Robimy zakupy w Khorgo w sympatycznym sklepiku z produktami żywnościowymi głównie z Polski. Są polskie zupki, przyprawy, konserwy, warzywa konserwowe w słoikach, nawet stara sklepowa waga jest made in Poland. Kupuję dwie konserwy (w tym polski pasztet), chleb, trzy puszki Coca-Coli, batona Twix i płacę 4900T. Poza tym kupuję naturalnie dwie butelki wody mineralnej za 500T każda. Musimy mieć zapas wody i jedzenia, bo prawdopodobnie przez dwa dni nie będziemy mieli po drodze żadnej miejscowości. Wjeżdżamy na teren Parku Narodowego Khorgo Terkhiyn Tsagaan Nuur. Wstęp kosztuje 3000T od osoby. Robimy sobie zdjęcia pod tabliczką z nazwą parku. Bileter ostrzega, że droga nie jest łatwa. Pokazuje na rowery, kiwając się w lewo i prawo. No cóż, spróbujemy. Jak nie uda się dojechać do jeziora rowerami, to się po prostu wrócimy i już. Rzeczywiście, droga fatalna – lawowy pył, a wśród niego wystające duże fragmenty lawy. A wszystko to oczywiście pod górkę. Mijamy po drodze Ger-Camp – zespół jurt noclegowych dla turystów. Wieje bardzo silny wiatr i zaczyna kropić deszcz. Zakładamy kurtki, bo robi się naprawdę zimno. Podziwiamy piękną scenerię wokół wulkanu Khorgijn Togoo, wulkaniczne skały, pasma porośnięte dorodnymi modrzewiami. Po dziewięciu kilometrach trudnej jazdy, mamy kilkusetmetrowy podjazd, przy czym ostatnie trzydzieści metrów jest tak strome, że ledwo udaje się nam wprowadzić rowery. Ale warto było – naszym oczom ukazuje się w dole słynne Terchijn Cagaan Nuur – jezioro wśród wulkanów, którego tafla położona jest na wysokości 2060m npm. Ma powierzchnię 73 tysięcy ha. Niezapomniany widok . Podziwiamy wybijające się w górę stożki wulkanów, miejscami porośnięte modrzewiami. Oczywiście i tutaj, podobnie jak na każdym trudno dostępnym wzgórzu czy przełęczy, stoi okazałe owoo, czyli stożek usypany z kamieni. To pozostałość po wierzeniach szamańskich, wciąż jeszcze obecnych w tradycji Mongołów. Przy owoo składano ofiary bogom, a jego trzykrotne obejście (zawsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara) i dołożenie doń kamienia, gwarantuje przyszłe szczęście. Tym razem nie obchodzimy owoo, bo wiatr coraz większy i zaczyna mocniej padać. Zjeżdżamy w dół i drogą wzdłuż brzegu jeziora objeżdżamy je od strony północnej, robiąc przy tym 50km. Po drodze mijamy jurty, których gospodarze oferują turystom noclegi za 3000T. Korzystamy z ich zaproszenia, aby napić się czegoś gorącego. Jemy suszony ser i pijemy sute-czaj, co kosztuje nas 1000T od osoby. Na zakończenie wizyty robię jeszcze zdjęcie jurty, przy której stoi olbrzymia antena satelitarna. Wbrew pozorom to widok bardzo częsty w Mongolii, który robi na nas bardzo duże wrażenie. Podobnie jak urządzenia do zamiany energii słonecznej w elektryczną. Po przejechaniu około siedemdziesięciu kilometrów wyjeżdżamy na główną drogę prowadzącą w kierunku miasta Tosonhengel. Rozbijamy namioty nad rzeką. Deszcz kropi, co nie wróży najlepiej. W nagrodę jest rzeka i można się wreszcie umyć od stóp do głów. Nikt, kto nie podróżował w ten sposób, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak cudowną rzeczą jest kąpiel w rzece. Czuję się rewelacyjnie odprężona. 

 22 czerwca 2005 – 70km

             Całą noc pada deszcz. Budzę się około godziny 7:00 – leje. Fatalna sprawa, nawet nie ma jak sensownie zwinąć namiotów, aby ruszyć w dalszą drogę. Postanawiamy poczekać. Do południa nie przestaje. Cały czas pada. W końcu podejmujemy decyzję, że zwijamy się w deszczu i jedziemy. Ruszamy o godzinie 13:30 cali mokrzy. Po dziesięciu kilometrach zajeżdżamy do gospodarstwa, aby napić się sute-czaju. Coraz bardziej smakuje nam ta mongolska herbata. Jest bardzo rozgrzewająca. Jedziemy dalej w deszczu, co pewien czas wstępując do przydrożnych gospodarstw oferujących herbatę. O godzinie 17:00 wstępujemy do kolejnego już gospodarstwa, które – jak głosi napis – oferuje jedzenie i spanie. Do jedzenia niestety nic nie ma, ale gospodyni daje nam wrzątek i to nam wystarczy. Rozpuszczamy nasze zupki miu-miu. Za herbatę oraz wrzątek płacimy łącznie 1500T. Po obiedzie przez 10km wzbijamy się na przełęcz o wysokości około 2800m npm. Na przełęczy mocno wieje i leje deszcz. Zjeżdżamy więc szybko w dół, prawie przez 30km. Jest przeraźliwie zimno i mokro. W końcu dojeżdżamy do doliny, gdzie wreszcie pokazuje się słońce. Jest godzina 20:00, mamy na liczniku 70km. Rozbijamy się na łące z rzeczką, której poziom wody zdaje się znacznie przybierać. Mam wątpliwości, czy nie popłyniemy razem z tą rzeczką, ale Adam i Justyna uspokajają, że na pewno obudzimy się w tym samym miejscu. Próbujemy rozpalić ognisko. Jak zwykle biegną ku nam dzieci z okolicznych jurt. Starsze podjeżdżają konno. Widząc, że próbujemy rozpalić ognisko, dzieci zbierają i przynoszą nam drewno. Niestety, drewno jest zbyt mokre i nie chce się palić. Z pomocą przyjeżdża jeden ze starszych Mongołów. Rozpala nam ognisko, wykorzystując jako podpałkę pocięte fragmenty opony. Jest cudownie, grzejemy zziębnięte członki przy ognisku i jemy ciepły posiłek. Jeszcze nigdy czerwony barszczyk nie smakował mi tak jak dzisiaj. Kładziemy się spać z nadzieją, że jutro nie będzie padać, no i że nie popłyniemy razem z rzeką.

 

23 czerwca 2005 – 77km

             Dzisiaj ciąg dalszy podróży w kierunku Moron.  Świeci słońce, poziom wody w rzece nawet opadł, ale niestety jest bardzo zimno. Myślę, że w nocy było około 5 stopni Celsjusza. Oczywiście nie mogę podać dokładniejszej temperatury, bo termometr, jak wiadomo, cieszy od tygodnia oko jakiegoś kieszonkowca z Ułan Bator. Wstajemy  o godzinie 8:00 i tuż po 9:00 ruszamy w drogę. Jedzie się super, prosto, albo trochę z górki. Niewielkie podjazdy nie robią na nas wrażenia. Co około 10km mijamy skupiska jurt, a przy nich pasące się jaki, kozy i owce. Po drodze trzykrotnie musimy przeprawiać się przez rzekę. Poziom wody wprawdzie tylko po kolana, ale nurt wartki i obciążone rowery przeprowadza się z trudem. Korzystamy z okazji, aby się umyć od stóp do głów. Oczywiście zaraz, jak spod ziemi, pojawiają się dzieci i bacznie się nam przyglądają. Za dziećmi dorośli. No i jak zwykle oglądają przerzutki w rowerach, liczniki i mapę. I tak już będzie zawsze. Ilekroć zatrzymamy się w środku stepu, zaraz pojawią się mieszkańcy okolicznych jurt. Przy czym pojęcie okolicy jest  tu znacznie szersze niż w każdym innym kraju.  Słowo horyzont również nabiera w Mongolii zupełnie specyficznego znaczenia.

             Na jednej z przełęczy spotykamy karawanę – wozy zaprzężone w jaki. Okazuje się, że to wyprawa niemieckich turystów – sześć osób robi sobie tour konno po całej Mongolii w ciągu dwóch miesięcy. Karawana jaków ciągnie bagaże, wodę, jedzenie, namioty do spania, a nawet stoliki i krzesełka. Mają sześciu Mongolskich przewodników do pomocy, samochód terenowy oraz telefon satelitarny, za pomocą którego łączą się z m.in. z ekipą filmową. Uprzejmie proszą, abyśmy odjechali nieco dalej, bo zaraz nadleci helikopter, który będzie filmował ich z góry. Rowerzyści nie pasują do scenariusza. Zapewne film będzie o tym, jak to sześciu dzielnych Niemców spenetrowało niedostępne rejony Mongolii. Rowerzyści , którzy nie mają ani jaków, ani telefonu, jeepa i sześciu Mongołów do pomocy, nie mogą się po prostu znaleźć w kadrze. Cały sens filmu wziąłby w łeb. Ruszamy sobie dalej, widząc na horyzoncie jurtę ze studnią. Prosimy gospodarzy o wodę. W ogóle nas nie rozumieją, a miny mają takie, jakbyśmy nagle wyszli z latającego talerza. Roztropniejsze okazują się dzieci, które chwytają nasze butelki na wodę i biegną w kierunku studni. Najmniejszemu chłopcu gile z nosa ciągną się do pasa. Po chwili w tychże gilach jest już korek od butelki na wodę. Justyna raczej nie będzie już piła z tej butelki. Gospodarze proponują nam nocleg, ale my dziękujemy za wodę i odjeżdżamy. Przed nami kolejna przełęcz. Powoli, mozolnie pniemy się do góry przez około 20km. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Około godziny 21:00 postanawiamy zakończyć jazdę na dzisiaj, nie osiągnąwszy przełęczy. Zaatakujemy ją następnego dnia rano. Rozbijamy namioty na wzgórzu, rozpalamy ognisko i jemy ciepłą kolację. I tym razem pojawiają się jeźdźcy na koniach, którzy z odległości 10-20m obserwują nasze obozowisko. Jeden chłopiec – ubrany w czysty i dosyć modny strój dżinsowy – przysiada się do naszego ogniska. Jednak konwersacja nie trwa zbyt długo – w ogóle nie rozumiemy, co do nas mówi, i odwrotnie. 

 24 czerwca 2005 – 65km

             Budzimy się o godzinie 8:00, podziwiamy widok wokół nas, rozpalamy ognisko, aby zjeść ciepłe śniadanie. O 9:00 ruszamy zdobywać przełęcz. Udaje się to po ok. trzech kilometrach morderczego podjazdu. Jesteśmy zmęczeni, ciężko oddychamy, ale widok rekompensuje wszystko. Mamy wrażenie, jakbyśmy byli ponad górami. Na przełęczy jest tablica, ale nie sposób odczytać napisów, zresztą i tak nie ma podanej wysokości przełęczy. Tu po prostu nie ma takiego zwyczaju. Myślę, że jesteśmy na wysokości 2600-2800mnpm. Chwilę odpoczywamy, robimy zdjęcia i zjeżdżamy do miasteczka Erdenet (tego mniej znanego). Zjazd nie jest przyjemny, droga trudna z licznymi kamieniami, piachem i żwirem. Trzeba zjeżdżać bardzo uważnie, aby nie uszkodzić roweru, no i siebie przy okazji. Większość zjazdu pokonuję stojąc na pedałach, aby odciążyć tylne koło. Drętwieją mi nogi i ręce. Mam świadomość, że nawet na chwilę nie mogę się zdekoncentrować. Nie ma mowy o podziwianiu widoków.

            W Erdenet, jak wszędzie, budzimy dużą sensację. Schodzą się ludzie oglądać nas i nasze rowery. Każdy coś mówi w niezrozumiałym języku. Zbiegają się też dzieci, które prawdopodobnie miały zakończenie roku szkolnego – są odświętnie ubrane i dzierżą w rękach cenzurki. Robimy zakupy. W Erdenet jest kilka sklepów spożywczo-przemysłowych z takim samym asortymentem. Kupuję dwie butelki wody, dwie czekolady, trzy zupki, ciastka, napój gazowany i batona. Za wszystko płacę około 6000T. W sklepach w ogóle nie było konserw, ani żadnego sera topionego. Był na szczęście chleb. Rozczarowani brakiem konserw ładujemy zakupy i udajemy się dalej w stronę Moron, do którego mamy około 120km. Przy czym same kilometry o niczym nie świadczą. Znów pniemy się pod górę, aby po 10km osiągnąć przełęcz. Droga jest tak trudna i stroma przy samej przełęczy, że nie sposób jechać. Musimy podprowadzać rowery. I to też nie idzie nam łatwo. Sandały ślizgają się na drobnych kamieniach, a ciężki rower ucieka w dół. Prowadzę rower z przerwami, tak po 2m, i odpoczywam. Nie daję rady. Mam wrażenie, że zaraz wyzionę ducha. W końcu osiągamy tę cholerną przełęcz. Oczywiście i tu tablica nie informuje o wysokości. Z przełęczy zjeżdżamy do słonego jeziora – jest pięknie położone, całe otoczone górami. No i wcale nie takie słone. Jezioro ukazuje nam się już z daleka. Z góry wydaje się, że jest bardzo blisko. To jednak tylko złudzenie. Aby do niego dojechać musimy pokonać jeszcze siedem kilometrów. Nad jeziorem jemy obiad na sucho, bo nie ma z czego rozpalić ogniska. Potem dalej w drogę, oczywiście pod górę. Osiągamy kolejną przełęcz, tym razem już mniejszą, a następnie długo zjeżdżamy w dół po kamienistej drodze. Rozbijamy namioty około 20:30 przy rzeczce. Schodzą się mieszkańcy okolicznych jurt. Biegną do nas wszyscy, żeby nam się poprzyglądać. Przychodzą starzy, młodzi i całkiem mali. Czuję się trochę osaczona – nasze trzy namioty, a pomiędzy – najpierw kilka, a potem kilkanaście osób. Rozmawiają, śmieją się z nas, do nas też coś mówią, ale nie rozumiemy. Po około godzinie rozchodzą się rozbawieni. A my wykonujemy rytualne czynności: kąpiel w rzece, ognisko, kolacja, pisanie dziennika, spanie.

 

25 czerwca 2005 – 75km

             Budzę wszystkich około siódmej, ale nie wstają, więc śpimy jeszcze do ósmej. Potem tylko śniadanie na ognisku i w drogę. Wczorajszy morderczy dzień daje się we znaki. Wszystko mnie boli. No,  może prawie wszystko. Boli głównie prawy nadgarstek i prawe kolano. Pokonujemy dwie przełęcze, jednak w porównaniu z tymi wczorajszymi to bułka z masłem. Już na pierwszej nie wytrzymuje Justyna i oświadcza, że w Moron odłączy się od nas i wróci busem do Ułan Bator. Po prostu nie daje rady. Przykro nam, ale rzeczywiście nie ma sensu, żeby wyzionęła z nami ducha, a wszystko niestety do tego zmierza. Na razie jednak, do Moron pozostało nam około 60km.Droga chyba najgorsza z dotychczasowych – same duże kamienie. Jedzie się bardzo cięzko, nawet na zjazdach nie możemy przyspieszyć ze względu na nawierzchnię drogi. Z góry osiągamy prędkość 10-15kmph. Czasami musimy się nawet zatrzymywać. Jadę prawie cały czas stojąc na pedałach. Boję się, że nie wytrzyma tylne koło. Bardzo bolą nas ręcę. I tak jest cały czas aż do Moron. Po drodze zatrzymujemy się przy knajpce. Pijemy czaj i oranżadę, która smakuje jak Przemyslawka. Jemy też ciepłe danie, składające się z ryżu, makaronu, ziemniaków, kawałków cebuli i baraniny. Przyprawiamy to polską przyprawą do zup oraz keczupem, i uznajemy, że całkiem nieźle smakuje. Z dania przebłyskują kawałki czegoś zielonego i pomarańczowego. Łudzę się, że to marchewka z groszkiem. Niestety, to tylko kolorowy makaron, ale brawo dla gospodyni za pomysł na kolorystyczne urozmaicenie potrawy. Wszystko to kosztuje 1400T od osoby. Dojeżdżamy do Moron o godzinie 18:30. Postanawiamy przenocować w hotelu, aby następnego dnia być w centrum i szybko znaleźć busa dla Justyny. Pokój dwuosobowy z dostawką dla trzeciej osoby kosztuje 2400T. Nie do końca przystajemy do hotelu z naszymi rowerami, zakurzonymi sakwami i niezbyt wyjściowym wyglądem. Bierzemy prysznic i jest cudownie. Potem udajemy się do hotelowej restauracji na kolację. Jakaś Brytyjka, wychodząc z restauracji, poleca nam chińskie danie. Niestety, okazuje się, że my możemy zjeść już tylko stek z baraniny. Domagam się przynajmniej deseru z owoców, który jest w menu. Kelnerka nie za bardzo wie, o co mi chodzi, po czym wysyła pomocnicę do pobliskiego sklepu. Po dwóch minutach mamy na stole umyte banany i nektarynki. Za ten ekskluzywny posiłek w ekskluzywnej restauracji płacimy łącznie 10 800T. Rozpusta, ale raz się żyje. Po kolacji idziemy w miasto. Moron to prawdziwy turystyczny kurort – wszędzie nocne kluby i dyskoteki. Trochę inne od europejskich...Co ciekawe, o godzinie 22:30 poczta ciągle czynna. Za dwie minuty rozmowy z rodziną płacę 1910T. Internet, niestety, jest już nieczynny. Wracamy do hotelu, śpimy w rzekomo wygodnych łóżkach, a przed zaśnięciem oglądamy mongolską telewizję.

 

26 czerwca 2005 – 53km

 Noc bardzo gorąca i duszna, rano okazuje się, że nie możemy wziąć porannego prysznica, na który tak bardzo liczyliśmy. Jest nieczynny. Na śniadanie (w cenie pokoju) dostajemy ryż z mlekiem oraz dwa kawałki bułki obsmażonej w jajku tak, że początkowo nawet myślimy, że to racuchy. Na bułce po jednym kawałku pomidora oraz parę wiórków marchewki. A wszystko to pachnie nie najświeższym olejem. Około godziny 9:00 odprowadzamy Justynę na miejsce, z którego odjeżdżają busy do Ułan Bator. Jest to plac dosyć odległy od hotelu, mamy zapisaną jego nazwę po mongolsku na kartce, więc prawie bez trudu udaje się nam trafić. Już przed placem zaczepia nas kierowca busa i proponuje transport do Ułan Bator za cenę 20 000T. Przystajemy na propozycję. Rower, niestety, musi pojechać na dachu. Kierowca zaznacza, że teraz tylko zbiera pasażerów. Odjazd będzie dopiero o godzinie 15:00. Justyna ma więc przed sobą prawie 6 godzin czekania, jednak tutaj wszystkie busy w ten sposób funkcjonują. Niektórzy pasażerowie przysyłają najpierw swoich ‘zajmowaczy’ miejsc, a dopiero później, tuż przed odjazdem, wsiadają sami do busa. Jest to jakiś sposób. Zostawiamy Justynę, udzielając ostatnich rad, w jaki sposób powinna przebukować sobie bilet lotniczy na inny termin. Dajemy adres konsulatu tak na wszelki wypadek. To przykry moment dla nas wszystkich, ale rzeczywiście nie ma sensu, skoro to w tym momencie nie jest dla niej.

             O godzinie 10:00 otwierają wszystkie sklepy (mimo niedzieli) oraz salę internetową na poczcie. Biegniemy skorzystać z internetu – jedna godzina kosztuje 700T. Piszę długiego maila, opisując naszą dotychczasową trasę. Adam pomaga mi w zapisaniu tekstu i ... kasuje wszystko. Po raz pierwszy na tym wyjeździe – i chyba w ogóle – mam ochotę go zabić. Tyle pisania się zmarnowało. Piszę więc jeszcze raz, ale opis nie jest już tak szczegółowy. Po oderwaniu się od klawiatury komputera robimy zakupy. Za 5000T kupuję chleb, konserwy, Snickersy, ciastka i wodę. Stojąc w sklepowej kolejce oglądamy towary wyprodukowane w Polsce. Wszystkie soki, dżemy, kompoty, bombonierki, herbaty, zupy instant, marynowane warzywa i przyprawy pochodzą z Polski. 80% asortymentu w tym sklepie zostało wyprodukowane w naszym kraju. To bardzo miłe przekonać się, że jesteśmy w stanie zalać swoimi towarami jakiś rynek. W mongolskich sklepach tak naprawdę mongolskie jest tylko pieczywo. Trzeba dodać, że jest ono bardzo smaczne i świeże. Jest  również bardzo duży wybór różnego rodzaju małych słodkich bułeczek z rodzynkami.

             Po zrobieniu zakupów wymeldowujemy się z hotelu i ruszamy do restauracji na obiad. Nie chcemy już korzystać z posiłków w hotelu, bo – jak się okazało – wybór dań żaden, a i ze smakiem nie najlepiej. W restauracji vis a vis hotelu nie mają nic do jedzenia, mimo, że obszerne menu wisi na widoku. W końcu trafiamy do restauracji dużej i schludnej. Kelnerka podaje kartę i już na wstępie informuje, że z tego siedmiokartkowego menu jest do jedzenia tylko gulasz z baraniny, a do picia wyłącznie herbata, ewentualnie napój o nazwie multiwitamina, co to smakuje jak popularne u nas w stanie wojennym syropy pomarańczowe do rozcieńczania. Trudno, niech będzie gulasz. Już wprawdzie nie mogę znieść zapachu baraniny, ale przecież coś jeść trzeba. Danie jest ohydne: żylaste i twarde kawałki mięsa podane z letnim ryżem i zimnym ziemniaczanym puree. Do tego parę wiórków marchewki oraz cztery plasterki kiszonego ogórka (pewnie z Polski). No i ten ogórek okazał się najsmaczniejszy z całego posiłku. Za obiad płacimy 1650T od osoby. Około 15:00 ruszamy w drogę w stronę jeziora Chubsugul. Na ulicy mijamy busa z charakterystycznym rowerem Justyny na dachu. A więc to była prawda, nie ruszył przed 15:00. Postanowiliśmy nie jechać, tak jak wszyscy, do miasta Chatgal nad jeziorem Chubsugul, ale trudniejszą trasą. Chcemy dojechać do jeziora przez góry od północno-zachodniej strony. W naszej wyprawie nic nie jest proste. Droga wprawdzie z niewielkimi podjazdami, ale nawierzchnia bardzo piaszczysta. Zajeżdżamy na lotnisko koło Moron, aby zapytać się, którą drogą powinniśmy jechać. W niedzielę na lotnisku jest tylko stróż i kontroler lotów. Adam pyta ich o drogę pokazując mapę. No, tylko tego było im trzeba. Chwytają mapę i zapominają o Bożym świecie, a o nas tym bardziej. Pokazują sobie na mapie różne miejscowości, drogi i zakątki. Dochodzimy do wniosku, że każdy, kto chciałby zrobić frajdę Mongołowi, a przy okazji zająć go czymś na wiele godzin, powinien kupić mu w prezencie mapę Mongolii. Niesamowite, jak mapa intryguje tych ludzi. Nawet tych z lotniska, którzy przecież z różnymi nawigacyjnymi gadżetami mają do czynienia na co dzień.  Ruszamy dalej, w zasadzie na azymut. Łapie nas gradobicie. Zmrożone kulki biją z taką siłą, że krzyczymy z bólu. Jesteśmy cali mokrzy, ale schniemy w ciągu trzydziestu minut. Piach utrudnia jazdę. W dodatku obydwoje czujemy się nienajlepiej. Adama boli żołądek po obiedzie, a mnie prawe kolano. Zmienia się krajobraz. Step przechodzi w tajgę. Nie dość, że jazda jest trudna, to w dodatku w Adama przedniej sakwie urywa się zaczep. Tracimy pół godziny na naprawę. Urwane nity zastępujemy śrubami. W końcu o godzinie 21:00 postanawiamy zakończyć jazdę. Mimo, że mamy ze sobą drewno pozbierane po drodze, nie rozpalamy ogniska, bo zaczyna padać. Sardynki z puszki smakują super na zimno.

 

27 czerwca 2005 – 75km

 Budzą nas rykiem jaki i krowy. Ruszamy w kierunku miasta Mandal. Jedziemy cały czas pod wiatr, a ten jest tak silny, że prawie nas pcha do tyłu. Po trzech godzinach jazdy mamy na liczniku tylko 25km i jesteśmy bardzo zmęczeni. W dodatku prawa noga, mimo natarcia mięśnia maścią rozgrzewającą i zabandażowania, nadal bardzo mnie boli. Dojeżdżamy do miejscowości Mandal. Czuję się jak na Dzikim Zachodzie – pusta ulica, po bokach drewniane domki z płotami, a zza płotów ciekawe oczy. Pusto wokół nas jest jednak tylko chwilę. Bardzo szybko przy naszych rowerach robi się dziki tłum gapiów. Jesteśmy tak bardzo zmęczeni, że postanawiamy się złamać, i podjechać busem. Negocjacje trwają około godziny. Niestety, kierowcy proponują cenę, której nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Tłumaczą nam, że jedyną drogą, którą może pojechać samochód, jest droga przez Moron do Chatgal. Tą drogą wczoraj mogliśmy sami pojechać, i pewnie już dzisiaj bylibyśmy nad jeziorem. Jak zwykle jednak wybraliśmy wariant najtrudniejszy, przez góry. No i teraz mamy za swoje. Po bezskutecznych negocjacjach postanawiamy nie korzystać z transportu samochodowego i jechać dalej rowerem. Wiatr nie traci na sile ani na chwilę i cały czas wieje nam w twarz. Jesteśmy przewiani do szpiku i kości. Droga mało uczęszczana, nie mija nas żaden samochód. Wokół nie ma jurt ani pasącego się bydła. Ciężko i niezbyt przyjemnie się jedzie. Po przejechaniu 50km dostrzegamy w końcu jakieś jurty. Podjeżdżamy do jednej, aby poprosić o gorącą wodę i zjeść ciepły posiłek. Mieszkańcy zapraszają nas do środka i dla rozgrzewki podają gorący sute-czaj. Jest pyszny i rzeczywiście rozgrzewa. Częstują nas serem a następnie szybko rozpalają w piecu, aby zagotować wodę. Już po chwili jemy zupki miu-miu i obserwujemy, co robią mieszkańcy jurty. Dziewczynka w wieku około trzynastu lat przyrządza świeży sute-czaj. Do wody dolewa mleko, następnie sypie trochę ziół oraz parę garści soli. Starsza kobieta robi najprawdopodobniej ser, ale pewna nie jestem. Mężczyzna zajmuje się oglądaniem naszej mapy i przyglądaniem się naszym twarzom. Na koniec dostajemy  po misce świeżej herbaty.  Gospodarze próbują namówić nas jeszcze na spożycie twarogu, ale już nie jesteśmy w stanie go zjeść. Pytamy się, czy mamy zapłacić za poczęstunek. Mężczyzna z uśmiechem kręci przecząco głową. Żegnamy się i jedziemy w dalszą drogę. Po przejechaniu około jednego kilometra postanawiamy odpocząć. Mimo, że jest zimno i wieje silny wiatr, padamy po prostu w kurtkach na trawę i błyskawicznie zasypiamy. Śpimy tak przez jedną godzinę, a potem ruszamy dalej. Pokonujemy kilka, wprawdzie niewysokich, ale jednak, przełęczy. Wiatr nie ma zamiaru przestać wiać. Około 20:30 postanawiamy rozbić obóz na jednej z przełęczy. Tuż po postawieniu namiotów stwierdzamy, że wiatr ucichł. Jak zwykle, wszystko na opak.

  

28 czerwca 2005 – 83km

 Ruszymy po godzinie 9:00. Początkowo jedziemy trochę z górki, ale zaraz potem zaczyna się podjazd na przełęcz. Nie ma wprawdzie wiatru, ale i tak nie jedzie nam się dobrze. Bolą mnie już obydwie nogi. Jedziemy bardzo wolno, pnąc się w milczeniu do góry. Wokół pusto, żadnych samochodów ani jurt na horyzoncie. Dopiero po przejechaniu 25km dojeżdżamy do kilku drewnianych domków nad wyschniętą rzeką. Dziwne miejsce, jakby przydrożny zajazd dla podróżnych. Do jednego z domów zostajemy zaproszeni. Wewnątrz trzy kobiety właśnie przyszykowały posiłek (makaron z baraniną) dla podróżnych, którzy wysiedli z dwóch UAZów. My dostajemy herbatę, tym razem bez mleka. Wyłącznie same zioła z solą. Kobieta, która rządzi tym interesem, na migi pyta, czy też chcielibyśmy coś zjeść. Jasne, że chcemy. Zaraz potem widzimy, jak przyrządza się nasz posiłek. Chyba lepiej byłoby tego nie oglądać. Jedna szmata służy do wszystkiego; do wycierania stołu, na którym wałkuje się ciasto, oraz do przecierania naczyń i podłogi. Nie chcę nawet opisywać, jak wyglądają kawałki baraniny wzięte wprost z podłogi i wrzucone do gara z makaronem. Oprócz baraniny i makaronu posiłek składa się z kilku plasterków ziemniaków i pokrojonej cebuli. Danie smakuje naprawdę dobrze, tylko niestety baranina jest, jak zwykle, żylasta, tłusta i nieciekawie pachnie. Wyjadam sam makaron, który jest naprawdę bardzo smaczny. Pijemy kolejne miseczki czaju. Pozostali podróżni, po posiłku i rozpiciu butelki wódki, ruszają w drogę. Po zapłaceniu 1000T od osoby, my również  opuszczamy gościnną osadę. Ciągniemy się mozolnie na przełęcz. Wreszcie po przejechaniu 58km dojeżdżamy do oznaczonego miejsca, w którym zaczyna się Dolina Darchandyńska. Przed nami bardzo długi zjazd. Dolina rzeczywiście jest bardzo piękna; wokół modrzewiowe lasy. Dojeżdżamy do miasta Togol, które robi wrażenie stworzonego wyłącznie dla potrzeb turystów. Rzucamy się oczywiście na sklepy. Kupujemy to, co zwykle, oraz marynowaną sałatkę w słoiku polskiej firmy Urbanek. Nie mamy daleko do rozbicia obozu, a więc nie będziemy tego słoika wieźć zbyt długo. Tęsknimy za warzywami i owocami, i taki słoik z warzywami, nawet marynowanymi, to dla nas prawdziwa gratka. Pod sklepem podchodzi do nas policjant i prosi o pokazanie paszportów. Sprawdza ważność wizy. Okazuje się, że Brytyjczykom, którzy przyjechali tu busem, skończyła się ważność wizy i mają problem. Nie czekamy na dalszy rozwój sytuacji z Anglikami, odjeżdżamy parę kilometrów od miasteczka i rozbijamy obóz. Rozpalamy ognisko i jemy pyszną kolację z warzywami Urbanka.

 29 czerwca 2005 – 61km

             Nie spieszymy się ze wstawaniem. Do Renchinlchumbe mamy tylko około 60km, a przecież będziemy jechać doliną, po drodze nie będzie żadnych gór i podjazdów. Okazuje się jednak, że w Mongolii niczego nie można być pewnym. Najpierw jedziemy po łące, z trawą powyżej kostek, która często staje się nagle podmokła. Grząski teren pojawia się coraz częściej. Coraz częściej grzęźniemy po łydki. Po godzinie jazdy mamy zrobione tylko 8km. Odbijamy nieco w lewą stronę od dotychczasowego szlaku, aby spróbować znaleźć inną drogę. Udaje się. Początkowo przyspieszamy, ale nie na długo. Droga staje się nagle piaszczysta i zmuszeni jesteśmy prowadzić rowery. Trzykrotnie przeprawiamy się przez rzeki. Jedna jest na tyle głęboka, że musimy rozebrać się do naga i po kolei, ostrożnie przenosić bagaże oraz rowery. Wciąż pokonujemy to piaszczyste wydmy, to znów grząskie błoto. Mamy już tej drogi powyżej uszu. W ogóle nie można normalnie jechać, bo wciąż trzeba walczyć albo z błotem, albo z piachem. Dopiero pod wieczór na horyzoncie ukazuje się Renchinlchumbe. Zanim jednak tam dojedziemy, musimy przeprawić się przez rzekę pokrytą grubą warstwą lodu. Dosyć osobliwe to przeżycie. (OPIS PRZEJŚCIA PRZEZ KRĘ....)

             Miasteczko Renchinlchumbe wygląda jak wymarłe. Taki post-sowiecki relikt. Nie ma ludzi, pełno drewnianych, nawet całkiem ładnych, pustych budynków. Z trudem znajdujemy jeden sklep, w którym robimy zakupy. Kupujemy głównie słodycze, bo nic innego po prostu nie ma. Rozbijamy obóz nieopodal miasteczka i jemy szybką kolację. Kładziemy się spać, bo jutro czeka nas trudny dzień. Spróbujemy zaatakować jezioro Chubsugul od zachodu, co zajmie nam pewnie dwa dni. Spróbujemy, bo jest duże prawdopodobieństwo, że nie damy rady przeprawić się przez dolinę. Trochę się boję tej przeprawy. Mam wątpliwości, czy jesteśmy w stanie w ogóle znaleźć właściwą drogę.

 

30 czerwca 2005 – 13km

                 Ruszamy bardzo wcześnie, aby w razie czego zawrócić i szukać innego rozwiązania. Adam wskazuje, którędy powinniśmy jechać, bo żadnej drogi nie ma. Jest podmokła trawa, która szybko przechodzi w bagno. Pchamy rowery, co chwila grzęźniemy w bagnie. Tracę sandał w miękkiej mazi. Z trudem go odzyskuję, wkładając rękę po łokieć w bagno. Nagle pojawiają się jakieś koleiny. Mamy nadzieję, że odnaleźliśmy drogę. Bagno kończy się, zaczynamy jechać pełni nadziei. Niestety, koleiny rozchodzą się, i nie wiemy, którą opcję wybrać. Wybieramy tę najbliższą wskazaniom mapy. Jedziemy tak może 50m i trafiamy na rozległe, wyschnięte koryto rzeki z kamienistym dnem. Znów pchamy więc rowery. Potem, po raz kolejny, pojawia się błotnista trawa, a później ponownie kamienie. Przez godzinę robimy tylko 6km. Decydujemy się zawrócić, bo to po prostu nie ma sensu. W mieście znajdziemy może busa, który za ciężkie pieniądze – o ile w ogóle – zawiezie nas do Chatgal lub Moron. Nagle, jak spod ziemi, wyrasta nam przed oczami starszy Mongoł na koniu. Pokazuje, że ma konie i konno bez problemu damy sobie radę na tej drodze. Adam wyjmuje zeszyt i rysuje konia zaprzęgniętego do wozu. Pokazuje Mongołowi, że mamy rowery i że musimy je jakoś zabrać. Mimo, że Mongoł kiwa głową, jestem przekonana, że nas nie rozumie. Oni wszyscy kiwają głowami, a później okazuje się, że to jedno wielkie nieporozumienie. Adam jednak obstaje przy optymistycznej wersji, że Mongoł wszystko rozumie i że powinniśmy próbować się z nim dogadać co do ceny. Ustalamy cenę na 50 000T. Nagle Mongoł niespodziewanie odjeżdża. No i masz babo placek. Wracamy więc do miasta przez okropne bagna. Okazuje się, że Mongoł nie był taki głupi, aby pchać się, tak jak my, przez bagna. Wkrótce wita nas już na suchym terenie i każe jechać za sobą. Jestem bardzo sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Uważam, że stracimy tylko cenny czas na gadanie i rysowanie w zeszycie. Dla Mongołów czas nie biegnie tak szybko, jak dla nas. Adam jednak uważa, że uda nam się wynająć konie z wozem. I rzeczywiście ma rację. Zostajemy zaproszeni najpierw na herbatę, a następnie panowie zabierają się do szykowania wozu, koni i całego ekwipunku. Odmawiam jechania konno, bo nigdy tego nie robiłam. Pojadę na wozie razem z rowerami. Oglądam wóz. Okazuje się, że jedno z kół w wozie, który ma pokonać z nami 60km, wygląda mało obiecująco. Opona przytwierdzona jest do felgi za pomocą rowerowego łańcucha. A że łańcuch był zbyt luźny, pomiędzy pomysłowo wsadzono jeszcze gwóźdź. No super się zapowiada. Ruszamy w samo południe. Już pierwsze kilometry drogi przekonują nas, że wynajęcie koni było słuszną decyzją. Jedziemy przez podmokły teren, pokonując również kilka prawie wyschniętych koryt rzek (rzeki?). Okolica bardzo piękna, choć przez pierwsze kilometry zwracam uwagę głównie na gzy i różne końskie muchy. Konia im za mało, chcą jeszcze zjeść moją osobę. Jedziemy piękną doliną, dookoła nas góry i modrzewiowe lasy. Mnóstwo polnych kwiatów o rozmaitszych kolorach: żółte, pomarańczowe, chabrowe i bordowe. Żałuję, że nie mogę zrobić zdjęcia. Wóz nie jest resorowany, a więc wiadomo, koncentruję się wyłącznie na tym, aby przy podskokach nie złamać kości ogonowej, ani tez całkiem nie opuścić wozu. Adam jedzie dzielnie w siodle, choć wygląda trochę nieproporcjonalnie. Jest wyraźnie za wysoki w porównaniu z dosyć niskim konikiem. Razem z nami jedzie dwóch młodych Mongołów. Jeden powozi wozem, a drugi jedzie w siodle i wskazuje najlepszą opcję przejazdu przez kamienie, wodę i błoto. Obydwaj śpiewają prawie przez całą drogę. Może jestem totalnym ignorantem w kwestiach muzyki, ale wydaje mi się, że słyszę wciąż tę samą pieść ludową. Młodszy z Mongołów, ten powożący wozem, ma nie więcej niż 16 lat. Ciągle skręca papierosy i kopci jak lokomotywa. Zabrał ze sobą strzelbę, której lufa tkwi tuż za moimi plecami.  Po diabła mu strzelba? Całą drogę nie opuszcza mnie pytanie, czy strzelba nie jest przypadkiem nabita. Nie wiem, po co chłopak zabrał tę strzelbę, ale chyba tylko po to, aby w czasie drogi były z nią same kłopoty. Ciągle się zsuwa, lufa wbija mi się to w pupę, to w żebra. Nagle strzelba zsuwa się przez szparę w wozie i ja, na swoje nieszczęście, ratuję ją przed zgubieniem. W związku z powyższym dalszą drogę pokonuję ze strzelbą za plecami, a nadto muszę uczyć towarzysza podróży słowa ‘dziękuję’ w języku polskim. On wyraźnie czuje się w obowiązku dziękować mi w moim języku za uratowanie jego ukochanej broni.  Po czterech godzinach jazdy bez przerwy, Adam wygląda w siodle coraz gorzej. Mongołowie pozwalają mu więc trochę pokierować wozem. Ku mojemu zaskoczeniu – radzi sobie wyśmienicie. Nasi przewodnicy też są zaskoczeni i pełni uznania dla jego umiejętności. Ja natomiast mam  swoje powody do zadowolenia. W związku z zamianą ról,  strzelba jedzie teraz wierzchem, przewieszona przez plecy Mongoła. Po około godzinie Adam znów przesiada się w siodło, a strzelba wraca na wóz. I tak jedziemy do godziny 21:00. Dziewięć godzin jazdy. W końcu widzimy jezioro Chubsugul. Jestem tak poobijana, że nie mam siły zejść z wozu. Adam też jest czystym bytem. Wysiadamy przy trawiastym placu, który jest czymś w rodzaju pola namiotowego z dwoma drewnianymi domkami. Jeżeli ktoś myśli, że widniejąca na mapie miejscowość o nazwie Jiglegun Am to miasteczko, w którym można zrobić np. zakupy, to się myli. To po prostu pole namiotowe i nic więcej. My mamy dużo szczęścia. Akurat na polu stacjonuje angielska wyprawa konna z całym ekwipunkiem. Jest więc ciepła woda w prysznicu, kuchenka gazowa, umywalka, pojemniki z wodą i kranikiem przy toalecie. Rzeczywiście dobry standard. A wszystko to za jedynie 1000T od osoby. Biorę szybko prysznic, bo już zapomniałam, jakie to przyjemne uczucie. Od tygodnia nie myłam się w wodzie. Pod prysznicem zdaję sobie dopiero sprawę, jaka jestem brudna, jak wygląda skóra na moich nogach, a o samych stopach już lepiej nie wspomnę. Po wyjściu spod prysznica mam ochotę zawinąć się w śpiwór i usnąć bez posiłku. Pamiętam jednak, że zasypianie ze zmęczenia bez zjedzenia kolacji na tego typu wyprawach zapowiada gwałtowne osłabienie i grozi ogólnym wyczerpaniem organizmu. Resztką sił wychodzę ze śpiwora i trzęsąc się z zimna idę przyrządzić sobie coś na kolację. Czerwony barszczyk poprawia mi humor, potem jeszcze kaszka z dodatkiem granulowanych otrębów ze śliwkami (prezent na drogę od Beaty). I na koniec gorąca herbata. Pycha, można iść spać.

1 lipca 2005 – 30 km

             Jest tak jak zawsze, czyli – jak mogę dłużej pospać, to budzę się o świcie. Oglądam wschód słońca, które rzeczywiście wschodzi nad jeziorem przepięknie. Robię zdjęcia i próbuję spać dalej. O godzinie 7 00 zwijają się Brytyjczycy z całym obozowiskiem z konnej wyprawy. Po ostatecznym przebudzeniu ok. godz. 9 30 stwierdzam, że czar standardu pola biwakowego prysł wraz z odjazdem płacących ciężkie pieniądze Brytyjczyków. Budynek z umywalką i prysznicem został zaryglowany, w pomieszczeniu kuchennym są tylko stoły, zniknęły również pojemniki z wodą przy toalecie. Pozostała natomiast pani zarządzająca tym kawałkiem trawy, aby ściągnąć od nas po 1000 T za nocleg. No i pozostało jeszcze, na szczęcie, przepiękne jezioro. Wszystko mnie boli po wczorajszej przygodzie konnej. Adam też narzeka. Idę nad jezioro, aby się umyć i zrobić pranie. Woda bardzo zimna, ale daje się wytrzymać. Potem mamy manianę – drzemiemy w namiotach, trochę czytamy, drogę doprowadzamy się do ładu. Świeci słońce, ale poza namiotem nie sposób wypocząć, bo po pierwsze – zimno, a po drugie – roje much nie dają spokoju. Ruszamy się z trudem zwijając namioty ok. czternastej. Okazuje się, że musimy zapłacić za nocleg 3500 T od osoby, tj. 2000 T za miejsce biwaku i 1500 T za prysznic. Wczorajsza uzgodniona cena od osoby okazała się nieporozumieniem. Wyjeżdżamy ok. 15 . Boję się, że stan drogi nie pozwoli nam przedostać się do Chatgal. Początkowo jedziemy bez problemu, niestety z przerwami, bo teren podmokły i trzeba pchać rowery w miękkim błocie. Potem znów jedziemy przez dłuższy czas, a następnie pchamy. I tak na zmianę, aż do osiągnięcia 6 km. Nagle droga przeistacza się w pojedynczą ścieżkę, która prowadzi na górę po stromym zboczu. Nie mamy wyjścia, musimy się wspiąć z rowerami. Pchamy w trudem obydwoje po jednym rowerze. Co 5 – 10 metrów stajemy aby odpocząć. Po wepchnięciu obydwu rowerów na górę mamy wszystkiego dosyć, jesteśmy wykończeni. Zjeżdżamy następnie z góry bardzo ostrożnie. Jest stromo, a z ziemi wystają korzenie drzew. Później droga przeistacza się w dobrą trasę leśną. Czasami tylko trochę podmokłą, ale jedziemy bez większych problemów. Po drodze musimy sforsować duże rozlewisko jeziora. Na szczęście woda płytka, ale tak nieziemsko zimna, że aż parzy w stopy. Przeprowadzamy rowery krzycząc w bólu. Woda w rozlewisku jest krystalicznie czysta, a więc przy okazji uzupełnimy zapasy wody do picia. Przyglądamy się ptakom, bo nad jeziorem Chubsugul powstał istny ptasi raj. Podziwiamy kaczki, czaple i mnóstwo innych ptaków, których nazw nie znamy. Ptaki popiskują, śpiewają i gwiżdżą, aż głowa boli. Jest przepięknie, tylko bardzo zimno. Nad jeziorem Chubsugul są najniższe temperatury w Mongolii. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi tylko 10 stopni Celsjusza. Przyglądam się olbrzymiej tafli wody i nie mogę uwierzyć, że tu jestem i to w dodatku na rowerze. Przeczytałam w przewodniku, że Chubsugul jest zbiornikiem zawierającym 65 % zasobów wody pitnej Mongolii i aż 2 % zasobów wody pitnej świata. Trudno  uwierzyć, ale to naprawdę olbrzymie i głębokie jezioro. Jedziemy dalej, wokół las modrzewiowy i przepięknie kwitnące kwiaty. Po drodze spotykamy 2 jelonki, które najwyraźniej nie chcą się z nami zaprzyjaźnić. Spotykamy również znanego z samolotu Włocha, który przemierzył rowerem odległość z Ułan Bator do Chatgal. Teraz jedzie konno. Mijamy  międzynarodową wyprawę konną, która udaje się właśnie tam, skąd my jedziemy. Wyprawa jest oczywiście z całym zapleczem stołowo – jedzeniowym i całym zastępem Mongołów do obsługi. My, zdani jesteśmy tylko na siebie. Jedzie się fatalnie. Po drodze „stuka” nam 1000 km łącznej jazdy rowerem po Mongolii. Nic dziwnego, że jedzie nam się niezbyt dobrze. Jesteśmy po prostu już bardzo wyczerpani całą trasą. A ostanie 250 kilometrów należało chyba do najtrudniejszych, jakie kiedykolwiek przejechałam. I to pod każdym względem: technicznym, fizycznym i psychicznym. W dodatku kończą nam się już zapasy jedzenia, a po drodze nie mijamy żadnego ger-campu, w którym można by coś kupić do spożycia. Myśląc tak o ger-campie przejeżdżamy łącznie 30 km. Rozbijamy się tuż przy jeziorze, rozpalamy ognisko, przyrządzamy ciepły posiłek z resztek kaszek błyskawicznych, musli oraz gorących kubków. Do  Chatgal pozostało jeszcze niecałe 50 km. Powinniśmy dojechać tam jutro bez problemu, ale kto wie... Kto jest w stanie przewidzieć, jakie czekają nas niespodzianki na drodze?

 

2 lipca 2005 – 54 km

Wyczołgujemy się z namiotu ok. 8, czekamy aż słońce zacznie mocno świecić, aby wyschły namioty. Noc była zimna, ale nie straszne to dla mojego śpiwora. Jak zwykle rozpalamy ognisko, jemy ciepłe śniadanie i ok. 10 ruszamy w drogę. Nawierzchnia drogi nie jest zła, choć momentami bardzo kamienista, więc musimy prowadzić rowery. Nie możemy się już doczekać jakiegoś ger-campu po drodze, żeby kupić sobie nasze przysmaki tj. mongolskie kruche ciastka oraz jabłkowy napój gazowany, zwany przez nas jabcokiem – przebój tego wyjazdu. Po około 20 kilometrach mamy wreszcie upragniony sklep w ger-campie. Uzupełniamy zapasy, ale niestety nie ma jabcoka. Na progu sklepu siadamy i jemy ciastka oraz kit-kety, które popijamy coca-colą. Full wypas. Po chwili jedziemy już dalej. Mijamy coraz więcej turystów głównie jadących konno z mongolskimi przewodnikami. Wkraczamy w rejony mocno zagęszczone przez turystów. Trafiamy na festiwal Caatanów – ludu wyznającego nadal szamanizm, zamieszkującego okolicę jeziora Chubsugul, znanego też z hodowli reniferów. Przyglądamy się występom artystów i straganom z rękodziełem. Idziemy też coś przekąsić mając nadzieję, że w rejonie turystycznym będzie jedzenie przyrządzone bardziej po europejsku. Oczywiście jest standardowo – z karty dań można zamówić tylko gulasz z baraniny albo stek, a z zup – wyłącznie zupę wegetariańską. Zamawiamy stek, zupę wegetariańską i herbatę z dżemem.  Oczywiście zamiast steku otrzymujemy gulasz z baraniny, w dodatku bardzo małą porcję, no i oczywiście niczym nie doprawioną. W zupie wegetariańskiej pływają kawałki baraniny. Przy takim obiedzie, herbata z dżemem porzeczkowym okazuje się prawdziwym rarytasem. Za taki właśnie obiad płacimy, bagatela, 5100 T od osoby. Opuszczamy festiwal Caatanów z dosłownym niesmakiem i przez następnie 3 km podjeżdżamy pod stromą górę. Nie daję rady jechać do końca i przez ostatni kilometr prowadzę z trudem rower, nie mogąc doczekać się przełęczy. Mija mnie przedziwny samochód zapchany ludźmi. Coś w rodzaju prototypu ciężarowego transformersa, zrobionego metodą chałupniczą. Olbrzymie koła pojazdu świetnie radzą sobie z drogową nawierzchnią. Ludzie w samochodzie machają do mnie, dziwiąc się widokiem rowerzystki. Takiego cudaka – rumburaka (rumburakami nazywamy samochody marki UAZ, mijane na naszej trasie) to ja tu jeszcze nie widziałam. Pcham rower dalej pod górę i prawie bez życia osiągam przełęcz. Adam dojechał wcześniej, siedzi teraz na pieńku i też ledwo dycha. Przed nami długi zjazd i już tylko 20 km do Chatgal. Dojeżdżamy do miasteczka ok. 18. Jestem zawiedziona jego wyglądem. Prezentuje się tak, jak każde miasteczko w Mongolii – drewniane domy skryte za płotami, jedna ulica z ciągiem sklepów i nic więcej. Tylko wiatr hula sypiąc piachem.  Myślałam, że miasteczko, które jest bazą wypadową nad jezioro Chubsugul, będzie bardziej cywilizowane. W sumie to chyba dobrze, że nie odbiega od mongolskich standardów i zachowuje swój naturalny klimat. Pamiętam, jak bardzo nie podobały mi się w krajach arabskich ekskluzywne hotele z zamkniętymi plażami. Cóż można, mieszkając w czymś takim, dowiedzieć się o kraju w którym się przebywa? Mongolia nigdy, mam nadzieję, nie przestanie być sobą, o ile można użyć tego sformułowania w tym kontekście.

W Chatgal najpierw podjeżdżamy pod pocztę, aby dowiedzieć się czy jest internet. Internetu nie ma, a więc maili nie będzie. Siedzimy na ławce i zastanawiamy się, co dalej robić. Czy ruszać rowerem w kierunku Moron, do którego mamy ok. 100 km, czy też szukać busa jadącego w kierunku Moron, żeby szybciej przetransportować się do Ułan Bator, a  stamtąd do  Tereldż – Parku Narodowego, leżącego na wschód od stolicy. Rozważając różne opcje spostrzegamy nagle cudaka – rumburaka. Stoi przy ulicy ze sklepami, a jego pasażerowie wylegli, żeby zrobić zakupy. Kobiety nabyły dużo wędzonych ryb. Adam wpada na pomysł, aby zapytać się, czy jadą w kierunku Moron i czy mogliby nas zabrać. Pukam się w głowę. Gdzie my mielibyśmy się tam jeszcze zmieścić i to z dwoma rowerami? Ale Adam, jak to Adam, dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Postępuje zgodnie ze swoja zasadą, tak przeze mnie podziwianą: Spróbować zawsze warto. No i oczywiście, zgadzają się nas zabrać. Jadą przez Moron do Erdenet. Pytamy o cenę. Sami nie wiedzą, ale w końcu zgadzają się nas zabrać za łączną kwotę 10000 T. Ładujemy się do cudaka – ramburaka przy czynnym udziale wszystkich pasażerów. Wszyscy mamy przy tym niezły ubaw. Od razu widać, że pasażerowie pochodzą z miasta. Są ubrani w zachodnią odzież, o ile to właściwe słowo, mówią trochę po angielsku, znacznie lepiej po rosyjsku. W cudaku – rumburaku siedzenia rozmieszczone są wokół przestrzeni ładunkowej, w środku zaś stoją beczki z wodą, jakieś pudła, części bagaży, no i oczywiście leżą zakupione wędzone ryby, które cuchną niemiłosiernie. Nasze rowery też stoją pośrodku. Podczas jazdy cała wesoła grupa będzie je trzymać, aby nie katapultowały się przez dach na wybojach. Szybko nawiązujemy kontakt. Okazuje się, że trafiliśmy na wycieczkę inżynierów chemików automatycznych z Erdenetu. Są tak sympatyczni i spragnieni wiedzy o nas, że aż żałuję, że tak ograniczonym słownictwem dysponujemy w naszej konwersacji. Robimy sobie wzajemnie zdjęcia i wymieniamy adresy mailowe, żeby zdjęcia sobie później przesłać. O godzinie 21 jesteśmy już w Moron. Decydujemy się zakwaterować w hotelu, w którym spaliśmy przed tygodniem. Tym razem mamy droższy pokój – 20 USD, ale za to z prysznicem i o lepszym standardzie. Prysznic marzy nam się już od kilku dni, zanim jednak pod niego wskoczymy, szybko biegniemy na pocztę, aby sprawdzić czy jest jeszcze czynny internet. Niestety, w soboty ( a dziś właśnie jest sobota) i niedziele internet jest czynny tylko do 17. Próbujemy zamówić rozmowę telefoniczną z Polską, ale telefonistka twierdzi, że mamy zły numer. Przed tygodniem dzwoniłam i numer był dobry, dziś okazał się zły i koniec. Rozmowy nie będzie. Po drodze do hotelu robimy zakupy – postanawiamy opić piwem ponad 1000 km przejechanych dotychczas. Wstępujemy też do małej knajpki z szyldem w rodzaju: „kuchnia mongolska i koreańska”. Zamawiam ryż z jajkiem sadzonym i warzywami za 2500 T. No i wreszcie po trzech tygodniach jem w tym kraju coś, co mi naprawdę smakuje. Danie składa się z dużej ilości warzyw przyrządzonych na bardzo ostro. Z tym, że jest to oczywiście koreańska, a nie mongolska potrawa. Pycha.

Pod prysznicem woda zimna, ale i tak jest cudownie. Próbuje domyć stopy. Bezskutecznie. Są w opłakanym stanie. Pijemy piwo, piszemy dzienniki (każdy własny), no i oglądamy w TV nasz ulubiony kanał: „Living in Asia”. Planujemy w myślach przyszłe wyprawy. To był bardzo ciekawy dzień, choć przybyło nam tylko 54 km.

3 lipca 2005 – 2 km

Wstajemy o godzinie 8 i jemy hotelowe śniadanie. Tym razem jest zupa mleczna z ryżem i grzanki z dżemem. Takie sobie w smaku, ale i tak lepsze niż poprzednie. Opuszczamy hotel i jedziemy na dworzec, skąd odchodzą busy do Ułan Bator. Busy oczywiście są, ale za cenę 60 000 T za nas dwoje i rowery na dachu. Uznajemy, że to stanowczo za drogo. Chcemy wynegocjować cenę 40 000 lub nawet 30 000 T. Czekamy aż kierowcy zmiękną. Idę do sklepu, a po powrocie widzę, że Adam już rozładowuje sakwy z rowerów. Mówi, że dogadał się z kierowcą na 30 000 T. Nie chce mi się w to wierzyć, ale Adam pokazuje w zeszycie własnoręcznie zapisaną przez kierowcę cenę. Rzeczywiście napisał 30 000 T. O godzinie 10 jesteśmy już załadowani do busa. Rowery rękami Adama misternie przymocowane do bagażnika dachowego. Kierowca informuje, że wyjazd do Ułan Bator będzie dopiero o 14. Ok. wiemy, że to standard. Mamy 4 godziny czekania. Rozkładamy się na siedzeniach i drzemiemy. O godzinie 13 otrzymujemy informację, że wyjazd opóźni się ze względu na małą ilość pasażerów i potrzebę oczekiwania na innych. Trudno, musimy czekać i tak nie mamy wyjścia.  Ok. godziny 18 wreszcie ruszamy. Niestety, jeździmy 3 godziny tylko po Moron i zbieramy pasażerów. Samochód podjeżdża pod płot, opisany jakoś w notesie kierowcy, poczym kierowca długo trąbi klaksonem. Na kilkanaście takich podjazdów, mamy połowiczne sukcesy. Zabieramy w sumie tylko 2 osoby.  Reszta nie wychodzi na sygnał. Kilka razy kierowca gubi drogę w tych płotach. Mamy wrażenie że to jakiś koszmar – 3 godzinna jazda w kółko po Moron. W końcu ponownie zajeżdżamy na dworzec. Jest prawie godzina 21. Wszyscy usadawiają się wygodnie i wreszcie jedziemy. Niestety, tylko jakieś kilkaset metrów, po czym kierowca prosi aby się przesiąść do innego (mniejszego) busa, który pojedzie do Ułan Bator. Mało szlag nas nie trafia.  Musimy wszystko przenosić, rozplątać węzły na bagażniku dachowym i ponownie umieścić rowery na bagażniku drugiego busa. To zajmuje Adamowi 20 minut. W tym czasie pozostali pasażerowie zajmują sobie najlepsze miejsca w nowym busie. Potem tylko podwozimy jedną dziewczynę, zabieramy chłopaka z 10 –letnim bratem, tankujemy paliwo, no i w końcu, po blisko 12 godzinach czekania opuszczamy Moron bez żalu. Już na wstępie podróży jesteśmy wykończeni. Teraz środku gnieciemy się w busie jak sardynki. W pewnym momencie dojeżdża do nas konno mężczyzna. Zdejmuje siodło, zostawia konia w stepie i dosiada się do nas. Chryste ! Myślałam, że już tu się igły nie wciśnie, a weszło jeszcze potężne chłopisko i to razem z siodłem. Podskakujemy pod sufit, bo droga przypomina odcinki specjalne na rajdach terenowych samochodów. Nie ma się czego trzymać. W dodatku jest bardzo duszno – unosi się zapach jurty, zjełczałego sera i niepranych skarpet. Robi się ciemno, pasażerowie zaczynają zasypiać, usiłując przybrać jak najwygodniejszą pozycję. Co chwilę nam czyjeś nogi na moich nogach lub czyjąś głowę na ramionach. Wszyscy się rozłożyli bez skrupułów, a my a Adamem siedzimy zgięci w pałąk. Jest bardzo duszno. Adam krzyczy, że zaraz nie da rady i po prostu zwymiotuje. Mnie tez nie jest za dobrze. W skrajnej desperacji Adam po prostu rzuca się z tylu na bagaże. Ja po pewnym czasie idę w jego ślady. Tu też nie jest zbyt wygodnie, bo bagaże i paczki są kanciaste i nierówno ułożone, ale przynajmniej nikt nie wkłada w nos brudnych skarpet. Wisimy tak na bagażach aż do rana. Przed świtem mamy jedna usterkę, ale zostaje szybko naprawiona i ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Ułan Bator relatywnie bardzo szybko – już po 18 godzinach jazdy. 700 km w 18 godzin – to jak na warunki mongolskie bardzo dobry wynik. Czytałam relacje, w których podróż na tej trasie trwała 40 godzin ze względu na ilość awarii.

 

4 lipca 2005 – 6 km

Nasz bagaż po podróży wygląda bardzo zmitrężony, jednak i tak jesteśmy szczęśliwy, że znów możemy wsiąść na rowery. Jedziemy do Chez Bernard, aby po wielu dniach zjeść coś europejskiego, przygotowanego w czystych warunkach. Zamawiamy omlet oraz sałatkę grecką i coca –colę do popicia. Pycha. Jem tak łapczywie, że budzę spontaniczny śmiech Adama. Za te rarytasy płacimy 9 200 T od osoby, a więc tak jak za 9 posiłków w czasie naszej drogi. No cóż, raz się żyje. Najedzeni jak bąki idziemy do internetowej kawiarenki. Tam spędzamy blisko 2 godziny, nie mogąc nacieszyć się tą odrobiną cywilizacji. Potem kupujemy szczegółowe mapy Parku Narodowego Tereldż, robimy zakupy i kwaterujemy się w hostelu Backpackers, w którym mieszkaliśmy już pierwszego dnia. Popijając przed snem mongolskie piwo Ałtaj, planujemy następny dzień – zwiedzanie Ułan Bator.

5 lipca 2005 – 0 km

Dziś dzień zwiedzania Ułan Bator. Zostawiamy rowery w hostelu i idziemy w miasto. Najpierw udajemy się do kompleksu klasztornego Gandan, niewątpliwie najbardziej znanej świątyni w Mongolii. Klasztor ten, jako jedyny w Ułan Bator, funkcjonował w okresie komunizmu. Za wstęp płacimy 2 500 T. Za możliwość robienia zdjęć wewnątrz trzeba zapłacić dodatkowo 5 500 T. Najokazalszą, a zarazem najbardziej oryginalną w całym zespole klasztornym, jest świątynia Migdżid Dżamrajsig ( 1911 –1913), o słynnym już wyglądzie stanowiącym połączenie stylu tybetańskiego i chińskiego. Wewnątrz świątyni podziwiamy 25 metrową figurę Dżamrajsiga (wszechwidzącego). Oryginalny posąg zniszczyli komuniści w 1937 roku. Figura, którą oglądamy dzisiaj, powstała zaledwie przed kilkoma laty. Wokół figury młynki modlitewne, unosi się zapach kadzidełek. Wiele osób wewnątrz, to turyści tak jak my, ale wiele też to po prostu wierni, dla których wizyta w świątyni jest na pewno czymś więcej niż estetycznym przeżyciem, jakim jest dla nas. Inne świątynie kompleksu są już mniej okazałe, za to wiele się w nich dzieje. Są zapełnione wiernymi oraz mnichami odmawiającymi mantry . W pozostałych świątyniach brakuje jednak zapachu trociczek, tak potrzebnego i nieodłącznie związanego z buddyjskimi świątyniami. Momentami czuję, że pachnie jurtą.

 

tyle by KOZA

 

 

SUPLEMENT p.t. I tu nastąpić miała moja cięta riposta...

To znaczy ja też miałam kiedyś napisać relację z naszej wyprawy do Mongolii... Ba, nawet kiedyś miałyśmy, o zgrozo!, plan napisania wspólnego przewodnika po Mongolii... tia... szalone, rozpalone młodzieńcze głowy... ;]

Starczyło mi energii na tyle:

 

Wszystko zaczęło się od telefonu Kozy w pewien zimowy, akurat nawet mroźny, wieczór (27.01.2005), kiedy to równo i solidarnie zjechałyśmy pewien przewodnik o Mongolii (z litości nie powiem jaki), którego autor wydawał się być bardziej zachwycony sobą i swoim pomysłem podróży do i po Mongolii, niż samą podróżą!

Pomijając już warsztat literacki (tylko, żeby nie zostać posądzonymi o złośliwość), to jak na przewodnik znalazło się w nim po prostu za mało konkretnych informacji. Konkretnie: nie było konkretnych informacji!

Z właściwą sobie skromnością stwierdziłyśmy: my to zrobimy lepiej!

Tiaaa….. dziś, kiedy piszę te słowa jest 24.09.2006 (z ostatniej chwili: dziś jest 21 lutego 2009), czyli rok po opisywanych wydarzeniach. Dorocie (zwaną dalej Kozą) poszło dużo lepiej, bo spisała swoje mongolskie dzieje już wiosną. Mi za to będzie łatwiej, bo po prostu skrytykuję wszystko, co napisała, dopiszę parę cennych i nikomu niepotrzebnych informacji na temat Gobi, dokąd „kolarze” nie dojechali, i może już koło wiosny 2007 wrzucę to na stronę (z ostatniej chwili: mamy luty 2009).

 WSTĘP

 W ogólnych zarysach początek był taki właśnie jak u Kozy. Poza tym, ze wcale tak głośno nie krzyczałyśmy, studia archeologiczne jak powszechnie wiadomo są nadrzędną wartością narodową, a na lotnisku nie było pieska z fioletowym językiem, z czego do dziś nie mogę się podźwignąć.

 Tak oto zgrabnie przeleciałam parę miesięcy przygotowań (polegających głównie na szperaniu po necie, w poszukiwaniu wspomnień i cennych porad praktycznych, często dużo lepszych niż rzeczone książkowe wydania), podczas których zdecydowanie nam się zmodyfikowała grupa wyprawowa, funkcjonująca przez czas jakiś pod roboczą nazwą „Siostry z Archeo”, która to nazwa koniec końców była o tyle słuszna, że z pozostałej czwórki 2 były siostrami, a 2 z archeo.

Dojazd do Mongolii

 Cóż, jest pociąg – kolej transsyberyjska – ponoć niezłe doświadczenie, które nie stało się naszym udziałem głównie ze względów czasowych (przejazd Moskwa – UB to prawie tydzień, parę niezłych opisów też można na necie znaleźć). Ale, kiedy się tego czasu nie ma w nadmiarze, w zasadzie nie ma rady - trzeba polubić Aeroflot!

 Wybór pory jest dość prosty – wchodzą w grę raczej tylko miesiące letnie, ze względu na dość ostry klimat w pozostałym czasie. Kolarze wybrali początek lata, co miało o tyle sens, że wtedy odbywa się największa impreza nowoczesnej Mongolii – święto Naadan, my zaś jego koniec, co miało o tyle sens, że mogłyśmy czerpać z doświadczeń poprzedników.

 Ale PO CO tak w ogóle się do tej Mongolii pchać?

 zapyta ktoś...

Odpowiedź jest prosta: bo jest przepięknie!

Ale to wiem teraz, planując podróż jeszcze tego nie wiedziałam i tradycyjnie szukałam punktów zaczepnych.

  • - Legenda Dżingis Chana – wiadomo! tyle, że to dawno temu było i śladów wiele nie zostało, a nawet nikt nie wie gdzie on się pochował, znaczy pochowany został.

  • - Stepy - tak, tak! Można je długo i dogłębnie kontemplować, jakież cudne zachody słońca bywają; a jak stepy to:

  • - Konie – matko jak oni na nich przepięknie jeżdżą! Prawie jak Kevin Costner w „Tańczącym z wilkami”; a jak konie to: 

  • - Kumys – Eeeee tam… taki sfermentowany kefir, o ile to jeszcze możliwe, a żeby efekt był to trzeba by go ze 3 wiadra wypić!

  • - Gobi – przepiękna!!! A jak Gobi, to już choćby z Bolka i Lolka wiadomo:

  • - Dinozaury!!!! Ale się pochowały gdzieś i są tylko w muzeum, a in situ to tylko jakieś jaja widziałyśmy, ale czy one, aby dinozaurze były phiiii…..

  • - Góry – są na zachodzie najwyższe, z najwyższym szczytem – nie powiem jak się nazywa, bo się wstydzę, mogę tylko powiedzieć, że Koza dotarła do strony WWW dwóch kolesi, którzy szczyt ten na rowerach zdobyli, a wyprawę swoją zatytułowali: „Na Chujten atak!” ups! Tak, tak można sobie wygooglać, że nei kłamię

  • - Jeziora – i rzeki też; w ogóle północna Mongolia jest mniej stepowa, bardziej zalesiona i nawodniona, a niektórzy zapaleńcy to jeżdżą tam na ryby po prostu, bo ponoć zatrzęsienie ich wielkie, Mongołowie ich nie jedzą, więc te człowieka się nie boją i ufnie oczętami mrugając na wędki same się nadziewają;

  • - Klasztory – lamaistyczne, żal patrzeć, co poprzedni ustrój przez dziesięciolecia z nimi zrobił! Fakt, nie było trudno, w większości zbudowane z cegły mułowej bardzo łatwo uległy destrukcji, co i rusz spotykałyśmy jakieś opuszczone ruiny  wypełnione, za przeproszeniem, kozimi bobkami

  • - Tureckie nekropole

  • - Jaskinie – jaskinia po mong. Agul, czyt. Achuj  (No i znowu!)

  • - Inne: ponoć są gdzieś wymarłe wulkany, spetryfikowane drzewa, kamienne rzeźby, miejsce urodzin D.CH., miejsce znalezienia szkieletu humanoida sprzed 300.000 lat.........

 

I tu, z racji rozpoczęcia przygotowań do następnego wyjazdu, z którego nie ma relacji,  relacja się kończy...

Ale może kiedyś jeszcze...

na emeryturze może....

tylko co ja będę wtedy pamiętała...

No chyba że... no właśnie, no chyba że ja tam jeszcze wrócę, bo taki mam chytry plan, bo warto!

I niech to będzie za najlepsze podsumowanie wrażeń z Mongolii

 

Monika Buczak, zwana  Moniką Buczak, w skrócie mq-tgr