|
Jak się zaczęło?
Był
wrzesień 2004r. Wróciliśmy właśnie z wyprawy rowerowej na Bałkany.
Jedliśmy pstrąga po podgoricku według przepisu z przewodnika, oglądając
zdjęcia i wspominając niepowtarzalny klimat gór Durmitoru. Wtedy też, po
raz pierwszy, Adam przedstawił pomysł wyprawy rowerem przez Mongolię. Nie
do końca wierzyłam, że się uda, ale już po kilku tygodniach, na spotkaniu
klubowym /www.vagabundus.prv.pl /, Adam wciąż mówił o Mongolii, miał już w
głowie plan przygotowań, wszedł w kontakt ze studentką mongolistyki, która
była w Mongolii przez 6 miesięcy i zdecydowała się – jak twierdził –
uczestniczyć w naszej wyprawie. Po miesiącu spotkaliśmy się we czwórkę :
Adam, Justyna , ja oraz Anka z mongolistyki. Adam przedstawił zarys planu
wyprawy : Lecimy samolotem do Moskwy, a następnie z Moskwy do Ułan Bator,
co będzie nas kosztowało ok. 2.500 zł. Rowery nadajemy na bagaż , a więc
musimy liczyć się z dodatkowymi kosztami. Szacujemy, że podróż tam i z
powrotem powinna nas kosztować ok. 3 tys. zł. Liczymy , że przez 4
tygodnie w Mongolii wydamy nie więcej niż 1000 zł. Anka przekazuje nam
cenne informacje na temat produktów spożywczych dostępnych w Ułan Bator.
Konserwy są do kupienia bez problemu. Możemy darować sobie taszczenie ich
z Polski. Zaoszczędzimy na nadbagażu, na którym i tak stracimy w ogólnym
rozrachunku. Trzeba natomiast wziąć z kraju wszelkiego rodzaju zupki
„gorące kubki " i „słodkie chwilki”. Żaden szanujący się Mongoł do ust by
tego nie wziął, a więc kupić też nie sposób.
Adaś
przedstawia zarys trasy : Ułan Bator, potem busem do Kharkhorin (
Karakorum ), następnie już rowerami : Tsetserleg, Uliastay, Moron, Jez.
Khovsgol ( Chubsugul ), Erdenet i z powrotem busem do Ułan Bator. Razem
ok. 1500 km.
/ no i
w tym miejscu powinnam wstawić zarys trasy i wstawiłabym, gdybym tylko
umiała, ale nie wstawię, bo nie umiem /
Oczywiście śpimy w namiotach, które wozimy ze sobą, jemy jedzenie , które
też taszczymy w sakwach przez cała drogę. Na duże zakupy, poza Ułan Bator,
raczej nie ma co liczyć. Boimy się o wodę, a konkretnie - jej brak na
trasie, ale Anka uspokaja, ze nie jest wcale tak tragicznie jakby się
mogło wydawać. Ponoć na trasie , co 10 – 20 km ,można zobaczyć biały
punkcik na horyzoncie. Jest to jurta, a jak jest jurta, to jest i woda.
Taką optymistyczną wersję wyczytałam też w przewodniku po szlaku
transsyberyjskim wydanym przez wydawnictwo Bezdroża. Zobaczymy.....
Po
spotkaniu zaczynam wierzyć, że się uda. Adam i Justyna są bardzo
konkretni, nie rzucają słów na wiatr. Poza tym , jak już miałam okazję się
przekonać, Adam, jak już się za coś weźmie, to się weźmie skutecznie. Coś
mi nie pasuje w tym zdaniu, może więc inaczej: Adam, jak już się za coś
bierze, to się bierze skutecznie. Teraz lepiej.
W
naszych przygotowaniach jesteśmy wspierani logistycznie przez moją
koleżankę Monikę, która chcąc zobaczyć Mongolię, a jednocześnie nie mogąc
sobie pozwolić na 4 – tygodniowy urlop i nie mając takich jak my
doświadczeń rowerowych, postanowiła zorganizować wyprawę trekingową.
Pomysłem zaszczepiła swoje koleżanki po różnych dziwnych, nieprzydatnych w
życiu studiach. O tych studiach – to oczywiście taka mała prowokacja. Na
wszelki wypadek nic już więcej o tym nie napiszę.
A
teraz o pamiętnej dacie : 22 stycznia 2005r.
Dnia tego
pamiętnego doszło do spotkania grupy rowerowej i trekingowej. Jedliśmy w
Cesarskim Pałacu na ul. Senatorskiej w Warszawie tzw. mongolski gril,
który z Mongolią ma tyle wspólnego, co ... Trochę mi brakuje adekwatnego
porównania. Ale i tak bawię się tym pisaniem świetnie. Trudno w to
uwierzyć, ale w całej Warszawie nie ma mongolskiej knajpy z prawdziwego
zdarzenia. W Cesarskim Pałacu jest wprawdzie w piwnicy podknajpa o nazwie
Czyngis Chan ze specjalnością „mongolski gril” , ale nie oszukujmy się...
W zestawie „mongolskiego grila ,” dostępne typowe dla tego kraju frutti di
mare. Sam gril , też jak z jurty wyjęty – urządzenie duże, błyszczące,
sterylne i elektryczne. Tylko kucharz ma skośne oczy. Ale czy to
prawdziwy Mongoł? A tak w ogóle, to jak wygląda typowy Mongoł? Jak go
odróżnić od innego Azjaty Nie-Mongoła? Trochę siada mi w tym fragmencie
poprawność polityczna, ale może jakoś później się zrehabilituję.
Dzień 22
stycznia będzie kiedyś wolny od pracy. Bo na tym spotkaniu... był taki
hałas, harmider ( inne wyrazy z dyktanda to np: huśtawka, hamulec ) i
zamieszanie, że nie sposób nawet opisać, o czym była rozmowa. Pamiętam, że
mówiono głównie grupowo, tak po pięć osób jednocześnie, po czym następował
spontaniczny śmiech wszystkich. Adam i Justyna sprawiali wrażenie osób
oświeconych, tzn. takich, które już wiedzą, że niczego nie ustalimy w
kwestii rowerowego wyjazdu. Postanowili więc zaśmiewać się tak jak
wszyscy, bo rzeczywiście było z czego. Poza tym okazało się, że grupa
trekingowa składa się z ok. 10 kobiet , które robią hałas za ok. kobiet
50. Są w tej grupie podobno też dwaj faceci, ale dosyć wirtualni. Na grila
nie przyszli. Nawet, gdyby przyszli i tak nie byłoby ich pewnie widać. A
słychać, to już na pewno nie.
Monika ściągnęła mi z internetu i wydrukowała (całkiem legalnie)
przewodnik o nazwie „ Szlakiem kolei transsyberyjskiej”, czy jakoś tak
podobnie. Jest tam sporo o Mongolii. To dosyć dobre i aktualne kompendium
wiedzy o Mongolii, choć może zbyt mało informacji praktycznych.
Przeczytałam jednym tchem i każdy, kto wybiera się do Mongolii, winien
zrobić to samo. Nie będę opisywać wszystkich przemyśleń polekturowych, bo
sensu
nie ma. Odsyłam
do Wydawnictwa „ Bezdroża” i ich strony internetowej. Najbardziej byłam
zaskoczona występującym w Mongolii zwierzątkiem o wdzięcznej nazwie bobak
( takie coś, podobne do świstaka ) . Otóż tenże bobak posiada liczne
pchły, a te liczne pchły posiadają jeszcze bardziej liczne zarazki ....
dżumy. Czyż nie jest to informacja, która w sposób wystarczający zachęca
do odwiedzenia tego kraju? Umieszczono ją w początkowym rozdziale
wspomnianego przewodnika, więc i w mojej relacji zajmie czołowe miejsce.
Osoby szczególnie zainteresowane samą dżumą, odsyłam do Camusa , słynnego
francuskiego mikrobiologa , który wprawdzie nie odkrył antidotum na tę
chorobę, ale je nieświadomie opisał i nawet chyba nagrodę Nobla dostał,
ale przez pomyłkę w zupełnie innej dziedzinie.
A
teraz kilka słów uświadamiających, z jak trudną materią mamy do czynienia.
Dla Europejczyka w Mongolii nic nie jest proste i prawie wszystko mało
zrozumiałe. To kraj prawie 5 razy większy od Polski z liczbą ludności
niewiele większą od zaludnienia Warszawy. To tajga, step i pustynia. To
renifery, wilki, jaki i wielbłądy. To konie i motocykle – jako główny
środek służący przemieszczaniu. Miasta, składające się z kilku jurt i
ostry klimat z bardzo dużą amplitudą temperatur. No i najgorsze dla
rowerzystów – mongolskie psy strzegące jurt. Często półdzikie, atakujące
każdego, nie tylko nieproszonego gościa. Gaz pieprzowy trzeba zabrać w
ilościach większych od ałtanu. A te odległości...W dodatku bez dróg i
ludzi. Kompas też będzie konieczny. Żarty żartami, ale trzeba się skupić
na przygotowaniach. I nie tylko o kondycję fizyczną tu chodzi. Adam i
Justyna są zwolennikami zamontowania na rowerze przedniego bagażnika i
przednich sakw. To zasada, gdy ktoś wybiera się na rowerze po kraju, gdzie
jest zimniej w lecie niż w Europie centralnej. Ja nie jestem do końca
przekonana do pomysłu przednich sakw. Musiałabym dziurawić przedni
widelec, a chcę tego uniknąć. Poza tym, mam bardzo pojemne tylne sakwy, a
na widelec przedniego koła zamierzam zamontować dwa uchwyty na pety tzn.
nie na pety papierosowe, ale na butelki typu PET, które w podróży
sprawdzają się świetnie jako wytrzymałe i szczelne zbiorniki na wodę.
Zamiast czterech, jak zwykle, wezmę najwyżej dwa t-shirty. Od smrodu
jeszcze nikt nie umarł, a z braku wody... wiadomo. Oczywiście, wszystko
jest do dogrania i przemyśleń. Na szczegółowy opis wyposażenia roweru
przyjdzie jeszcze czas. A propos smrodu, to w książce Jacka Sypniewskiego
pt. „ Mongolia – tam i z powrotem” wyczytałam, że w tym kraju śmierdzą
wyłącznie wielbłądy. Ludzie nie śmierdzą, bo pot i brud mieszają się na
ciele z kurzem i piaskiem, a następnie, po prostu, odlatują. I tyle.
Długo o tym myślałam i zamierzam nawet przedstawić Zarządowi Transportu
Miejskiego pewien ekologiczny projekt racjonalizatorski na lato pt.
”Piaskiem w feromony”. Otóż, latem można by w tramwajach i autobusach
miejskich rozpylać piasek. Wówczas pot i bród pasażerów z np. robotniczej
Woli mieszałby się z piaskiem i, po prostu, odlatywał. Oszczędność
detergentów, no i dziura ozonowa mniejsza, a lasów Amazonii przybywa.
Wtedy nawet ci pasażerowie, którzy biorą prysznic częściej, niż raz w
tygodniu ( czyli jakieś 6 % ) mogliby nie używać dezodorantów.
A
wracając do konkretów, to rzeczą ważną, o której trzeba pomyśleć w miarę
wcześnie przed podróżą, są szczepienia. A jest o czym myśleć, choćby ze
względu na terminy i ceny. Koniecznie trzeba się zaszczepić na WZW A i B (
wirusowe zapalenie wątroby typu A i B ) , czyli popularną chorobę brudnych
rąk zwaną żółtaczką. Poza tym koniecznie na dur brzuszny. Bez przymusu,
ale polecane przez specjalistów, szczepienia na błonicę i tężec oraz
polio. W Warszawie można to wszystko wykonać za jednym zamachem w
Wojewódzkiej Stacji Sanitarno – Epidemiologicznej przy ul. Żelaznej 79 tel
.620-35-28. Telefon odbiera przesympatyczna pani, która wszystko wyjaśnia
i obiecuje przy tym, że po tak silnej dawce szczepień nie opuści się tego
padołu. Kopnąć w kalendarz można natomiast po usłyszeniu cen. Błonica i
tężec ( dwa w jednym ) kosztuje 32 zł , dur – 165 zł, polio – 71 zł, a
żółtaczka – 176 zł. Razem, bagatela ... 444 złotówek polskich. I na tym
nie koniec. Żółtaczkę trzeba powtórzyć drugi raz po trzech tygodniach, a
po raz trzeci – po 6 miesiącach. I jest się zaszczepionym na co najmniej
lat 10, a może i na całe życie (szczególnie, gdy dobiega się już np.
90-tki ). Przy czym , jeżeli o żółtaczkę chodzi, to jechać w podróż można
już po drugim szczepieniu. Oczywiście są też inne sposoby wykonania
szczepień, na których można zaoszczędzić. W marcu każdego roku
organizowane są tzw. żółte tygodnie, w czasie których można się zaszczepić
na WZW za 90 – 100 zł.
Trzeba też pomyśleć o załatwieniu wizy. Ambasada Mongolii mieści się w
Warszawie przy ul. Rejtana 15/16 tel. 849-93-91, czynna w mało
przystępnych godzinach, od 9 do 13 lub 15. Wiza na okres 30 dni kosztuje
47 USD . Potrzebny jest paszport i 1 zdjęcie. Wcześniej należy oczywiście
wypełnić wnioski wizowe. Wiza ważna dłużej kosztuje odpowiednio drożej,
ale nie napiszę ile, bo zapomniałam. Na pewno Monika napisze o tym w swoim
pamiętniku . Na szczęście na wizę czeka się niedługo, bo jedynie 3-4 dni.
W
przypadku wyjazdu rowerowego, trzeba jeszcze troszeczkę zadbać o kondycję
i pojeździć na rowerze z sakwami w odpowiednio trudnych warunkach.
Już
od kwietnia zaczynamy więc jeździć na biwaki w Bieszczady i Jurę
Krakowsko – Częstochowską. Polecam szczególnie Bieszczady . Początkowo
jesteśmy załamani własną kondycją po długiej zimie, ale z upływem czasu
jest coraz lepiej. Może do połowy czerwca – bo wtedy mamy zamiar wyjechać
– damy radę z przygotowaniami. Ubolewamy szczerze, że musimy do tego
jeszcze pracować zawodowo. Praca nie pozwala nam rzetelnie potrenować.
Im
bliżej daty wyjazdu, tym więcej problemów z przygotowaniami. Zmienia się
skład grupy. Anka, studentka mongolistyki, na której znajomość języka
mongolskiego tak liczyliśmy, rezygnuje z wyjazdu z przyczyn zdrowotnych.
Pojawia się Agnieszka jeżdżąca często z nami w klubie. Od razu
entuzjastycznie reaguje na propozycję uczestniczenia w wyprawie i bierze
udział w przygotowaniach.
Na
początku maja kupujemy bilety lotnicze w Aeroflocie . Klamka więc zapadła
– lecimy 15 czerwca , wracamy 11 lipca. Bilet tam i z powrotem kosztuje
nas 2.363 zł , ale za to każdy kilogram nadbagażu , to kolejne 35 zł.
Później załatwiamy wizy. Pan w Ambasadzie Mongolii jest bardzo
sympatyczny. Nawiązuję z nim rozmowę, aby jak najwięcej dowiedzieć się o
kwestiach najistotniejszych. Widząc zaplanowaną przez nas trasę na mapie,
Pan z Ambasady wydaje ustami dźwięki podobne do dźwięków wydawanych przez
rozchorowane cykady, po czym mówi : oj, oj..... naprawdę podziwiam....
oj... naprawdę. No super się zapowiada.
Daję
się przekonać i kupuję przedni bagażnik oraz przednie sakwy. Myśl
techniczna polskich producentów sakw poszła naprzód i obecnie można już
nabyć za niewygórowaną cenę wodoszczelne sakwy oraz bagażnik przedni
mocowany na obejmy, bez potrzeby dziurawienia przedniego widelca. Kupuję
jeszcze inne rzeczy , jak np. ciepły śpiwór z puchu gęsiego o wysokiej
klasie sprężystości, na który wydaję majątek, czyli 660 zł. Też chciałabym
pomyśleć, że to jeszcze nie jest tak drogo, ale dla mnie – to relatywnie
majątek , niestety. Drobnym pocieszeniem jest fakt, że to śpiwór
wyprodukowany przez polską firmę, która szyje śpiwory światowej klasy dla
całego świata , nawet dla Szwedów. W niepozornych baraczkach na
warszawskiej Pradze, powstają śpiwory o najwyższych światowych
parametrach. Bardzo budujące.
Inne
rzeczy , takie jak mały namiot, materac samopompujący, pojemnik na wodę –
4 l, na szczęście już mam.
Kupuję też kaszki błyskawiczne mleczno – ryżowe ( 4 szt.), zupki gorące
kubki, budynie i kiśle słodkie chwilki ( po 10 szt. ) , jedno
opakowanie musli. Od koleżanki dostaję - na szczęście- paczkę
granulowanych otrębów ze śliwkami i sojowe batony proteinowe. I to
wszystko, resztę kupię w Ułan Bator.
Wyposażenie standardowej apteczki uzupełniam o wiele różnych leków na
trawienie i biegunkę. Także o glucardiamid – lek z glukozą, podwyższający
ciśnienie krwi i poprawiający witalność. No i rozpuszczalne tabletki z
solami mineralnymi.
Wiele jeszcze różnych rzeczy kupuję , żeby później spakować do sakw . Im
bliżej wyjazdu, tym jestem większym bankrutem.
Tydzień przed wyjazdem rezygnuje Agnieszka. Ma problemy z pracą i woli być
na miejscu, aby pilnować swoich zawodowych interesów. A więc w końcu
zostajemy we trójkę : Adam, Justyna i ja.
Trzy
dni przed wyjazdem pakujemy rowery w pudła kartonowe, które dostajemy w
sklepach rowerowych. Wszystko owijamy w folię stretch , która okazuje się
nieoceniona. Zapakowane rowery zostają u Adama . Musimy wynająć jakąś
furgonetkę, aby przetransportować je na lotnisko.
Pakowanie sakw przebiega bez problemów. Od lat mam ustaloną listę rzeczy
niezbędnych podczas tego typu wypraw. Wyjazd do Mongolii wymaga małej
korekty, ale w sumie niewiele da się zmienić. W przypadku pakowania sakw,
możliwości modyfikacji składu bagażu są dosyć ograniczone.
14 czerwca 2005r
Dzień przed wyjazdem.
Spakowane sakwy składam razem i owijam wielokrotnie folią stretch, żeby
mi ich nie pogubili w transporcie. Ważą łącznie 14 kg. Mam jeszcze ok. 7
kg bagażu podręcznego, ale to się na szczęście nie liczy do wagi
nadbagażu. Rower w pudle wraz z tylnym i przednim bagażnikiem waży ok. 20
kg. Jestem bardzo podenerwowana i rozkojarzona. Po prostu zaczynam się
bać. Boję się , że nie dam rady, że popsują nam się rowery, że
zamarzniemy, zgubimy się, zarazimy mongolozą ( odmiana ameby ), że za
mało o tym kraju wiemy, że zjedzą nas wilki albo inne zwierzęta i że
Mongołowie w stepie zrobią sobie z nas bębenki. Czyli ... przedwyjazdowy
irracjonalny schiz.
Wychodzę do sklepu i .... zatrzaskuję sobie drzwi w mieszkaniu. No
fantastycznie. Nawet telefonu komórkowego nie mam. Za pomocą sąsiadów
uruchamiam akcję wprowadzania mnie z powrotem do własnego domu. Po trzech
godzinach się udaje i znowu mogę jeszcze raz – czyli chyba sto piąty -
zastanowić się czy wszystko wzięłam. No i wyobrazić sobie oczyma wyobraźni
wygłodniałe wilki wyjące pod moim malutkim żółtym namiotem. O różnych
metodach robienia z nas bębenka, którymi też zaprzątnięta jest moja
wyobraźnia, już nawet nie wspomnę. I tak upływa dzień przed wyjazdem.
|
|
15 czerwca 2005r – 0 km
Dzień wyjazdu. Pobudka o godz.
5.30. Rodzice, którzy odwożą mnie na lotnisko, przyjeżdżają już o
godz.7.00. Choć samolot odlatuje dopiero o godz. 11.00 , jedziemy
wcześniej, aby ominąć korki. Emocje widać po wszystkich. Rodzice
zmartwieni, jakbym co najmniej wylatywała do Bagdadu, jeździć rowerem
pułapką. Przy okazji informuję wszystkich rodziców, których dzieci
zaszczepiły się potrzebą przygody : nie łudźcie się, że będziecie
kiedykolwiek mieli spokój z własnymi dziećmi – podróżnikami. Tu
obowiązuje raczej zasada : Im starsze dzieci, tym o wiele większy kłopot,
a rodzice mniej odporni na pomysły kolejnych podróży.
Na
lotnisku chwilę czekam na Justynę i Adama. Przyjeżdżają, a za nimi bus z
rowerami. Okazuje się, że Adam zapomniał klucza do zapinki rowerowej, a ja
– polskiej flagi, która tyle ze mną przejechała. Bez flagi jakoś damy
sobie radę, ale bez klucza.... Cóż, tata Adama wraca na Ursynów po
kluczyk, a my jeszcze modyfikujemy nasze pakunki, owijając wszystko w
folię stretch i oblepiając taśmą. Wbrew obawom, check in przebiega
bez problemów. Nikt nie kontestuje naszych bagaży. Ważą za to wszystko
dokładnie i wychodzi oczywiście , że mamy pokaźny nadbagaż. Ja mam 14 kg
nadbagażu, Justyna – 11 kg, a Adam ... ponad 20 kg. Domagam się promocji.
Trochę skutkuje. Pan liczący kilogramy jest bardzo miły i nie zauważa
kilku kilogramów. Justyna i ja musimy zapłacić każda za 10 kg nadbagażu, a
Adam – za 20 kg. Ledwo starcza nam pieniędzy. Płacę 397 zł, albo jakoś tak
podobnie. Niby cena 35,10 zł za kilogram nadbagażu, ale doliczają jeszcze
tzw. taryfę. Tata Adama dowozi kluczyk do zapinki i trochę pieniędzy na
nadbagaż.. Pojawia się Wanda Myśliwiec z Vagabundusa, żeby nas pożegnać.
Bardzo miło. Moich rodziców już nie ma. Z powodu emocji, nie spali całą
noc i pojechali szybko do domu, aby się wyspać. Przybywa też koleżanka
Adama. Chwilę rozmawiamy, krótkie pożegnanie i dalej w drogę. Wchodząc do
samolotu widzimy, jak ładują nasze rowery. Serce krwawi. Stawiają je do
góry nogami ( raczej – kołami ) mimo, że na paczce napisane,
gdzie jest góra. Poza tym – rzucają je beztrosko i przewracają. Zobaczymy,
co doleci, w jakim stanie doleci, no i gdzie doleci, bo przecież mamy
przesiadkę .
W
Moskwie lądujemy o godz. 13 czasu polskiego i 15 czasu moskiewskiego.
Czekamy do godz. 19.45 na początek odprawy do Ułan Bator. W czasie odprawy
tranzytowej, naszą uwagę przykuwa pan ze szczeniakiem rasy chau- chau .
Wesołym pieskiem, wyglądającym niczym puchowa ryża kulka, zachwycają się
wszyscy pasażerowie oraz personel lotniska. Ma on w dodatku fioletowy
język i wygląda, jakby właśnie spożył sporo jagód albo denaturatu. Czas
odlotu przedłuża się, w końcu startujemy o godz. 21.30 z godzinnym
opóźnieniem. Siedzimy porozrzucani po całym samolocie. Miałam nadzieję, że
będzie leciał z nami pan z chau – chauem, ale niestety – nie leci. Dobrze,
że przynajmniej pilot leci.
Leci
też z nami młody chłopak, u którego podczas odprawy zauważyliśmy rowerowe
sakwy. Jest więc też jakiś rowerzysta !
Mój
strach przed lataniem - to przypadkowe zapożyczenie z tytułu powieści
Eriki Yong – jest coraz mniejszy. Jeszcze trochę polatam ( tak z 1000 razy
) i może w ogóle minie. Tym razem też – jak zwykle – mam miejsce przy
oknie z widokiem na skrzydło, które – jak zwykle- sprawia wrażenia
odpadającego.
Przyglądam się lecącym z nami Mongołom, ich charakterystycznym twarzom.
Niektórzy mają bardzo interesującą urodę. Prawie wszyscy w samolocie już
śpią. Patrzę przez okno. Widać cztery poziome pasy kolorów : chabrowy,
jasnoniebieski, ciemnopomarańczowy i czarny. Cudny widok. Zasypiam.
16
czerwca 2005r - 30 km
O godzinie 8.30 czasu miejscowego ( 1.30 czasu polskiego ) spokojnie
lądujemy na lotnisku w Ułan Bator. Okazuje się , że rowery doleciały w
całkiem w niezłym stanie, choć wygląd pudeł na to nie wskazywał. Sakwy też
się wszystkie odliczyły i wyglądają całkiem przyzwoicie.
Taksówkarz proponuje podwiezienie do centrum za 20 USD. Uznajemy, że chyba
zwariował. Znajdujemy w pustej hali lotniska spokojny kąt i składamy
rowery. Biedny Adam, wszystko na jego głowie. Że też mu się chciało
wyjeżdżać z dwoma babami... Około południa ruszamy w kierunku centrum.
Oczywiście kierunek wybieramy na czuja, bo nikt nas nie rozumie i
nikt nie umie pokazać nam drogi do city.
Stolica sprawia dziwne wrażenie - miasta pełnego kontrastów. Z jednej
strony postsowiecki monumentalizm i blokersizm, z drugiej - cywilizacyjne
zacofanie, jurtowiska i najzwyklejsza bieda. Jest jeszcze trzecia strona
Ułan Bator : to główna ulica Enkh Taivan Avenue, charakterystyczna dla
każdego azjatyckiego tygrysa - mnóstwo najwyższej klasy samochodów
terenowych ( łącznie z Hammerami ! ), korki komunikacyjne, smog, wielkie
telebimy ze zmieniającymi się reklamami. Prawie jak w Bangkoku. No, może
niezupełnie, ale czuje się w atmosferze tej ulicy jakąś siłę napędową.
Enkh Taivan Avenue - to symbol i miernik rozwoju Mongolii. No i na
głównym skrzyżowaniu stoją dwie sztuczne palmy. Prawie jak u nas, w
Alejach Jerozolimskich. I choć nasza, warszawska palma – której jestem
fanką - jest tylko jedna i moim zdaniem , piękniejsza od tych w Ułan
Bator, to i tak czuję z oglądanymi tu palmami duży związek emocjonalny.
Wieczorem – w przeciwieństwie do naszej – palmy w Ułan Bator są
podświetlone.
Najpierw wymieniamy dolary na mongolskie tugriki w jednym z licznych
banków. Za jednego dolara amerykańskiego dostajemy 1.189 tugrików.
Banknoty o nominałach od 1 do 20 USD są tańsze, ale niewiele. Na wymianie
200 USD Justyna straciła łącznie ok. 5 USD. Nie ma za to żadnych problemów
z rokiem emisji. Banknoty dolarowe z każdej emisji cenione są jednakowo i
wymieniane bez żadnych problemów.
Spotykamy ludzi mówiących trochę po angielsku, trochę po rosyjsku.
Poświęcają dużo czasu, aby nam pomóc. Z ich udziałem próbujemy kupić małe
, turystyczne butle gazowe i pasujące do nich palniki. Aerofłot nie
pozwolił przewieźć samolotem naszych camping – gazów z Polski. Od Anki –
studentki mongolistyki, która początkowo miała z nami jechać – uzyskaliśmy
informację, że w Ułan Bator na pewno są dostępne małe pojemniki gazowe
produkcji chińskiej i koreańskiej. Pierwsze próby, niestety , pełzną na
niczym. Chcemy też znaleźć polską placówkę dyplomatyczną. Okazuje się to
nie lada sztuką. W końcu jednak docieramy – mieści się w tzw. Diplomat
hotel i wygląda z zewnątrz ... no cóż ... po prostu dramatycznie. Jak
czynszówka, do której eksmituje się najemców nie płacących czynszu.
Koszmar. Wewnątrz trochę lepiej. Rozmawiamy z Konsulem RP w Mongolii. Jest
bardzo sympatyczny i skłonny do pomocy. Podpowiada, gdzie najlepiej
wynająć bus do Karakorum. Informuje też, że na głównej ulicy Enkh Taivan
Avenue jest wielki dom towarowy o nazwie State Department Store, w którym
zrobimy pełne zakupy i zapewne kupimy również butle gazowe oraz
dokładniejsze mapy. Mamy ze sobą bowiem tylko mapę w skali 1: 2.500.000 –
jedyną , jaką można kupić poza Mongolią. Skala mówi sama za siebie. Nic tu
dodawać.
Konsul nadmienia, że warto też zajrzeć do kafejki prowadzonej przez Belga
– Chez Bernard , mieszczącej się też przy Enkh Taivan Avenue,
nieopodal domu towarowego. Można tam spotkać wielu podróżników i
zasięgnąć informacji ważnych dla każdego turysty. Tam też można pozostawić
informacje albo ogłoszenia dla innych np. o możliwości wspólnej jazdy do
jakiejś miejscowości.
Żegnamy Konsula obietnicą, że będziemy ostrożni i damy znać po powrocie o
swoim stanie.
Idziemy do Chez Bernard. Spotykamy dwóch rowerzystów objuczonych
sakwami. Są bardzo brudni i zmęczeni. Jeden wiezie na bagażniku potężne
rogi dzikiej owcy argali, znalezione zapewne po drodze. Okazuje się, że ci
dwaj rowerzyści, to Niemiec i Belg. Niemiec podróżuje po Azji od sierpnia
2004r - zaczął od Indii i przejechał już 11.000 km . Belga spotkał w
drodze i dalej ruszyli już razem - przez Birmę , Tajlandię, Kambodżę,
Wietnam i Chiny, aż w końcu dotarli do Mongolii i po pokonaniu pustyni
Gobi osiągnęli Ułan Bator. Niemiec ma zamiar wyruszyć z Mongolii jeszcze
do Kazachstanu. Rozmawiając pijemy mongolskie piwo Apu za 1.800 tugrików.
Straszny sikacz.
Następnie czas na zakupy. Robię zapasy na ok. 5 dni. Kupuję chleb, serki
topione, 2 konserwy oraz zupki miu – miu i wodę. Za wszystko płacę ok.
10.000 t , czyli jakieś 8 USD. Oczywiście Adam kupuje znacznie więcej
zapasów, w tym swoje ulubione pure i wydaje 20.000 t.
Nie
udaje nam się, niestety, zakupić odpowiednich dla nas turystycznych butli
gazowych. Te oferowane w sklepach są rzeczywiście małe, ale za to
kompatybilne wyłącznie z całymi kuchenkami turystycznymi o wymiarach 30x
40 cm . Oczywiście, jak na kuchenkę, to też niewielkie wymiary, ale dla
rowerzysty – wykluczone ! Po pewnym czasie znajdujemy odpowiadające nam
palniki i butle w sklepie z zachodnim sprzętem turystycznym, ale .... za
cenę 186.000 T . Wielkie dzięki, tyle to ja zamierzam wydać w ciągu całego
wyjazdu . Będziemy więc palić ogniska. Jak się da, oczywiście.
Szczegółowej mapy też nie udaje nam się wyszukać w gąszczu stoisk State
Department Store. Dogadać się z nikim nie sposób.
Robi
się późno. Liczymy jeszcze na złapanie transportu do Karakorum, ale jedyny
chętny kierowca życzy sobie za podwiezienie 200 USD. Rezygnujemy i
idziemy na nocleg do hostelu ( taki erzatz hotelu urządzony w kilku
mieszkaniach w bloku ) o nazwie Backpackers Hostel, który mieści
się w podwórku, tuż za rogiem Chez Bernard . Nocleg kosztuje 5 USD,
warunki nie są rewelacyjne, ale po nierewelacyjne warunki właśnie tu
przyjechałam. W hostelu nocują również wcześniej spotkani rowerzyści. Oni
już czyści, udają się w miasto , żeby poznać nocne życie Ułan Bator . A my
? Bierzemy prysznic w ciepłej wodzie i zasypiamy jak dzieci o godz. 21.
17 czerwca 2005r – 23 km
Pobudka o godz. 6.00. Szybkie
śniadanie w hostelowej kuchni i ruszamy o godz. 7.00. Daleko nie udaje
nam się ruszyć, bo okazuje się, że mamy pierwszą gumę w rowerze Adama.
Szybko naprawiamy, a właściwie – Adam naprawia, a my pomagamy. Po wymianie
dętki Justyna przysypia, zaś my z Adamem idziemy zapłacić za nocleg.
Niestety, nie ma komu – w biurze hostelu nikt nie urzęduje. Czekamy do
godz. 8.00 - nadal żywego ducha. W końcu zostawiamy pieniądze chłopakowi,
który też tam nocuje i zobowiązuje się przekazać pieniądze obsłudze
hostelu. Co za kraj. Mamy czyste sumienia, ale nie wiemy, czy pieniądze
trafią we właściwe ręce. Z takim poczuciem udajemy się w dalszą podróż.
Około godz. 8.30 przyjeżdżamy na plac o nazwie Tavan Shar, gdzie stoją
busy , którymi można dojechać do Karakorum. Plac jest oddalony o 7 km na
zachód od State Department Store - należy jechać cały czas prosto główną
ulicą. Najlepiej napisać sobie na kartce nazwę placu i w przypadku
wątpliwości, pokazywać kartkę ludziom. Od razu wiedzą , o co chodzi. Tak
właśnie robimy i docieramy bez problemu. Targujemy się z kierowcami
głównie techniką obrazkowo – pisaną. Rysujemy na kartce w zeszycie
samochód, a potem kierowca pisze proponowaną cenę. Później Adam tę cenę
skreśla i pisze liczbę proponowaną przez nas. Budzi to powszechną
wesołość, bo oprócz kierowcy, w całej procedurze przetargowo –
licytacyjnej bierze już udział kilkunastu mężczyzn. Jeden z kierowców, z
całkiem przyzwoitymi oponami w busie ( czyli UAZ-ie po prostu ), żąda
150 USD za naszą trójkę oraz rowery. Targujemy się dzielnie, ale nie chce
zejść poniżej 100 USD. W końcu jedziemy z innym kierowcą, za 85 USD. Dużo,
ale trzeba wziąć pod uwagę, że cały bus zostanie wykorzystany tylko dla 3
osób, bo oczywiście rowery jadą w środku. Nie pozwolilibyśmy im jechać na
dachowym bagażniku. Wówczas moglibyśmy zacząć się poruszać wyłącznie UAZ-
ami lub perpedes.
Wyruszamy o 8.50. Adam – spryciarz – siada obok kierowcy. Ja z Justyną i
pomocnikiem kierowcy jedziemy we troje z tyłu. Za nami leżą rowery i
sakwy. W tego typu podróżach, ze względu na licznie zdarzające się po
drodze awarie, kierowcy zazwyczaj towarzyszy pomocnik. Nasz bus jest w
dobrym stanie, jak na mongolskie realia, choć nie działa w nim
prędkościomierz ani obrotomierz, zaś całą deskę rozdzielczą chroni przed
oberwaniem samochodowy podnośnik, którym pomysłowo jest podparta. Mówiono
nam, że do Karakorum droga jest cały czas asfaltowa, a więc powinniśmy ją
pokonać w miarę szybko. W końcu to tylko 300 km. Tylko, że my przecież
jesteśmy w Mongolii, a tu nie można robić planów związanych z czasem.
Czas nie zamienia się tu w pieniądz. Młody chłopak - pomocnik kierowcy,
cały czas dłubie w nosie i pieczołowicie ogląda to, co wydłubał. Następnie
sprytnie pozbywa się wydłubin, rozrzucając je po samochodzie. Robi mi się
niedobrze, próbuję nie patrzeć i zająć uwagę czymś innym. Po chwili
wszyscy – oprócz kierowcy, na szczęście – łapiemy drzemkę. Pomocnik
wygodnie rozpiera się na moim boku. Super. Nie ma to jak spać z takim
kawalerem. Zaraz wgnieciemy Justynę w bok samochodu. Około godz. 12 kończy
się asfalt i zaczyna droga szutrowa z dołami . Szybka pobudka –
podskakujemy dość wysoko. Rowery, niestety, również zaczynają żyć
niekontrolowanym przez nas życiem. Po chwili znów pojawia się
nawierzchnia asfaltowa. Jedziemy slalomem, bo takie mamy w tejże
nawierzchni dziury. Zamiast jazdy drogą główną, kierowca często wybiera
alternatywne pobocze. Wszystko ze względu na stan nawierzchni. Mijamy
inne jadące samochody co ok. 20 min. Ruch niewielki, ale istnieje. Co
chwilę mijamy natomiast pojazdy stojące i naprawiane, ew. oczekujące na
naprawienie. Pękają głównie dętki i opony, często urywają się koła.
W
połowie trasy zatrzymujemy się w przydrożnym miasteczku, żyjącym z
podróżnych do Karakorum. To kilkanaście drewnianych domów, z czego co
najmniej 80% to sklepy i jadłodajnie. Idziemy za kierowcą do jednej z
knajpek. Diabli wiedzą, jakie danie wybrać. W końcu wybieram hujncę –
typową mongolską zupę, o której czytałam w przewodnikach. Adam z Justyną
zamawiają coś innego, czego nazwy nie pamiętam. No i oni otrzymują stek z
mielonej baraniny, z dodatkiem ryżu oraz odrobiną surówki z marchewki (
koszt 1000 T ). Ja męczę się – dosłownie – z zamówioną zupą. Przypomina
tłusty rosół z kawałkami kapusty, kulkami mielonej baraniny, makaronem
ryżowym i olbrzymimi kawałami sadła za skórą. Już na sam widok sadła ze
skórą jak u byka, robi mi się niedobrze. Z trudem wyjadam kapustę,
makaron i baranie kulki. Resztę zostawiam. Wszystko to popijam nie mniej
interesującym smakowo sute- czaj , czyli herbatą po mongolsku. Przypomina
rozwodnione mleko z odrobiną ziół i dużą ilością soli. Naprawdę....Warto
było i tylko za 1100 T. Niedobrze mi.
W dodatku nie
mogę się nadziwić, że Mongołowie jedzą hujncę ze smakiem, aż im się uszy
trzęsą. Patrzę, jak pochłaniają to straszne sadło. Im bardziej staram się
temu nie przyglądać, tym bardziej patrzę na nich myśląc, że chyba śnię.
Nie mieści mi się w głowie, że organizm ludzki może strawić coś takiego. W
końcu płacę rachunek i wychodzę na zewnątrz. Nigdy więcej hujncy !
Po
obiedzie ruszamy dalej w drogę. Pomocnik kierowcy, tym razem, czyści swoje
czarne paznokcie, trochę je skracając zębami przy okazji. Już sama nie
umiem określić przyczyny moich mdłości . Po chwili zasypiamy. Pomocnik
kierowcy poleguje na moim ramieniu. Już przestaje budzić to mój protest.
Czuję, że wydziela zapach mleka jaka i ziół, z których przyrządza się
czaj. Rzeczywiście, miał rację Jacek Sypniewski pisząc w swojej
książce, że Mongołowie nie śmierdzą. Zapach, który wydzielają , jest
specyficzny, ale wynika on z diety i sposobu życia i ma niewiele wspólnego
ze smrodem, który znamy np. z upalnych dni w środkach komunikacji
miejskiej.
Dojeżdżamy do Karakorum ok. godz. 15.30, a więc w miarę szybko, jak na
warunki mongolskie i co niespotykane, bez żadnej awarii. Niebywałe.
Idziemy zwiedzać stolicę imperium mongolskiego , założoną
najprawdopodobniej ok. 1220 r przez Czyngis Chana.
Za
bilet upoważniający do zwiedzania kompleksu zabytków pozostałych po
czasach świetności tego miejsca płacimy 3.500 T od osoby. Bilet
uprawniający do robienia zdjęć we wnętrzach świątyń kosztuje złodziejsko
drogo, bo aż 5.000 T , ale uważam, że warto się wykosztować, o ile
oczywiście posiada się porządny flesz w aparacie. W każdym razie, ja nie
żałuję tej inwestycji.
Zwiedzamy najsłynniejszy klasztor Mongolii – Erdeni Dzu. Jego budowę
rozpoczęto pod koniec XVI w i rozbudowywano przez kolejne trzy stulecia. W
skład całego kompleksu klasztornego Karakorum wchodziło kilkadziesiąt
świątyń, które najpierw odniosły wiele zniszczeń podczas wojen, a
następnie – zostały zamknięte w czasach komunizmu, który zagościł w
Mongolii już w 1924r. Klasztor otwarto jako muzeum z powrotem w 1965r, a
po roku 1990 znów zaczął funkcjonować jako świątynia lamajska.
Podziwiamy wnętrza świątyń, bogate w kolekcję buddyjskich posągów, masek
i malowideł. Panuje tu taka różnorodność, że co chwilę dostrzegamy
jakiś interesujący szczegół wart uwiecznienia na zdjęciu. Mnie zachwycają
szczególnie posągi Mahakali i różnorodne przedstawienia smoków. A
wszystko to w niezwykłych barwach. Bardzo nam się podoba. Żałuję, że nie
mam wystarczającej wiedzy na temat buddyzmu, aby zwiedzać bardziej
świadomie. Czuję się wielkim ignorantem w kwestii lamaizmu, ale i tak nikt
nie zabierze mi tych ignoranckich wrażeń, tej atmosfery, którą
czuję chodząc wśród wielkiego panoptikum niezwykłych postaci.
Po
zwiedzeniu świątyń, idziemy jeszcze zobaczyć słynne żółwie, które kiedyś
stały przy bramach Korakorum. Tak naprawdę, to tylko one pamiętają czasy
Czyngis Chana . Kiedyś istniały cztery kamienne posągi żółwii, do dnia
dzisiejszego przetrwały ponoć dwa, ale nam udaje się dotrzeć tylko do
jednego. Robimy zdjęcia żółwiowi i kończymy zwiedzanie.
Około 17.30 wreszcie wsiadamy na rowery, aby zacząć właściwą wyprawę.
Kierunek : Tsetserleg.
Ruszamy, tylko którędy ? Jest kilka dróg, które odchodzą w różnych
kierunkach. Pytamy miejscowych o drogę do Tsetserleg. Nie da rady w ten
sposób nic ustalić. Albo nic nie rozumieją, albo pokazują jedynie kierunek
machnięciem ręki. Nadal nie wiemy, która z dróg prowadzi do Tsetserleg.
Wybieramy tę najbardziej zbliżoną do drogi wskazanej na mapie, tylko że
skala naszej mapy pozostawia wiele do życzenia. Jedziemy więc na azymut,
według wskazań kompasu. Przy okazji okazuje się , jaki ze mnie też
ignorant w posługiwaniu się kompasem, ale nie będę tego opisywać, bo mi
wstyd. Jedziemy przez step. Trochę korzystamy z dróg, a trochę z nich
zbaczamy, pytając o kierunek mieszkańców napotkanych jurt. Po drodze
zbieramy patyki i mocujemy na sakwach, aby było z czego rozpalić ognisko
i przygotować kolację. W stepie nie tak łatwo o drewno na ognisko. W końcu
udaje się dojechać do właściwej drogi prowadzącej do Tsetserleg.
Niestety, zrywa się silny wiatr i wszystkie znaki na niebie wskazują, że
za ok. 30 min. będzie burza. Rozbijamy szybko namioty uważając, aby wiatr
nam ich nie porwał. Nagle, na tym pustkowiu, nie wiadomo skąd, pojawia się
jeździec ubrany w charakterystyczny mongolski del , czyli coś w rodzaju
długiego płaszcza ze sztywnej tkaniny, przewiązanego szarfą w pasie. Ma
dwa konie i jest wyraźnie podchmielony. Proponuje przejażdżkę konną, a gdy
nie wyrażamy zainteresowania, butelkę jakiegoś samogonu. Po kilkunastu
minutach oddala się zniechęcony naszą bierną postawą, a nam kamień z serca
spada, bo nie do końca czuliśmy się na siłach kontynuować rozmowę, o ile o
jakiejkolwiek rozmowie można w tym przypadku mówić.
Burza przechodzi obok, ku radości wszystkich, czyli nas trojga. Rozpalamy
ognisko z patyków uzbieranych po drodze i gotujemy kolację . Myję się w
wodzie pozostałej w bidonie, Niedługo pobiję rekord świata w minimalnej
ilości wody potrzebnej do umycia całego ciała. Toaletę uzupełniam
nasączonymi chusteczkami dla niemowląt. Piszę dziennik i zasypiam. Bardzo
ciepła noc.
18 czerwca 2005r – 91 km
Robię
pobudkę, ku zgrozie Adama i Justyny , o godzinie 6.00. Zwijamy powoli
namioty, rozpalamy ognisko i jemy ciepły posiłek na śniadanie. Ruszamy ok.
godz. 8.00 drogą w stronę Tsetserleg . Jedziemy przez pustkowie
poprzecinane wyjeżdżonymi szlakami samochodowymi. Nie ma jednej drogi,
jest ich wiele i to w wielu kierunkach. I kto ośmielił się powiedzieć, że
w Mongolii nie ma dróg ? Tutaj każdy kierowca ma chyba własną drogę, którą
podąża do Tsetserleg. A my – mamy co chwila dylematy, którą drogę wybrać.
Dojeżdżamy do miejscowości Khotoyt. Kupujemy wodę mineralną i robimy sobie
krótki odpoczynek. Krótki, bo ze względu przedłużone poszukiwanie gazowych
butli turystycznych w Ułan Bator, mamy przejechane zbyt mało kilometrów w
stosunku do zaplanowanych. Musimy to nadrobić w ciągu najbliższych dni.
Zaczynają się podjazdy i zjazdy. Jest ciepło , ok. 30 stopni, ale chłodzi
silny wiatr. Droga trudna – szutr i kamienie. Justyna narzeka, że z powodu
upału, ledwo żyje na podjazdach. Nie mogę podać temperatury dokładnie,
choć miałam taki zamiar. Wzięłam nawet z Warszawy breloczek z termometrem,
który jechał sobie przyczepiony do torby mocowanej na kierownicy.
Niestety, jakiś artysta – kieszonkowiec ukradł mi go w Ułan Bator. Jakim
sposobem odczepił go bez mojej wiedzy ? Pojęcia nie mam.
Mijamy pierwszy drogowskaz. Robi wrażenie. Jest duży , ma białe litery
na niebieskim tle i wygląda niczym ten na niemieckiej autostradzie, żadne
tam byle co. Napis wskazuje, że do Tsetserleg powinniśmy jechać prosto i
mamy jeszcze 83 km . Chwała Bogu, że jest ten drogowskaz, bo za nim
oczywiście drogi rozchodzą się we wszystkich możliwych kierunkach, a może
nawet i w kierunkach zupełnie niemożliwych. Tak zwane dramatyczne
rozwidlenie dróg - oprócz jurty i jaków, chyba najbardziej
charakterystyczny element mongolskiego krajobrazu.
Jedziemy po pustym stepie, od czasu do czasu mija nas jakiś Uaz lub
wypasiona japońska terenówka. A wszyscy na nas patrzą.... jakbyśmy co
najmniej po trzy ręce mieli i kły wilkołaka. No zjawisko nie z tej ziemi.
Co pewien czas ( tak co 10 – 20 km ) mijamy też pojedyncze jurty lub
skupiska kilku jurt. Budzimy niesłychane zainteresowanie mieszkańców,
którzy okazują nam wiele sympatii .
Około godz. 14.00 słońce zaczyna przypiekać wprost niemiłosiernie i tak
będzie już co najmniej do godz. 19.00. Jesteśmy bardzo zmęczeni. W
stepie nie ma szans na żaden cień, a więc trudno stworzyć warunki, żeby
zrobić sobie porządną sjestę, tak jak to udawało nam się na Sycylii i
Bałkanach.
Jemy
posiłek. Otwieram konserwę z baraniną, którą kupiłam jeszcze w Ułan Bator.
Kiedyś zgubi mnie moja mania próbowania wszystkiego. W porównaniu z
zawartością mojej konserwy , Whiskas to wykwintna potrawa. Dramat. Zjadam
połowę zawartości puszki , a resztę wyrzucam.
Po
niezbyt udanym posiłku, przyszedł czas na niezbyt udaną drzemkę w cieniu
rowerów. Słońce praży i nie do końca ma to sens. Decydujemy się więc
jechać dalej. Po drodze „łapie” nas przelotny deszcz. Akurat przejeżdżamy
nieopodal jakiegoś gospodarstwa z drewnianymi zabudowaniami i chowamy się
pod daszkiem z ławeczką. Wzbudzamy duże zainteresowanie domowników.
Najpierw przychodzi najstarszy członek rodu , potem najmłodsze dzieci.
Daję dzieciom gumę do żucia. Starszy pan z zaciekawieniem ogląda rowery –
patrzy na przerzutki, licznik, chwyta za kierownicę i sprawdza
amortyzator. Nic dziwnego, w Mongolii dobre amortyzatory i resory ,to
podstawa egzystencji. Deszcz przechodzi po kilkunastu minutach, mówimy
bajerta ( do widzenia ) i jedziemy dalej.
Pod
koniec dnia docieramy do miejscowości Altan Ovoo, która leży nad rzeką. Od
razu zmienia się krajobraz – soczyście zielona trawa, drzewa, mnóstwo
pasących się koni, kóz, owiec i jaków. Sporo drewnianych zabudowań i jurt.
Daje się odczuć, że to bogata miejscowość. Mamy ochotę na kąpiel w rzece ,
więc przedzieramy się przez mokre i rozległe pastwiska, aby znaleźć
miejsce na nocleg z dala od ciekawskich. Udaje się połowicznie. Wybieramy
na obozowisko piękną łąkę z trzema drzewami. Jest położona z dala od
okolicznych jurt, ale cóż z tego, skoro w promieniu co najmniej 20 km
jesteśmy widoczni jak na teatralnej scenie. W Mongolii po prostu nie ma
się gdzie schować. Rozbijamy namioty. Jest godz. 21.00, a słońce wciąż
praży. Rozpalamy ognisko i gotujemy ciepłe jedzenie na kolację. Herbata z
Polski smakuje wybornie. Po kolacji – kąpiel i pranie. Wchodzę w płytką
wodę i od razu czuję, że grabieją mi kostki z zimna. Jest zbyt płytko,
żeby się zanurzyć. Za pomocą gąbki próbuję zmoczyć całe ciało, krzyczę z
zimna. Co chwila muszę wychodzić na brzeg, żeby mi stopy nie odpadły z
zimna. Ale i tak jest cudownie mieć możliwość takiego pełnego
mycia i prania. Super. Zrelaksowana idę pisać dziennik. Wcześniej nakładam
na skórę grubą warstwę kremu, bo strasznie nas dziś spiekło słońce i
wyglądamy jak trzy wcielenia Winetou. Skóra chłonie krem niczym gąbka
wodę. Przed snem sprawdzam rowerowy licznik i przejechany dystans dzienny
– 91km. Całkiem dobry wynik.
19 czerwca 2005 – 88km
Pobudka o
godzinie 6:00 rano. Adam z Justyną trochę się ociągają, ale w końcu wstają
niepocieszeni. Jest chłodno, słońce właśnie wstało, ale jeszcze nie
grzeje. Rozpalamy ognisko i jemy śniadanie. Wyjeżdżamy o godzinie 8:15,
jednak zaraz okazuje się, że Adam i Justyna mają rozregulowane hamulce –
klocki trą o obręcz. Krótka regulacja i jedziemy dalej w kierunku
Tsetserleg. Nawierzchnia drogi fatalna – kamienie o przekroju 5-10cm.
Zupełnie jakbyśmy jechali wyschniętym korytem rzeki. Próbujemy jechać
trochę na przełaj przez łąki, ale niestety, tam też leżą kamienie. W końcu
ok.10km przed Tsetserleg zaczyna się droga asfaltowa – mamy 10km łatwej
jazdy. Wieje jednak silny wiatr w twarz, a więc i tak nie możemy
powiedzieć, że jazda jest ‘laitowa’.
Zatrzymujemy się na pewien czas w Tsetserleg. Miasto jest określane w
przewodnikach jako najładniejsza stolica ajmaku (województwa).
Rzeczywiście, ma swój urok, a jak na warunki mongolskie, jest nawet bardzo
ładne. Zachwycić może szczególnie urocze położenie. Dużo w nim hoteli i
restauracji, tu zatrzymują się turyści w drodze do Parku Narodowego Khorgo
Terkhiyn Tsagaan Nuur. Szukamy kawiarenki internetowej. Znajdujemy, ale
jest zamknięta. Idziemy więc na pocztę. Uzyskujemy informację, że teraz
właśnie trwa kurs internetowy dla mieszkańców i możemy przyjść dopiero za
dwie godziny. Adam wykorzystuje jednak swój urok i pani z poczty decyduje
się udostępnić nam jedno stanowisko. Łączymy się z polskimi operatorami
przez około trzydzieści minut, komputer zawiesza się bez przerwy. W końcu
udaje nam się wreszcie wejść w pocztę i odczytać otrzymane wiadomości.
Okazuje się jednak, że nie możemy wysłać żadnego maila. Zrezygnowana idę
więc zamówić rozmowę telefoniczną z rodziną, żeby wiedziała, że żyję.
Minuta rozmowy kosztuje 720T. Za piątym razem udaje się – rozmawiam z
mamą, którą słyszę jak z zaświatów. Mimo, że nie rozmawiam zbyt długo,
tylko nieco ponad minutę, muszę zapłacić za trzy minuty. W moje ślady
idzie Justyna – jej rozmowa trwa około 30 sekund, po czym połączenie
zostaje przerwane. Jej się udaje i płaci tylko 720T. Adam, widząc co się
dzieje, rezygnuje z dzwonienia. Okazuje się też, że musimy zapłacić 400T
za pół godziny korzystania z Internetu, z którego de facto prawie nie
skorzystaliśmy. Co ciekawe, na poczcie nie oferują do sprzedaży żadnych
widokówek, kart pocztowych ani znaczków. Spotykamy za to na poczcie
dziewczynę z Francji, która samotnie podróżuje rowerem. Jedzie w naszym
kierunku, ale robi nie więcej niż 60km dziennie, więc rezygnujemy ze
wspólnej jazdy.
Po
pocztowych doświadczeniach idziemy na obiad. Już przy wejściu do
restauracji czuje się zapach baraniny. Dania również oczywiście wyłącznie
z baraniny. W karcie duży wybór, w rzeczywistości do wyboru tylko dwie
potrawy. Zamawiam stek z baraniny – podawany jest z jajkiem sadzonym oraz
odrobiną ryżu i surówki. Żałuję, że ryżu jest tak mało. Stek może być,
choć baranina wychodzi mi już uszami, a to dopiero czwarty dzień pobytu w
Mongolii. Prawdopodobnie wszystko to dlatego, że potrawy tu są tak bardzo
tłuste i w ogóle nie przyprawione. Mowy nie ma o jakichś sosach, wszystko
polane jest po prostu mdłym tłuszczem. W restauracji serwują za to czarną
herbatę, co w Mongolii nie jest zjawiskiem częstym. Cieszę się, że nie
muszę zamawiać sute-czaj. Nie jest to, niestety, do końca czarna herbata,
lecz ziołowa – z tych samych ziół, których używa się do przyrządzania
sute-czaj. Za danie główne płacę 1200T. Za herbatę 200T.
Po
obiedzie robimy zakupy. Jestem szczęśliwa, bo udaje mi się kupić banany.
Tu w ogóle nie ma w sklepach – poza Ułan Bator –żadnych owoców. Sklep w
Tsetserleg jest wyjątkiem. Z warzyw w całej Mongolii dostępne są w
zasadzie tylko ziemniaki, cebula i kapusta. Robimy głównie zapasy wody.
Około godziny 15:00 ruszamy dalej w stronę Zaankhoshuu. Mamy koszmarny
podjazd o długości ok. 6km, w pełnym słońcu, po nawierzchni sypkiego
żwiru. Po prostu dramatycznie. Dalej droga nie lepsza – cały czas drobny
żwir lub sypki piach, w którym zapadają się koła. Są też kamyczki, o
których pisałam już wyżej. Jedziemy cały czas po takich nawierzchniach – z
górki i pod górkę. Adamowi coś strzyka w tylnym kole, stajemy więc i
rozkręcamy koło, tzn. Adam z asystą Justyny rozkręca, a ja się opalam.
Słońce piecze niemiłosiernie. Okazuje się, że przyczyną awarii był
niedokręcony wielotryb. Ruszamy dalej męcząc się bardzo ze względu na
wysokość, na której się znajdujemy oraz nawierzchnię drogi. Dojeżdżamy do
miejscowości Zaankhoshuu. Wchodzimy do sklepu, do którego właścicielka
wraz z córkami zapraszają nas energicznym machaniem. Kobiety są bardzo
sympatyczne, proponują jedzenie i nocleg. Dla zachęty otwierają sypialnię
z łóżkiem od ściany do ściany – mogłoby się tam przespać co najmniej z
dziesięć osób. Bardzo oryginalne, ale nie chcemy korzystać. Pijemy jakieś
dziwne mongolskie napoje typu oranżada, zaopatrujemy się w wodę i ruszamy
dalej. Jedziemy prawie cały czas pod górę na przełęcz. Trudy pokonania tej
trasy rowerem objuczonym ciężkimi sakwami, są po prostu nie do opisania.
Koła boksują w żwirze, albo zapadają się w piachu. W końcu prawie już
nieżywi osiągamy przełęcz. Jest godzina 22:00, mamy przejechane 74km i
ledwo trzymamy się na nogach. W dodatku od stóp do głów obsypani jesteśmy
piachem niczym pudrem, a wszystko to za sprawą silnego wiatru i mijających
nas samochodów. Mimo późnej pory, decydujemy się zjechać jeszcze z
przełęczy, aby umyć się nad rzeką zaznaczoną na mapie nieopodal tego
miejsca. Niestety okazuje się, że po rzece zostało tylko puste koryto –
aktualnie wyschnięta. Rozbijamy obóz z dala od drogi. Nie ma drzew i nie
możemy rozpalić ogniska. Kolację jemy na sucho. Mimo, że jest około 22:30,
na dworze nadal dosyć widno. Poświęcam litr wody, aby się trochę umyć.
Mycie z wykorzystaniem bidonu jako quasi prysznica opanowałam już do
perfekcji. Więc i tym razem udaje mi się umyć na tyle, że czuję się
zrelaksowana i całkiem czysta. Resztę toalety dopełniam chusteczkami do
demakijażu. Jem kolację i piszę dziennik. Zasypiam około drugiej.
20 czerwca 2005 – 110km
Pobudka 6:30, wyjeżdżamy o godzinie 8:10. Droga łatwa – trochę z górki i
po prostym terenie. Przeszkadza jedynie silny wiatr wiejący w twarz oraz
oczywiście nawierzchnia – jak nie żwirek, w który zapadają się koła, to
kamienie. Są odcinki, gdzie trzeba jechać slalomem, co – biorąc pod uwagę
obciążenie roweru bagażem – wcale nie jest takie łatwe. Mijamy
porozrzucane w stepie jurty, dwukrotnie atakują nas psy. Najlepszym
rozwiązaniem jest wówczas psiknięcie w stronę psa wodą z bidonu. Jednak
nie jest to proste do wykonania, gdy jedzie się na przykład pod górę lub
po trudnej nawierzchni, a przede wszystkim – z tak obciążonym rowerem.
A
propos bagażu, to mamy sakwy tylne, przednie oraz torebkę na kierownicy.
Wszystko to waży około dwudziestu kilogramów. Sakwy przednie przydają się,
aby bardziej równomiernie rozłożyć obciążenie roweru, a tym samym –
odciążyć tylne koło. Rozwiązanie to ma jedną wadę – trudniej prowadzi się
rower, a trzymanie kierownicy jedną ręką jest wówczas wykluczone.
Szczególnie przy jeździe po mongolskich drogach.
Około godziny dziewiątej atakuje nas kolejny pies strzegący kilku jurt. Za
psem jedzie w naszym kierunku konno dziesięcioletni (tak na oko) chłopiec
i coś do nas krzyczy w sobie tylko zrozumiałym języku. Podjeżdża bliżej,
odgania psa i pokazuje ręką na hamulec roweru Adama. Gestem ręki prosi,
abyśmy pojechali za nim. Jedziemy więc, nie do końca rozumiejąc o co
chodzi. Gospodarze jurt witają nas serdecznie, od razu bacznie
przypatrując się rowerom. Chłopiec taszczy swój rower w stanie gorszym od
opłakanego. Przerzutki oczywiście nie działają, ale to mały problem.
Gorzej z resztą – scentrowane tylne koło, które ma około 1.5cm luzu,
popsuty całkowicie tylny hamulec. Adam zajmuje się rowerem, a mnie z
Justyną gospodarze zapraszają do wnętrza jurty. Przyglądam się
wszystkiemu. Wokół potężne ławy do spania i siedzenia, na środku piec i
beczka z kumysem. Gospodyni podaje w miseczce sute-czaj. Aż boję się
próbować po ostatnich doświadczeniach, ale spotyka mnie miła niespodzianka
– ta herbata jest pyszna. Jakby podgrzane, rozwodnione mleko z dodatkiem
czegoś intrygującego w smaku, ale nie umiem absolutnie określić, co to
może być. Następnie częstuje nas kawałkami suszonego sera. Ser też pyszny
. Ku mojemu przerażeniu, na wierzch sera gospodyni nakłada potężną łychę
masła. Już na sam widok robi mi się niedobrze. Jednak zupełnie
niepotrzebnie, bo kompozycja okazała się zjadliwa. Trochę to wszystko może
było zbyt mdłe, ale całkiem ok. Jeden z mężczyzn podaje mi szklankę z
przezroczystym płynem. Wącham – zapach wskazuje jednoznacznie na jakiś
samogon. Oddaję szklankę i odmawiam wypicia jak tylko najgrzeczniej umiem.
Pokazuję na migi, że gdybym to wypiła, to zaraz usnęłabym na długo, a moi
towarzysze popedałowaliby dalej beze mnie. Pantomima budzi wesołość
gospodarzy. Uwieczniam te chwile, robiąc wiele zdjęć. W przeciwieństwie
do innych nacji, Mongołowie bardzo lubią się fotografować i nie mają też
żadnych oporów, aby fotografowano ich domostwa. Po sesji zdjęciowej
wszyscy oglądają mój aparat. Pozwalam jednemu z dzieci zrobić sobie
zdjęcie, co też powoduje ogólną radość. Największe zainteresowanie i tak
budzą rowery. Mężczyźni szczególnie przyglądają się trybom i przerzutkom,
dzieci – dzwonią dzwonkami. Wysiłki Adama, żeby zrobić coś z niczego,
pełzną na niczym. Nie posiadamy części, które pozwoliłyby naprawić rower.
Można jeździć, ale co to za jazda z obierającym o wszystko kołem? Po
naprawie Adam zostaje zaproszony do jurty, a my czekamy przy rowerach.
Chłopiec ‘od roweru’ jest zdecydowanie najśmielszy ze wszystkich dzieci i
prosi o umożliwienie przejażdżki moim rowerem. OK., nie ma sprawy.
Zdejmuję sakwy i udostępniam rower dzieciom. Nawet nie wiedziałam, że
sprawię tym dzieciakom taką frajdę. Jeżdżą wszyscy, którzy mają nogi
dłuższe od odległości między ramą a pedałami. Adam wraca z kawałkiem
suszonego sera z mleka jaka. Jest to ser do ssania i nie da się go
pogryźć. Nabieramy wodę i ruszamy dalej żegnani przez gospodarzy. Po
drodze mijamy kolejną jurtę, z której biegnie w naszą stronę mała
dziewczynka. Ma w reklamówce suszony ser i pragnie nas poczęstować. Tym
razem się nie częstujemy. Daję dziewczynce gumę do żucia i jedziemy
dalej. Mijamy kolejne jurty. Niektórzy mieszkańcy z ciekawości towarzyszą
nam przez pewien czas konno, ale w bezpiecznej odległości – zawsze na
dystans. Jadąc myślę, że to bardzo gościnny i sympatyczny naród. W Polsce
nikt nie zaprosiłby do swojego domu przygodnie spotkanych turystów.
Stajemy, żeby dokręcić śrubę w przednim mocowaniu sakw w rowerze Adama.
Znów biegną do nas dzieci z pobliskich jurt. Oglądają rowery, dzwonią
dzwonkami. Pozbywam się resztki gum do żucia. Postanawiam, że w
najbliższym sklepie kupię cukierki, aby móc rozdawać dzieciom.
Około godziny 17:00 robimy przerwę na obiad, który gotujemy na ognisku. Po
obiedzie godzina sjesty, żeby trochę zregenerować siły. Problem w tym, że
słońce pali niemiłosiernie, a wokół szczery step i żadnego cienia.
Rozkładamy więc tropik od namiotu na rowerach i drzemiemy przez godzinę w
całkiem przyjemnym cieniu. Po sjeście ruszamy dalej w stronę miasta Khorgo.
Nawierzchnia drogi jest standardowa – żwir, piach i kamienie. Trzeba
bardzo uważać, aby nie uszkodzić roweru. Droga dłuży nam się bardzo. Mamy
bardzo niedokładną mapę i tak do końca nie wiemy, ile jeszcze kilometrów
musimy przejechać, aby dostać się do Khorgo. Stopniowo zmienia się
krajobraz – wkraczamy w krainę gór i wulkanów. Zewsząd wystają fragmenty
lawy, pojawiają się modrzewie i piękne widoki, tak różne od dotychczas
spotykanych. Dochodzi nawet do tego, że przez odcinek około dwustu metrów
jedziemy w cieniu. To pierwszy fragment zacienionej trasy w naszej
dotychczasowej podróży. Wznosimy się na wysokość około 2500m npm. Widok
niesamowity, jesteśmy prawie w chmurach i to w dodatku z rowerami. Tak
wysoko jeszcze nigdy nie wjechałam rowerem. Po godzinie 22:00 zachodzi
słońce, a miasta Khorgo jak nie było, tak nie ma na horyzoncie. Pedałujemy
więc co sił w nogach, by dotrzeć na nocleg do miasta. Spotykamy dwóch
jeźdźców i na migi dogadujemy się, że do Khorgo pozostało tylko około
ośmiu kilometrów. Jedziemy dalej, robi się ciemno. Zakładamy
lampki-czołówki i już w zupełnie ciemną noc dojeżdżamy do miasta. Ze
względu na późną porę, postanawiamy nie rozbijać namiotów, lecz znaleźć
jakiś hotelik. Pomagają nam dwaj mężczyźni jadący samochodem. Pilotują nas
aż do samego gospodarstwa, w którym mieści się sklep oraz hotel dla
turystów. Gospodarze są bardzo uprzejmi i nie kryją zadowolenia z
perspektywy zarobku. Dostajemy wrzątek i jemy ciepły posiłek. Na
poczęstunek herbatą zostają również dwaj mężczyźni, którzy naraili
hotelowi klientów. Jesteśmy bardzo zmęczeni po przejechaniu stu dziesięciu
kilometrów. Śpimy w pokoju, w którym jest wielki podest (ława), wyłożony
dywanami. Śpi się właśnie na tym podwyższeniu. Wielkie łoże jest w stanie
pomieścić co najmniej dziesięć osób. Za nocleg płacimy 3000T od osoby.
21 czerwca 2005 – 70km
Nie
zna życia, kto nie jechał obciążonym rowerem po lawie poddanej procesowi
erozji, czyli po lawowym pyle. To dzień lawy, wulkanów i jeziora Tsagaan
Nuur. Ze względu na trudy dnia poprzedniego, wstajemy nieco później i
wyjeżdżamy z hotelu dopiero około dziesiątej. Robimy zakupy w Khorgo w
sympatycznym sklepiku z produktami żywnościowymi głównie z Polski. Są
polskie zupki, przyprawy, konserwy, warzywa konserwowe w słoikach, nawet
stara sklepowa waga jest made in Poland. Kupuję dwie konserwy (w tym
polski pasztet), chleb, trzy puszki Coca-Coli, batona Twix i płacę 4900T.
Poza tym kupuję naturalnie dwie butelki wody mineralnej za 500T każda.
Musimy mieć zapas wody i jedzenia, bo prawdopodobnie przez dwa dni nie
będziemy mieli po drodze żadnej miejscowości. Wjeżdżamy na teren Parku
Narodowego Khorgo Terkhiyn Tsagaan Nuur. Wstęp kosztuje 3000T od osoby.
Robimy sobie zdjęcia pod tabliczką z nazwą parku. Bileter ostrzega, że
droga nie jest łatwa. Pokazuje na rowery, kiwając się w lewo i prawo. No
cóż, spróbujemy. Jak nie uda się dojechać do jeziora rowerami, to się po
prostu wrócimy i już. Rzeczywiście, droga fatalna – lawowy pył, a wśród
niego wystające duże fragmenty lawy. A wszystko to oczywiście pod górkę.
Mijamy po drodze Ger-Camp – zespół jurt noclegowych dla turystów. Wieje
bardzo silny wiatr i zaczyna kropić deszcz. Zakładamy kurtki, bo robi się
naprawdę zimno. Podziwiamy piękną scenerię wokół wulkanu Khorgijn Togoo,
wulkaniczne skały, pasma porośnięte dorodnymi modrzewiami. Po dziewięciu
kilometrach trudnej jazdy, mamy kilkusetmetrowy podjazd, przy czym
ostatnie trzydzieści metrów jest tak strome, że ledwo udaje się nam
wprowadzić rowery. Ale warto było – naszym oczom ukazuje się w dole słynne
Terchijn Cagaan Nuur – jezioro wśród wulkanów, którego tafla położona jest
na wysokości 2060m npm. Ma powierzchnię 73 tysięcy ha. Niezapomniany widok
. Podziwiamy wybijające się w górę stożki wulkanów, miejscami porośnięte
modrzewiami. Oczywiście i tutaj, podobnie jak na każdym trudno dostępnym
wzgórzu czy przełęczy, stoi okazałe owoo, czyli stożek usypany z kamieni.
To pozostałość po wierzeniach szamańskich, wciąż jeszcze obecnych w
tradycji Mongołów. Przy owoo składano ofiary bogom, a jego trzykrotne
obejście (zawsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara) i dołożenie doń
kamienia, gwarantuje przyszłe szczęście. Tym razem nie obchodzimy owoo, bo
wiatr coraz większy i zaczyna mocniej padać. Zjeżdżamy w dół i drogą
wzdłuż brzegu jeziora objeżdżamy je od strony północnej, robiąc przy tym
50km. Po drodze mijamy jurty, których gospodarze oferują turystom noclegi
za 3000T. Korzystamy z ich zaproszenia, aby napić się czegoś gorącego.
Jemy suszony ser i pijemy sute-czaj, co kosztuje nas 1000T od osoby. Na
zakończenie wizyty robię jeszcze zdjęcie jurty, przy której stoi olbrzymia
antena satelitarna. Wbrew pozorom to widok bardzo częsty w Mongolii, który
robi na nas bardzo duże wrażenie. Podobnie jak urządzenia do zamiany
energii słonecznej w elektryczną. Po przejechaniu około siedemdziesięciu
kilometrów wyjeżdżamy na główną drogę prowadzącą w kierunku miasta
Tosonhengel. Rozbijamy namioty nad rzeką. Deszcz kropi, co nie wróży
najlepiej. W nagrodę jest rzeka i można się wreszcie umyć od stóp do głów.
Nikt, kto nie podróżował w ten sposób, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak
cudowną rzeczą jest kąpiel w rzece. Czuję się rewelacyjnie odprężona.
22 czerwca 2005 – 70km
Całą noc pada deszcz. Budzę się około godziny 7:00 – leje. Fatalna sprawa,
nawet nie ma jak sensownie zwinąć namiotów, aby ruszyć w dalszą drogę.
Postanawiamy poczekać. Do południa nie przestaje. Cały czas pada. W końcu
podejmujemy decyzję, że zwijamy się w deszczu i jedziemy. Ruszamy o
godzinie 13:30 cali mokrzy. Po dziesięciu kilometrach zajeżdżamy do
gospodarstwa, aby napić się sute-czaju. Coraz bardziej smakuje nam ta
mongolska herbata. Jest bardzo rozgrzewająca. Jedziemy dalej w deszczu, co
pewien czas wstępując do przydrożnych gospodarstw oferujących herbatę. O
godzinie 17:00 wstępujemy do kolejnego już gospodarstwa, które – jak głosi
napis – oferuje jedzenie i spanie. Do jedzenia niestety nic nie ma, ale
gospodyni daje nam wrzątek i to nam wystarczy. Rozpuszczamy nasze zupki
miu-miu. Za herbatę oraz wrzątek płacimy łącznie 1500T. Po obiedzie przez
10km wzbijamy się na przełęcz o wysokości około 2800m npm. Na przełęczy
mocno wieje i leje deszcz. Zjeżdżamy więc szybko w dół, prawie przez 30km.
Jest przeraźliwie zimno i mokro. W końcu dojeżdżamy do doliny, gdzie
wreszcie pokazuje się słońce. Jest godzina 20:00, mamy na liczniku 70km.
Rozbijamy się na łące z rzeczką, której poziom wody zdaje się znacznie
przybierać. Mam wątpliwości, czy nie popłyniemy razem z tą rzeczką, ale
Adam i Justyna uspokajają, że na pewno obudzimy się w tym samym miejscu.
Próbujemy rozpalić ognisko. Jak zwykle biegną ku nam dzieci z okolicznych
jurt. Starsze podjeżdżają konno. Widząc, że próbujemy rozpalić ognisko,
dzieci zbierają i przynoszą nam drewno. Niestety, drewno jest zbyt mokre i
nie chce się palić. Z pomocą przyjeżdża jeden ze starszych Mongołów.
Rozpala nam ognisko, wykorzystując jako podpałkę pocięte fragmenty opony.
Jest cudownie, grzejemy zziębnięte członki przy ognisku i jemy ciepły
posiłek. Jeszcze nigdy czerwony barszczyk nie smakował mi tak jak dzisiaj.
Kładziemy się spać z nadzieją, że jutro nie będzie padać, no i że nie
popłyniemy razem z rzeką.
23 czerwca 2005 – 77km
Dzisiaj ciąg dalszy podróży w kierunku Moron. Świeci słońce, poziom wody
w rzece nawet opadł, ale niestety jest bardzo zimno. Myślę, że w nocy było
około 5 stopni Celsjusza. Oczywiście nie mogę podać dokładniejszej
temperatury, bo termometr, jak wiadomo, cieszy od tygodnia oko jakiegoś
kieszonkowca z Ułan Bator. Wstajemy o godzinie 8:00 i tuż po 9:00 ruszamy
w drogę. Jedzie się super, prosto, albo trochę z górki. Niewielkie
podjazdy nie robią na nas wrażenia. Co około 10km mijamy skupiska jurt, a
przy nich pasące się jaki, kozy i owce. Po drodze trzykrotnie musimy
przeprawiać się przez rzekę. Poziom wody wprawdzie tylko po kolana, ale
nurt wartki i obciążone rowery przeprowadza się z trudem. Korzystamy z
okazji, aby się umyć od stóp do głów. Oczywiście zaraz, jak spod ziemi,
pojawiają się dzieci i bacznie się nam przyglądają. Za dziećmi dorośli. No
i jak zwykle oglądają przerzutki w rowerach, liczniki i mapę. I tak już
będzie zawsze. Ilekroć zatrzymamy się w środku stepu, zaraz pojawią się
mieszkańcy okolicznych jurt. Przy czym pojęcie okolicy jest tu znacznie
szersze niż w każdym innym kraju. Słowo horyzont również nabiera w
Mongolii zupełnie specyficznego znaczenia.
Na
jednej z przełęczy spotykamy karawanę – wozy zaprzężone w jaki. Okazuje
się, że to wyprawa niemieckich turystów – sześć osób robi sobie tour konno
po całej Mongolii w ciągu dwóch miesięcy. Karawana jaków ciągnie bagaże,
wodę, jedzenie, namioty do spania, a nawet stoliki i krzesełka. Mają
sześciu Mongolskich przewodników do pomocy, samochód terenowy oraz telefon
satelitarny, za pomocą którego łączą się z m.in. z ekipą filmową.
Uprzejmie proszą, abyśmy odjechali nieco dalej, bo zaraz nadleci
helikopter, który będzie filmował ich z góry. Rowerzyści nie pasują do
scenariusza. Zapewne film będzie o tym, jak to sześciu dzielnych Niemców
spenetrowało niedostępne rejony Mongolii. Rowerzyści , którzy nie mają ani
jaków, ani telefonu, jeepa i sześciu Mongołów do pomocy, nie mogą się po
prostu znaleźć w kadrze. Cały sens filmu wziąłby w łeb. Ruszamy sobie
dalej, widząc na horyzoncie jurtę ze studnią. Prosimy gospodarzy o wodę. W
ogóle nas nie rozumieją, a miny mają takie, jakbyśmy nagle wyszli z
latającego talerza. Roztropniejsze okazują się dzieci, które chwytają
nasze butelki na wodę i biegną w kierunku studni. Najmniejszemu chłopcu
gile z nosa ciągną się do pasa. Po chwili w tychże gilach jest już korek
od butelki na wodę. Justyna raczej nie będzie już piła z tej butelki.
Gospodarze proponują nam nocleg, ale my dziękujemy za wodę i odjeżdżamy.
Przed nami kolejna przełęcz. Powoli, mozolnie pniemy się do góry przez
około 20km. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Około godziny 21:00 postanawiamy
zakończyć jazdę na dzisiaj, nie osiągnąwszy przełęczy. Zaatakujemy ją
następnego dnia rano. Rozbijamy namioty na wzgórzu, rozpalamy ognisko i
jemy ciepłą kolację. I tym razem pojawiają się jeźdźcy na koniach, którzy
z odległości 10-20m obserwują nasze obozowisko. Jeden chłopiec – ubrany w
czysty i dosyć modny strój dżinsowy – przysiada się do naszego ogniska.
Jednak konwersacja nie trwa zbyt długo – w ogóle nie rozumiemy, co do nas
mówi, i odwrotnie.
24 czerwca 2005 – 65km
Budzimy się o godzinie 8:00, podziwiamy widok wokół nas, rozpalamy
ognisko, aby zjeść ciepłe śniadanie. O 9:00 ruszamy zdobywać przełęcz.
Udaje się to po ok. trzech kilometrach morderczego podjazdu. Jesteśmy
zmęczeni, ciężko oddychamy, ale widok rekompensuje wszystko. Mamy
wrażenie, jakbyśmy byli ponad górami. Na przełęczy jest tablica, ale nie
sposób odczytać napisów, zresztą i tak nie ma podanej wysokości przełęczy.
Tu po prostu nie ma takiego zwyczaju. Myślę, że jesteśmy na wysokości
2600-2800mnpm. Chwilę odpoczywamy, robimy zdjęcia i zjeżdżamy do
miasteczka Erdenet (tego mniej znanego). Zjazd nie jest przyjemny, droga
trudna z licznymi kamieniami, piachem i żwirem. Trzeba zjeżdżać bardzo
uważnie, aby nie uszkodzić roweru, no i siebie przy okazji. Większość
zjazdu pokonuję stojąc na pedałach, aby odciążyć tylne koło. Drętwieją mi
nogi i ręce. Mam świadomość, że nawet na chwilę nie mogę się
zdekoncentrować. Nie ma mowy o podziwianiu widoków.
W
Erdenet, jak wszędzie, budzimy dużą sensację. Schodzą się ludzie oglądać
nas i nasze rowery. Każdy coś mówi w niezrozumiałym języku. Zbiegają się
też dzieci, które prawdopodobnie miały zakończenie roku szkolnego – są
odświętnie ubrane i dzierżą w rękach cenzurki. Robimy zakupy. W Erdenet
jest kilka sklepów spożywczo-przemysłowych z takim samym asortymentem.
Kupuję dwie butelki wody, dwie czekolady, trzy zupki, ciastka, napój
gazowany i batona. Za wszystko płacę około 6000T. W sklepach w ogóle nie
było konserw, ani żadnego sera topionego. Był na szczęście chleb.
Rozczarowani brakiem konserw ładujemy zakupy i udajemy się dalej w stronę
Moron, do którego mamy około 120km. Przy czym same kilometry o niczym nie
świadczą. Znów pniemy się pod górę, aby po 10km osiągnąć przełęcz. Droga
jest tak trudna i stroma przy samej przełęczy, że nie sposób jechać.
Musimy podprowadzać rowery. I to też nie idzie nam łatwo. Sandały ślizgają
się na drobnych kamieniach, a ciężki rower ucieka w dół. Prowadzę rower z
przerwami, tak po 2m, i odpoczywam. Nie daję rady. Mam wrażenie, że zaraz
wyzionę ducha. W końcu osiągamy tę cholerną przełęcz. Oczywiście i tu
tablica nie informuje o wysokości. Z przełęczy zjeżdżamy do słonego
jeziora – jest pięknie położone, całe otoczone górami. No i wcale nie
takie słone. Jezioro ukazuje nam się już z daleka. Z góry wydaje się, że
jest bardzo blisko. To jednak tylko złudzenie. Aby do niego dojechać
musimy pokonać jeszcze siedem kilometrów. Nad jeziorem jemy obiad na
sucho, bo nie ma z czego rozpalić ogniska. Potem dalej w drogę, oczywiście
pod górę. Osiągamy kolejną przełęcz, tym razem już mniejszą, a następnie
długo zjeżdżamy w dół po kamienistej drodze. Rozbijamy namioty około 20:30
przy rzeczce. Schodzą się mieszkańcy okolicznych jurt. Biegną do nas
wszyscy, żeby nam się poprzyglądać. Przychodzą starzy, młodzi i całkiem
mali. Czuję się trochę osaczona – nasze trzy namioty, a pomiędzy –
najpierw kilka, a potem kilkanaście osób. Rozmawiają, śmieją się z nas, do
nas też coś mówią, ale nie rozumiemy. Po około godzinie rozchodzą się
rozbawieni. A my wykonujemy rytualne czynności: kąpiel w rzece, ognisko,
kolacja, pisanie dziennika, spanie.
25 czerwca 2005 – 75km
Budzę wszystkich około siódmej, ale nie wstają, więc śpimy jeszcze do
ósmej. Potem tylko śniadanie na ognisku i w drogę. Wczorajszy morderczy
dzień daje się we znaki. Wszystko mnie boli. No, może prawie wszystko.
Boli głównie prawy nadgarstek i prawe kolano. Pokonujemy dwie przełęcze,
jednak w porównaniu z tymi wczorajszymi to bułka z masłem. Już na
pierwszej nie wytrzymuje Justyna i oświadcza, że w Moron odłączy się od
nas i wróci busem do Ułan Bator. Po prostu nie daje rady. Przykro nam, ale
rzeczywiście nie ma sensu, żeby wyzionęła z nami ducha, a wszystko
niestety do tego zmierza. Na razie jednak, do Moron pozostało nam około
60km.Droga chyba najgorsza z dotychczasowych – same duże kamienie. Jedzie
się bardzo cięzko, nawet na zjazdach nie możemy przyspieszyć ze względu na
nawierzchnię drogi. Z góry osiągamy prędkość 10-15kmph. Czasami musimy się
nawet zatrzymywać. Jadę prawie cały czas stojąc na pedałach. Boję się, że
nie wytrzyma tylne koło. Bardzo bolą nas ręcę. I tak jest cały czas aż do
Moron. Po drodze zatrzymujemy się przy knajpce. Pijemy czaj i oranżadę,
która smakuje jak Przemyslawka. Jemy też ciepłe danie, składające się z
ryżu, makaronu, ziemniaków, kawałków cebuli i baraniny. Przyprawiamy to
polską przyprawą do zup oraz keczupem, i uznajemy, że całkiem nieźle
smakuje. Z dania przebłyskują kawałki czegoś zielonego i pomarańczowego.
Łudzę się, że to marchewka z groszkiem. Niestety, to tylko kolorowy
makaron, ale brawo dla gospodyni za pomysł na kolorystyczne urozmaicenie
potrawy. Wszystko to kosztuje 1400T od osoby. Dojeżdżamy do Moron o
godzinie 18:30. Postanawiamy przenocować w hotelu, aby następnego dnia być
w centrum i szybko znaleźć busa dla Justyny. Pokój dwuosobowy z dostawką
dla trzeciej osoby kosztuje 2400T. Nie do końca przystajemy do hotelu z
naszymi rowerami, zakurzonymi sakwami i niezbyt wyjściowym wyglądem.
Bierzemy prysznic i jest cudownie. Potem udajemy się do hotelowej
restauracji na kolację. Jakaś Brytyjka, wychodząc z restauracji, poleca
nam chińskie danie. Niestety, okazuje się, że my możemy zjeść już tylko
stek z baraniny. Domagam się przynajmniej deseru z owoców, który jest w
menu. Kelnerka nie za bardzo wie, o co mi chodzi, po czym wysyła pomocnicę
do pobliskiego sklepu. Po dwóch minutach mamy na stole umyte banany i
nektarynki. Za ten ekskluzywny posiłek w ekskluzywnej restauracji płacimy
łącznie 10 800T. Rozpusta, ale raz się żyje. Po kolacji idziemy w miasto.
Moron to prawdziwy turystyczny kurort – wszędzie nocne kluby i dyskoteki.
Trochę inne od europejskich...Co ciekawe, o godzinie 22:30 poczta ciągle
czynna. Za dwie minuty rozmowy z rodziną płacę 1910T. Internet, niestety,
jest już nieczynny. Wracamy do hotelu, śpimy w rzekomo wygodnych łóżkach,
a przed zaśnięciem oglądamy mongolską telewizję.
26 czerwca 2005 – 53km
Noc bardzo
gorąca i duszna, rano okazuje się, że nie możemy wziąć porannego
prysznica, na który tak bardzo liczyliśmy. Jest nieczynny. Na śniadanie (w
cenie pokoju) dostajemy ryż z mlekiem oraz dwa kawałki bułki obsmażonej w
jajku tak, że początkowo nawet myślimy, że to racuchy. Na bułce po jednym
kawałku pomidora oraz parę wiórków marchewki. A wszystko to pachnie nie
najświeższym olejem. Około godziny 9:00 odprowadzamy Justynę na miejsce, z
którego odjeżdżają busy do Ułan Bator. Jest to plac dosyć odległy od
hotelu, mamy zapisaną jego nazwę po mongolsku na kartce, więc prawie bez
trudu udaje się nam trafić. Już przed placem zaczepia nas kierowca busa i
proponuje transport do Ułan Bator za cenę 20 000T. Przystajemy na
propozycję. Rower, niestety, musi pojechać na dachu. Kierowca zaznacza, że
teraz tylko zbiera pasażerów. Odjazd będzie dopiero o godzinie 15:00.
Justyna ma więc przed sobą prawie 6 godzin czekania, jednak tutaj
wszystkie busy w ten sposób funkcjonują. Niektórzy pasażerowie przysyłają
najpierw swoich ‘zajmowaczy’ miejsc, a dopiero później, tuż przed
odjazdem, wsiadają sami do busa. Jest to jakiś sposób. Zostawiamy Justynę,
udzielając ostatnich rad, w jaki sposób powinna przebukować sobie bilet
lotniczy na inny termin. Dajemy adres konsulatu tak na wszelki wypadek. To
przykry moment dla nas wszystkich, ale rzeczywiście nie ma sensu, skoro to
w tym momencie nie jest dla niej.
O
godzinie 10:00 otwierają wszystkie sklepy (mimo niedzieli) oraz salę
internetową na poczcie. Biegniemy skorzystać z internetu – jedna godzina
kosztuje 700T. Piszę długiego maila, opisując naszą dotychczasową trasę.
Adam pomaga mi w zapisaniu tekstu i ... kasuje wszystko. Po raz pierwszy
na tym wyjeździe – i chyba w ogóle – mam ochotę go zabić. Tyle pisania się
zmarnowało. Piszę więc jeszcze raz, ale opis nie jest już tak szczegółowy.
Po oderwaniu się od klawiatury komputera robimy zakupy. Za 5000T kupuję
chleb, konserwy, Snickersy, ciastka i wodę. Stojąc w sklepowej kolejce
oglądamy towary wyprodukowane w Polsce. Wszystkie soki, dżemy, kompoty,
bombonierki, herbaty, zupy instant, marynowane warzywa i przyprawy
pochodzą z Polski. 80% asortymentu w tym sklepie zostało wyprodukowane w
naszym kraju. To bardzo miłe przekonać się, że jesteśmy w stanie zalać
swoimi towarami jakiś rynek. W mongolskich sklepach tak naprawdę
mongolskie jest tylko pieczywo. Trzeba dodać, że jest ono bardzo smaczne i
świeże. Jest również bardzo duży wybór różnego rodzaju małych słodkich
bułeczek z rodzynkami.
Po
zrobieniu zakupów wymeldowujemy się z hotelu i ruszamy do restauracji na
obiad. Nie chcemy już korzystać z posiłków w hotelu, bo – jak się okazało
– wybór dań żaden, a i ze smakiem nie najlepiej. W restauracji vis a vis
hotelu nie mają nic do jedzenia, mimo, że obszerne menu wisi na widoku. W
końcu trafiamy do restauracji dużej i schludnej. Kelnerka podaje kartę i
już na wstępie informuje, że z tego siedmiokartkowego menu jest do
jedzenia tylko gulasz z baraniny, a do picia wyłącznie herbata,
ewentualnie napój o nazwie multiwitamina, co to smakuje jak popularne u
nas w stanie wojennym syropy pomarańczowe do rozcieńczania. Trudno, niech
będzie gulasz. Już wprawdzie nie mogę znieść zapachu baraniny, ale
przecież coś jeść trzeba. Danie jest ohydne: żylaste i twarde kawałki
mięsa podane z letnim ryżem i zimnym ziemniaczanym puree. Do tego parę
wiórków marchewki oraz cztery plasterki kiszonego ogórka (pewnie z
Polski). No i ten ogórek okazał się najsmaczniejszy z całego posiłku. Za
obiad płacimy 1650T od osoby. Około 15:00 ruszamy w drogę w stronę jeziora
Chubsugul. Na ulicy mijamy busa z charakterystycznym rowerem Justyny na
dachu. A więc to była prawda, nie ruszył przed 15:00. Postanowiliśmy nie
jechać, tak jak wszyscy, do miasta Chatgal nad jeziorem Chubsugul, ale
trudniejszą trasą. Chcemy dojechać do jeziora przez góry od
północno-zachodniej strony. W naszej wyprawie nic nie jest proste. Droga
wprawdzie z niewielkimi podjazdami, ale nawierzchnia bardzo piaszczysta.
Zajeżdżamy na lotnisko koło Moron, aby zapytać się, którą drogą powinniśmy
jechać. W niedzielę na lotnisku jest tylko stróż i kontroler lotów. Adam
pyta ich o drogę pokazując mapę. No, tylko tego było im trzeba. Chwytają
mapę i zapominają o Bożym świecie, a o nas tym bardziej. Pokazują sobie na
mapie różne miejscowości, drogi i zakątki. Dochodzimy do wniosku, że
każdy, kto chciałby zrobić frajdę Mongołowi, a przy okazji zająć go czymś
na wiele godzin, powinien kupić mu w prezencie mapę Mongolii. Niesamowite,
jak mapa intryguje tych ludzi. Nawet tych z lotniska, którzy przecież z
różnymi nawigacyjnymi gadżetami mają do czynienia na co dzień. Ruszamy
dalej, w zasadzie na azymut. Łapie nas gradobicie. Zmrożone kulki biją z
taką siłą, że krzyczymy z bólu. Jesteśmy cali mokrzy, ale schniemy w ciągu
trzydziestu minut. Piach utrudnia jazdę. W dodatku obydwoje czujemy się
nienajlepiej. Adama boli żołądek po obiedzie, a mnie prawe kolano. Zmienia
się krajobraz. Step przechodzi w tajgę. Nie dość, że jazda jest trudna, to
w dodatku w Adama przedniej sakwie urywa się zaczep. Tracimy pół godziny
na naprawę. Urwane nity zastępujemy śrubami. W końcu o godzinie 21:00
postanawiamy zakończyć jazdę. Mimo, że mamy ze sobą drewno pozbierane po
drodze, nie rozpalamy ogniska, bo zaczyna padać. Sardynki z puszki smakują
super na zimno.
27 czerwca 2005 – 75km
Budzą nas
rykiem jaki i krowy. Ruszamy w kierunku miasta Mandal. Jedziemy cały czas
pod wiatr, a ten jest tak silny, że prawie nas pcha do tyłu. Po trzech
godzinach jazdy mamy na liczniku tylko 25km i jesteśmy bardzo zmęczeni. W
dodatku prawa noga, mimo natarcia mięśnia maścią rozgrzewającą i
zabandażowania, nadal bardzo mnie boli. Dojeżdżamy do miejscowości Mandal.
Czuję się jak na Dzikim Zachodzie – pusta ulica, po bokach drewniane domki
z płotami, a zza płotów ciekawe oczy. Pusto wokół nas jest jednak tylko
chwilę. Bardzo szybko przy naszych rowerach robi się dziki tłum gapiów.
Jesteśmy tak bardzo zmęczeni, że postanawiamy się złamać, i podjechać
busem. Negocjacje trwają około godziny. Niestety, kierowcy proponują cenę,
której nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Tłumaczą nam, że jedyną drogą,
którą może pojechać samochód, jest droga przez Moron do Chatgal. Tą drogą
wczoraj mogliśmy sami pojechać, i pewnie już dzisiaj bylibyśmy nad
jeziorem. Jak zwykle jednak wybraliśmy wariant najtrudniejszy, przez góry.
No i teraz mamy za swoje. Po bezskutecznych negocjacjach postanawiamy nie
korzystać z transportu samochodowego i jechać dalej rowerem. Wiatr nie
traci na sile ani na chwilę i cały czas wieje nam w twarz. Jesteśmy
przewiani do szpiku i kości. Droga mało uczęszczana, nie mija nas żaden
samochód. Wokół nie ma jurt ani pasącego się bydła. Ciężko i niezbyt
przyjemnie się jedzie. Po przejechaniu 50km dostrzegamy w końcu jakieś
jurty. Podjeżdżamy do jednej, aby poprosić o gorącą wodę i zjeść ciepły
posiłek. Mieszkańcy zapraszają nas do środka i dla rozgrzewki podają
gorący sute-czaj. Jest pyszny i rzeczywiście rozgrzewa. Częstują nas serem
a następnie szybko rozpalają w piecu, aby zagotować wodę. Już po chwili
jemy zupki miu-miu i obserwujemy, co robią mieszkańcy jurty. Dziewczynka w
wieku około trzynastu lat przyrządza świeży sute-czaj. Do wody dolewa
mleko, następnie sypie trochę ziół oraz parę garści soli. Starsza kobieta
robi najprawdopodobniej ser, ale pewna nie jestem. Mężczyzna zajmuje się
oglądaniem naszej mapy i przyglądaniem się naszym twarzom. Na koniec
dostajemy po misce świeżej herbaty. Gospodarze próbują namówić nas
jeszcze na spożycie twarogu, ale już nie jesteśmy w stanie go zjeść.
Pytamy się, czy mamy zapłacić za poczęstunek. Mężczyzna z uśmiechem kręci
przecząco głową. Żegnamy się i jedziemy w dalszą drogę. Po przejechaniu
około jednego kilometra postanawiamy odpocząć. Mimo, że jest zimno i wieje
silny wiatr, padamy po prostu w kurtkach na trawę i błyskawicznie
zasypiamy. Śpimy tak przez jedną godzinę, a potem ruszamy dalej.
Pokonujemy kilka, wprawdzie niewysokich, ale jednak, przełęczy. Wiatr nie
ma zamiaru przestać wiać. Około 20:30 postanawiamy rozbić obóz na jednej z
przełęczy. Tuż po postawieniu namiotów stwierdzamy, że wiatr ucichł. Jak
zwykle, wszystko na opak.
28 czerwca 2005 – 83km
Ruszymy po
godzinie 9:00. Początkowo jedziemy trochę z górki, ale zaraz potem zaczyna
się podjazd na przełęcz. Nie ma wprawdzie wiatru, ale i tak nie jedzie nam
się dobrze. Bolą mnie już obydwie nogi. Jedziemy bardzo wolno, pnąc się w
milczeniu do góry. Wokół pusto, żadnych samochodów ani jurt na horyzoncie.
Dopiero po przejechaniu 25km dojeżdżamy do kilku drewnianych domków nad
wyschniętą rzeką. Dziwne miejsce, jakby przydrożny zajazd dla podróżnych.
Do jednego z domów zostajemy zaproszeni. Wewnątrz trzy kobiety właśnie
przyszykowały posiłek (makaron z baraniną) dla podróżnych, którzy wysiedli
z dwóch UAZów. My dostajemy herbatę, tym razem bez mleka. Wyłącznie same
zioła z solą. Kobieta, która rządzi tym interesem, na migi pyta, czy też
chcielibyśmy coś zjeść. Jasne, że chcemy. Zaraz potem widzimy, jak
przyrządza się nasz posiłek. Chyba lepiej byłoby tego nie oglądać. Jedna
szmata służy do wszystkiego; do wycierania stołu, na którym wałkuje się
ciasto, oraz do przecierania naczyń i podłogi. Nie chcę nawet opisywać,
jak wyglądają kawałki baraniny wzięte wprost z podłogi i wrzucone do gara
z makaronem. Oprócz baraniny i makaronu posiłek składa się z kilku
plasterków ziemniaków i pokrojonej cebuli. Danie smakuje naprawdę dobrze,
tylko niestety baranina jest, jak zwykle, żylasta, tłusta i nieciekawie
pachnie. Wyjadam sam makaron, który jest naprawdę bardzo smaczny. Pijemy
kolejne miseczki czaju. Pozostali podróżni, po posiłku i rozpiciu butelki
wódki, ruszają w drogę. Po zapłaceniu 1000T od osoby, my również
opuszczamy gościnną osadę. Ciągniemy się mozolnie na przełęcz. Wreszcie po
przejechaniu 58km dojeżdżamy do oznaczonego miejsca, w którym zaczyna się
Dolina Darchandyńska. Przed nami bardzo długi zjazd. Dolina rzeczywiście
jest bardzo piękna; wokół modrzewiowe lasy. Dojeżdżamy do miasta Togol,
które robi wrażenie stworzonego wyłącznie dla potrzeb turystów. Rzucamy
się oczywiście na sklepy. Kupujemy to, co zwykle, oraz marynowaną sałatkę
w słoiku polskiej firmy Urbanek. Nie mamy daleko do rozbicia obozu, a więc
nie będziemy tego słoika wieźć zbyt długo. Tęsknimy za warzywami i
owocami, i taki słoik z warzywami, nawet marynowanymi, to dla nas
prawdziwa gratka. Pod sklepem podchodzi do nas policjant i prosi o
pokazanie paszportów. Sprawdza ważność wizy. Okazuje się, że Brytyjczykom,
którzy przyjechali tu busem, skończyła się ważność wizy i mają problem.
Nie czekamy na dalszy rozwój sytuacji z Anglikami, odjeżdżamy parę
kilometrów od miasteczka i rozbijamy obóz. Rozpalamy ognisko i jemy pyszną
kolację z warzywami Urbanka.
29 czerwca 2005 – 61km
Nie
spieszymy się ze wstawaniem. Do Renchinlchumbe mamy tylko około 60km, a
przecież będziemy jechać doliną, po drodze nie będzie żadnych gór i
podjazdów. Okazuje się jednak, że w Mongolii niczego nie można być pewnym.
Najpierw jedziemy po łące, z trawą powyżej kostek, która często staje się
nagle podmokła. Grząski teren pojawia się coraz częściej. Coraz częściej
grzęźniemy po łydki. Po godzinie jazdy mamy zrobione tylko 8km. Odbijamy
nieco w lewą stronę od dotychczasowego szlaku, aby spróbować znaleźć inną
drogę. Udaje się. Początkowo przyspieszamy, ale nie na długo. Droga staje
się nagle piaszczysta i zmuszeni jesteśmy prowadzić rowery. Trzykrotnie
przeprawiamy się przez rzeki. Jedna jest na tyle głęboka, że musimy
rozebrać się do naga i po kolei, ostrożnie przenosić bagaże oraz rowery.
Wciąż pokonujemy to piaszczyste wydmy, to znów grząskie błoto. Mamy już
tej drogi powyżej uszu. W ogóle nie można normalnie jechać, bo wciąż
trzeba walczyć albo z błotem, albo z piachem. Dopiero pod wieczór na
horyzoncie ukazuje się Renchinlchumbe. Zanim jednak tam dojedziemy, musimy
przeprawić się przez rzekę pokrytą grubą warstwą lodu. Dosyć osobliwe to
przeżycie. (OPIS PRZEJŚCIA PRZEZ KRĘ....)
Miasteczko Renchinlchumbe wygląda jak wymarłe. Taki post-sowiecki relikt.
Nie ma ludzi, pełno drewnianych, nawet całkiem ładnych, pustych budynków.
Z trudem znajdujemy jeden sklep, w którym robimy zakupy. Kupujemy głównie
słodycze, bo nic innego po prostu nie ma. Rozbijamy obóz nieopodal
miasteczka i jemy szybką kolację. Kładziemy się spać, bo jutro czeka nas
trudny dzień. Spróbujemy zaatakować jezioro Chubsugul od zachodu, co
zajmie nam pewnie dwa dni. Spróbujemy, bo jest duże prawdopodobieństwo, że
nie damy rady przeprawić się przez dolinę. Trochę się boję tej przeprawy.
Mam wątpliwości, czy jesteśmy w stanie w ogóle znaleźć właściwą drogę.
30 czerwca 2005 – 13km
Ruszamy bardzo wcześnie, aby w razie czego zawrócić i szukać innego
rozwiązania. Adam wskazuje, którędy powinniśmy jechać, bo żadnej drogi nie
ma. Jest podmokła trawa, która szybko przechodzi w bagno. Pchamy rowery,
co chwila grzęźniemy w bagnie. Tracę sandał w miękkiej mazi. Z trudem go
odzyskuję, wkładając rękę po łokieć w bagno. Nagle pojawiają się jakieś
koleiny. Mamy nadzieję, że odnaleźliśmy drogę. Bagno kończy się, zaczynamy
jechać pełni nadziei. Niestety, koleiny rozchodzą się, i nie wiemy, którą
opcję wybrać. Wybieramy tę najbliższą wskazaniom mapy. Jedziemy tak może
50m i trafiamy na rozległe, wyschnięte koryto rzeki z kamienistym dnem.
Znów pchamy więc rowery. Potem, po raz kolejny, pojawia się błotnista
trawa, a później ponownie kamienie. Przez godzinę robimy tylko 6km.
Decydujemy się zawrócić, bo to po prostu nie ma sensu. W mieście
znajdziemy może busa, który za ciężkie pieniądze – o ile w ogóle –
zawiezie nas do Chatgal lub Moron. Nagle, jak spod ziemi, wyrasta nam
przed oczami starszy Mongoł na koniu. Pokazuje, że ma konie i konno bez
problemu damy sobie radę na tej drodze. Adam wyjmuje zeszyt i rysuje konia
zaprzęgniętego do wozu. Pokazuje Mongołowi, że mamy rowery i że musimy je
jakoś zabrać. Mimo, że Mongoł kiwa głową, jestem przekonana, że nas nie
rozumie. Oni wszyscy kiwają głowami, a później okazuje się, że to jedno
wielkie nieporozumienie. Adam jednak obstaje przy optymistycznej wersji,
że Mongoł wszystko rozumie i że powinniśmy próbować się z nim dogadać co
do ceny. Ustalamy cenę na 50 000T. Nagle Mongoł niespodziewanie odjeżdża.
No i masz babo placek. Wracamy więc do miasta przez okropne bagna. Okazuje
się, że Mongoł nie był taki głupi, aby pchać się, tak jak my, przez bagna.
Wkrótce wita nas już na suchym terenie i każe jechać za sobą. Jestem
bardzo sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Uważam, że stracimy tylko
cenny czas na gadanie i rysowanie w zeszycie. Dla Mongołów czas nie
biegnie tak szybko, jak dla nas. Adam jednak uważa, że uda nam się wynająć
konie z wozem. I rzeczywiście ma rację. Zostajemy zaproszeni najpierw na
herbatę, a następnie panowie zabierają się do szykowania wozu, koni i
całego ekwipunku. Odmawiam jechania konno, bo nigdy tego nie robiłam.
Pojadę na wozie razem z rowerami. Oglądam wóz. Okazuje się, że jedno z kół
w wozie, który ma pokonać z nami 60km, wygląda mało obiecująco. Opona
przytwierdzona jest do felgi za pomocą rowerowego łańcucha. A że łańcuch
był zbyt luźny, pomiędzy pomysłowo wsadzono jeszcze gwóźdź. No super się
zapowiada. Ruszamy w samo południe. Już pierwsze kilometry drogi
przekonują nas, że wynajęcie koni było słuszną decyzją. Jedziemy przez
podmokły teren, pokonując również kilka prawie wyschniętych koryt rzek
(rzeki?). Okolica bardzo piękna, choć przez pierwsze kilometry zwracam
uwagę głównie na gzy i różne końskie muchy. Konia im za mało, chcą jeszcze
zjeść moją osobę. Jedziemy piękną doliną, dookoła nas góry i modrzewiowe
lasy. Mnóstwo polnych kwiatów o rozmaitszych kolorach: żółte,
pomarańczowe, chabrowe i bordowe. Żałuję, że nie mogę zrobić zdjęcia. Wóz
nie jest resorowany, a więc wiadomo, koncentruję się wyłącznie na tym, aby
przy podskokach nie złamać kości ogonowej, ani tez całkiem nie opuścić
wozu. Adam jedzie dzielnie w siodle, choć wygląda trochę
nieproporcjonalnie. Jest wyraźnie za wysoki w porównaniu z dosyć niskim
konikiem. Razem z nami jedzie dwóch młodych Mongołów. Jeden powozi wozem,
a drugi jedzie w siodle i wskazuje najlepszą opcję przejazdu przez
kamienie, wodę i błoto. Obydwaj śpiewają prawie przez całą drogę. Może
jestem totalnym ignorantem w kwestiach muzyki, ale wydaje mi się, że
słyszę wciąż tę samą pieść ludową. Młodszy z Mongołów, ten powożący wozem,
ma nie więcej niż 16 lat. Ciągle skręca papierosy i kopci jak lokomotywa.
Zabrał ze sobą strzelbę, której lufa tkwi tuż za moimi plecami. Po diabła
mu strzelba? Całą drogę nie opuszcza mnie pytanie, czy strzelba nie jest
przypadkiem nabita. Nie wiem, po co chłopak zabrał tę strzelbę, ale chyba
tylko po to, aby w czasie drogi były z nią same kłopoty. Ciągle się zsuwa,
lufa wbija mi się to w pupę, to w żebra. Nagle strzelba zsuwa się przez
szparę w wozie i ja, na swoje nieszczęście, ratuję ją przed zgubieniem. W
związku z powyższym dalszą drogę pokonuję ze strzelbą za plecami, a nadto
muszę uczyć towarzysza podróży słowa ‘dziękuję’ w języku polskim. On
wyraźnie czuje się w obowiązku dziękować mi w moim języku za uratowanie
jego ukochanej broni. Po czterech godzinach jazdy bez przerwy, Adam
wygląda w siodle coraz gorzej. Mongołowie pozwalają mu więc trochę
pokierować wozem. Ku mojemu zaskoczeniu – radzi sobie wyśmienicie. Nasi
przewodnicy też są zaskoczeni i pełni uznania dla jego umiejętności. Ja
natomiast mam swoje powody do zadowolenia. W związku z zamianą ról,
strzelba jedzie teraz wierzchem, przewieszona przez plecy Mongoła. Po
około godzinie Adam znów przesiada się w siodło, a strzelba wraca na wóz.
I tak jedziemy do godziny 21:00. Dziewięć godzin jazdy. W końcu widzimy
jezioro Chubsugul. Jestem tak poobijana, że nie mam siły zejść z wozu.
Adam też jest czystym bytem. Wysiadamy przy trawiastym placu, który jest
czymś w rodzaju pola namiotowego z dwoma drewnianymi domkami. Jeżeli ktoś
myśli, że widniejąca na mapie miejscowość o nazwie Jiglegun Am to
miasteczko, w którym można zrobić np. zakupy, to się myli. To po prostu
pole namiotowe i nic więcej. My mamy dużo szczęścia. Akurat na polu
stacjonuje angielska wyprawa konna z całym ekwipunkiem. Jest więc ciepła
woda w prysznicu, kuchenka gazowa, umywalka, pojemniki z wodą i kranikiem
przy toalecie. Rzeczywiście dobry standard. A wszystko to za jedynie 1000T
od osoby. Biorę szybko prysznic, bo już zapomniałam, jakie to przyjemne
uczucie. Od tygodnia nie myłam się w wodzie. Pod prysznicem zdaję sobie
dopiero sprawę, jaka jestem brudna, jak wygląda skóra na moich nogach, a o
samych stopach już lepiej nie wspomnę. Po wyjściu spod prysznica mam
ochotę zawinąć się w śpiwór i usnąć bez posiłku. Pamiętam jednak, że
zasypianie ze zmęczenia bez zjedzenia kolacji na tego typu wyprawach
zapowiada gwałtowne osłabienie i grozi ogólnym wyczerpaniem organizmu.
Resztką sił wychodzę ze śpiwora i trzęsąc się z zimna idę przyrządzić
sobie coś na kolację. Czerwony barszczyk poprawia mi humor, potem jeszcze
kaszka z dodatkiem granulowanych otrębów ze śliwkami (prezent na drogę od
Beaty). I na koniec gorąca herbata. Pycha, można iść spać.
1 lipca 2005 – 30 km
Jest tak jak zawsze, czyli – jak mogę dłużej pospać, to budzę się o
świcie. Oglądam wschód słońca, które rzeczywiście wschodzi nad jeziorem
przepięknie. Robię zdjęcia i próbuję spać dalej. O godzinie 7 00
zwijają się Brytyjczycy z całym obozowiskiem z konnej wyprawy. Po
ostatecznym przebudzeniu ok. godz. 9 30 stwierdzam, że czar
standardu pola biwakowego prysł wraz z odjazdem płacących ciężkie
pieniądze Brytyjczyków. Budynek z umywalką i prysznicem został
zaryglowany, w pomieszczeniu kuchennym są tylko stoły, zniknęły również
pojemniki z wodą przy toalecie. Pozostała natomiast pani zarządzająca tym
kawałkiem trawy, aby ściągnąć od nas po 1000 T za nocleg. No i pozostało
jeszcze, na szczęcie, przepiękne jezioro. Wszystko mnie boli po
wczorajszej przygodzie konnej. Adam też narzeka. Idę nad jezioro, aby się
umyć i zrobić pranie. Woda bardzo zimna, ale daje się wytrzymać. Potem
mamy manianę – drzemiemy w namiotach, trochę czytamy, drogę doprowadzamy
się do ładu. Świeci słońce, ale poza namiotem nie sposób wypocząć, bo po
pierwsze – zimno, a po drugie – roje much nie dają spokoju. Ruszamy się z
trudem zwijając namioty ok. czternastej. Okazuje się, że musimy zapłacić
za nocleg 3500 T od osoby, tj. 2000 T za miejsce biwaku i 1500 T za
prysznic. Wczorajsza uzgodniona cena od osoby okazała się
nieporozumieniem. Wyjeżdżamy ok. 15 . Boję się, że stan drogi nie pozwoli
nam przedostać się do Chatgal. Początkowo jedziemy bez problemu, niestety
z przerwami, bo teren podmokły i trzeba pchać rowery w miękkim błocie.
Potem znów jedziemy przez dłuższy czas, a następnie pchamy. I tak na
zmianę, aż do osiągnięcia 6 km. Nagle droga przeistacza się w pojedynczą
ścieżkę, która prowadzi na górę po stromym zboczu. Nie mamy wyjścia,
musimy się wspiąć z rowerami. Pchamy w trudem obydwoje po jednym rowerze.
Co 5 – 10 metrów stajemy aby odpocząć. Po wepchnięciu obydwu rowerów na
górę mamy wszystkiego dosyć, jesteśmy wykończeni. Zjeżdżamy następnie z
góry bardzo ostrożnie. Jest stromo, a z ziemi wystają korzenie drzew.
Później droga przeistacza się w dobrą trasę leśną. Czasami tylko trochę
podmokłą, ale jedziemy bez większych problemów. Po drodze musimy sforsować
duże rozlewisko jeziora. Na szczęście woda płytka, ale tak nieziemsko
zimna, że aż parzy w stopy. Przeprowadzamy rowery krzycząc w bólu. Woda w
rozlewisku jest krystalicznie czysta, a więc przy okazji uzupełnimy zapasy
wody do picia. Przyglądamy się ptakom, bo nad jeziorem Chubsugul powstał
istny ptasi raj. Podziwiamy kaczki, czaple i mnóstwo innych ptaków,
których nazw nie znamy. Ptaki popiskują, śpiewają i gwiżdżą, aż głowa
boli. Jest przepięknie, tylko bardzo zimno. Nad jeziorem Chubsugul są
najniższe temperatury w Mongolii. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi
tylko 10 stopni Celsjusza. Przyglądam się olbrzymiej tafli wody i nie mogę
uwierzyć, że tu jestem i to w dodatku na rowerze. Przeczytałam w
przewodniku, że Chubsugul jest zbiornikiem zawierającym 65 % zasobów wody
pitnej Mongolii i aż 2 % zasobów wody pitnej świata. Trudno uwierzyć, ale
to naprawdę olbrzymie i głębokie jezioro. Jedziemy dalej, wokół las
modrzewiowy i przepięknie kwitnące kwiaty. Po drodze spotykamy 2 jelonki,
które najwyraźniej nie chcą się z nami zaprzyjaźnić. Spotykamy również
znanego z samolotu Włocha, który przemierzył rowerem odległość z Ułan
Bator do Chatgal. Teraz jedzie konno. Mijamy międzynarodową wyprawę
konną, która udaje się właśnie tam, skąd my jedziemy. Wyprawa jest
oczywiście z całym zapleczem stołowo – jedzeniowym i całym zastępem
Mongołów do obsługi. My, zdani jesteśmy tylko na siebie. Jedzie się
fatalnie. Po drodze „stuka” nam 1000 km łącznej jazdy rowerem po Mongolii.
Nic dziwnego, że jedzie nam się niezbyt dobrze. Jesteśmy po prostu już
bardzo wyczerpani całą trasą. A ostanie 250 kilometrów należało chyba do
najtrudniejszych, jakie kiedykolwiek przejechałam. I to pod każdym
względem: technicznym, fizycznym i psychicznym. W dodatku kończą nam się
już zapasy jedzenia, a po drodze nie mijamy żadnego ger-campu, w którym
można by coś kupić do spożycia. Myśląc tak o ger-campie przejeżdżamy
łącznie 30 km. Rozbijamy się tuż przy jeziorze, rozpalamy ognisko,
przyrządzamy ciepły posiłek z resztek kaszek błyskawicznych, musli oraz
gorących kubków. Do Chatgal pozostało jeszcze niecałe 50 km. Powinniśmy
dojechać tam jutro bez problemu, ale kto wie... Kto jest w stanie
przewidzieć, jakie czekają nas niespodzianki na drodze?
2 lipca 2005 – 54 km
Wyczołgujemy się
z namiotu ok. 8, czekamy aż słońce zacznie mocno świecić, aby wyschły
namioty. Noc była zimna, ale nie straszne to dla mojego śpiwora. Jak
zwykle rozpalamy ognisko, jemy ciepłe śniadanie i ok. 10 ruszamy w drogę.
Nawierzchnia drogi nie jest zła, choć momentami bardzo kamienista, więc
musimy prowadzić rowery. Nie możemy się już doczekać jakiegoś ger-campu po
drodze, żeby kupić sobie nasze przysmaki tj. mongolskie kruche ciastka
oraz jabłkowy napój gazowany, zwany przez nas jabcokiem – przebój tego
wyjazdu. Po około 20 kilometrach mamy wreszcie upragniony sklep w
ger-campie. Uzupełniamy zapasy, ale niestety nie ma jabcoka. Na progu
sklepu siadamy i jemy ciastka oraz kit-kety, które popijamy coca-colą.
Full wypas. Po chwili jedziemy już dalej. Mijamy coraz więcej turystów
głównie jadących konno z mongolskimi przewodnikami. Wkraczamy w rejony
mocno zagęszczone przez turystów. Trafiamy na festiwal Caatanów – ludu
wyznającego nadal szamanizm, zamieszkującego okolicę jeziora Chubsugul,
znanego też z hodowli reniferów. Przyglądamy się występom artystów i
straganom z rękodziełem. Idziemy też coś przekąsić mając nadzieję, że w
rejonie turystycznym będzie jedzenie przyrządzone bardziej po europejsku.
Oczywiście jest standardowo – z karty dań można zamówić tylko gulasz z
baraniny albo stek, a z zup – wyłącznie zupę wegetariańską. Zamawiamy
stek, zupę wegetariańską i herbatę z dżemem. Oczywiście zamiast steku
otrzymujemy gulasz z baraniny, w dodatku bardzo małą porcję, no i
oczywiście niczym nie doprawioną. W zupie wegetariańskiej pływają kawałki
baraniny. Przy takim obiedzie, herbata z dżemem porzeczkowym okazuje się
prawdziwym rarytasem. Za taki właśnie obiad płacimy, bagatela, 5100 T od
osoby. Opuszczamy festiwal Caatanów z dosłownym niesmakiem i przez
następnie 3 km podjeżdżamy pod stromą górę. Nie daję rady jechać do końca
i przez ostatni kilometr prowadzę z trudem rower, nie mogąc doczekać się
przełęczy. Mija mnie przedziwny samochód zapchany ludźmi. Coś w rodzaju
prototypu ciężarowego transformersa, zrobionego metodą chałupniczą.
Olbrzymie koła pojazdu świetnie radzą sobie z drogową nawierzchnią. Ludzie
w samochodzie machają do mnie, dziwiąc się widokiem rowerzystki. Takiego
cudaka – rumburaka (rumburakami nazywamy samochody marki UAZ, mijane na
naszej trasie) to ja tu jeszcze nie widziałam. Pcham rower dalej pod górę
i prawie bez życia osiągam przełęcz. Adam dojechał wcześniej, siedzi teraz
na pieńku i też ledwo dycha. Przed nami długi zjazd i już tylko 20 km do
Chatgal. Dojeżdżamy do miasteczka ok. 18. Jestem zawiedziona jego
wyglądem. Prezentuje się tak, jak każde miasteczko w Mongolii – drewniane
domy skryte za płotami, jedna ulica z ciągiem sklepów i nic więcej. Tylko
wiatr hula sypiąc piachem. Myślałam, że miasteczko, które jest bazą
wypadową nad jezioro Chubsugul, będzie bardziej cywilizowane. W sumie to
chyba dobrze, że nie odbiega od mongolskich standardów i zachowuje swój
naturalny klimat. Pamiętam, jak bardzo nie podobały mi się w krajach
arabskich ekskluzywne hotele z zamkniętymi plażami. Cóż można, mieszkając
w czymś takim, dowiedzieć się o kraju w którym się przebywa? Mongolia
nigdy, mam nadzieję, nie przestanie być sobą, o ile można użyć tego
sformułowania w tym kontekście.
W Chatgal
najpierw podjeżdżamy pod pocztę, aby dowiedzieć się czy jest internet.
Internetu nie ma, a więc maili nie będzie. Siedzimy na ławce i
zastanawiamy się, co dalej robić. Czy ruszać rowerem w kierunku Moron, do
którego mamy ok. 100 km, czy też szukać busa jadącego w kierunku Moron,
żeby szybciej przetransportować się do Ułan Bator, a stamtąd do Tereldż
– Parku Narodowego, leżącego na wschód od stolicy. Rozważając różne opcje
spostrzegamy nagle cudaka – rumburaka. Stoi przy ulicy ze sklepami, a jego
pasażerowie wylegli, żeby zrobić zakupy. Kobiety nabyły dużo wędzonych
ryb. Adam wpada na pomysł, aby zapytać się, czy jadą w kierunku Moron i
czy mogliby nas zabrać. Pukam się w głowę. Gdzie my mielibyśmy się tam
jeszcze zmieścić i to z dwoma rowerami? Ale Adam, jak to Adam, dla niego
nie ma rzeczy niemożliwych. Postępuje zgodnie ze swoja zasadą, tak przeze
mnie podziwianą: Spróbować zawsze warto. No i oczywiście, zgadzają się nas
zabrać. Jadą przez Moron do Erdenet. Pytamy o cenę. Sami nie wiedzą, ale w
końcu zgadzają się nas zabrać za łączną kwotę 10000 T. Ładujemy się do
cudaka – ramburaka przy czynnym udziale wszystkich pasażerów. Wszyscy mamy
przy tym niezły ubaw. Od razu widać, że pasażerowie pochodzą z miasta. Są
ubrani w zachodnią odzież, o ile to właściwe słowo, mówią trochę po
angielsku, znacznie lepiej po rosyjsku. W cudaku – rumburaku siedzenia
rozmieszczone są wokół przestrzeni ładunkowej, w środku zaś stoją beczki z
wodą, jakieś pudła, części bagaży, no i oczywiście leżą zakupione wędzone
ryby, które cuchną niemiłosiernie. Nasze rowery też stoją pośrodku.
Podczas jazdy cała wesoła grupa będzie je trzymać, aby nie katapultowały
się przez dach na wybojach. Szybko nawiązujemy kontakt. Okazuje się, że
trafiliśmy na wycieczkę inżynierów chemików automatycznych z Erdenetu. Są
tak sympatyczni i spragnieni wiedzy o nas, że aż żałuję, że tak
ograniczonym słownictwem dysponujemy w naszej konwersacji. Robimy sobie
wzajemnie zdjęcia i wymieniamy adresy mailowe, żeby zdjęcia sobie później
przesłać. O godzinie 21 jesteśmy już w Moron. Decydujemy się zakwaterować
w hotelu, w którym spaliśmy przed tygodniem. Tym razem mamy droższy pokój
– 20 USD, ale za to z prysznicem i o lepszym standardzie. Prysznic marzy
nam się już od kilku dni, zanim jednak pod niego wskoczymy, szybko
biegniemy na pocztę, aby sprawdzić czy jest jeszcze czynny internet.
Niestety, w soboty ( a dziś właśnie jest sobota) i niedziele internet jest
czynny tylko do 17. Próbujemy zamówić rozmowę telefoniczną z Polską, ale
telefonistka twierdzi, że mamy zły numer. Przed tygodniem dzwoniłam i
numer był dobry, dziś okazał się zły i koniec. Rozmowy nie będzie. Po
drodze do hotelu robimy zakupy – postanawiamy opić piwem ponad 1000 km
przejechanych dotychczas. Wstępujemy też do małej knajpki z szyldem w
rodzaju: „kuchnia mongolska i koreańska”. Zamawiam ryż z jajkiem sadzonym
i warzywami za 2500 T. No i wreszcie po trzech tygodniach jem w tym kraju
coś, co mi naprawdę smakuje. Danie składa się z dużej ilości warzyw
przyrządzonych na bardzo ostro. Z tym, że jest to oczywiście koreańska, a
nie mongolska potrawa. Pycha.
Pod prysznicem
woda zimna, ale i tak jest cudownie. Próbuje domyć stopy. Bezskutecznie.
Są w opłakanym stanie. Pijemy piwo, piszemy dzienniki (każdy własny), no i
oglądamy w TV nasz ulubiony kanał: „Living in Asia”. Planujemy w myślach
przyszłe wyprawy. To był bardzo ciekawy dzień, choć przybyło nam tylko 54
km.
3 lipca 2005 – 2 km
Wstajemy o
godzinie 8 i jemy hotelowe śniadanie. Tym razem jest zupa mleczna z ryżem
i grzanki z dżemem. Takie sobie w smaku, ale i tak lepsze niż poprzednie.
Opuszczamy hotel i jedziemy na dworzec, skąd odchodzą busy do Ułan Bator.
Busy oczywiście są, ale za cenę 60 000 T za nas dwoje i rowery na dachu.
Uznajemy, że to stanowczo za drogo. Chcemy wynegocjować cenę 40 000 lub
nawet 30 000 T. Czekamy aż kierowcy zmiękną. Idę do sklepu, a po powrocie
widzę, że Adam już rozładowuje sakwy z rowerów. Mówi, że dogadał się z
kierowcą na 30 000 T. Nie chce mi się w to wierzyć, ale Adam pokazuje w
zeszycie własnoręcznie zapisaną przez kierowcę cenę. Rzeczywiście napisał
30 000 T. O godzinie 10 jesteśmy już załadowani do busa. Rowery rękami
Adama misternie przymocowane do bagażnika dachowego. Kierowca informuje,
że wyjazd do Ułan Bator będzie dopiero o 14. Ok. wiemy, że to standard.
Mamy 4 godziny czekania. Rozkładamy się na siedzeniach i drzemiemy. O
godzinie 13 otrzymujemy informację, że wyjazd opóźni się ze względu na
małą ilość pasażerów i potrzebę oczekiwania na innych. Trudno, musimy
czekać i tak nie mamy wyjścia. Ok. godziny 18 wreszcie ruszamy. Niestety,
jeździmy 3 godziny tylko po Moron i zbieramy pasażerów. Samochód podjeżdża
pod płot, opisany jakoś w notesie kierowcy, poczym kierowca długo trąbi
klaksonem. Na kilkanaście takich podjazdów, mamy połowiczne sukcesy.
Zabieramy w sumie tylko 2 osoby. Reszta nie wychodzi na sygnał. Kilka
razy kierowca gubi drogę w tych płotach. Mamy wrażenie że to jakiś koszmar
– 3 godzinna jazda w kółko po Moron. W końcu ponownie zajeżdżamy na
dworzec. Jest prawie godzina 21. Wszyscy usadawiają się wygodnie i
wreszcie jedziemy. Niestety, tylko jakieś kilkaset metrów, po czym
kierowca prosi aby się przesiąść do innego (mniejszego) busa, który
pojedzie do Ułan Bator. Mało szlag nas nie trafia. Musimy wszystko
przenosić, rozplątać węzły na bagażniku dachowym i ponownie umieścić
rowery na bagażniku drugiego busa. To zajmuje Adamowi 20 minut. W tym
czasie pozostali pasażerowie zajmują sobie najlepsze miejsca w nowym busie.
Potem tylko podwozimy jedną dziewczynę, zabieramy chłopaka z 10 –letnim
bratem, tankujemy paliwo, no i w końcu, po blisko 12 godzinach czekania
opuszczamy Moron bez żalu. Już na wstępie podróży jesteśmy wykończeni.
Teraz środku gnieciemy się w busie jak sardynki. W pewnym momencie
dojeżdża do nas konno mężczyzna. Zdejmuje siodło, zostawia konia w stepie
i dosiada się do nas. Chryste ! Myślałam, że już tu się igły nie wciśnie,
a weszło jeszcze potężne chłopisko i to razem z siodłem. Podskakujemy pod
sufit, bo droga przypomina odcinki specjalne na rajdach terenowych
samochodów. Nie ma się czego trzymać. W dodatku jest bardzo duszno – unosi
się zapach jurty, zjełczałego sera i niepranych skarpet. Robi się ciemno,
pasażerowie zaczynają zasypiać, usiłując przybrać jak najwygodniejszą
pozycję. Co chwilę nam czyjeś nogi na moich nogach lub czyjąś głowę na
ramionach. Wszyscy się rozłożyli bez skrupułów, a my a Adamem siedzimy
zgięci w pałąk. Jest bardzo duszno. Adam krzyczy, że zaraz nie da rady i
po prostu zwymiotuje. Mnie tez nie jest za dobrze. W skrajnej desperacji
Adam po prostu rzuca się z tylu na bagaże. Ja po pewnym czasie idę w jego
ślady. Tu też nie jest zbyt wygodnie, bo bagaże i paczki są kanciaste i
nierówno ułożone, ale przynajmniej nikt nie wkłada w nos brudnych skarpet.
Wisimy tak na bagażach aż do rana. Przed świtem mamy jedna usterkę, ale
zostaje szybko naprawiona i ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Ułan Bator
relatywnie bardzo szybko – już po 18 godzinach jazdy. 700 km w 18 godzin –
to jak na warunki mongolskie bardzo dobry wynik. Czytałam relacje, w
których podróż na tej trasie trwała 40 godzin ze względu na ilość awarii.
4 lipca 2005 – 6 km
Nasz bagaż po
podróży wygląda bardzo zmitrężony, jednak i tak jesteśmy szczęśliwy, że
znów możemy wsiąść na rowery. Jedziemy do Chez Bernard, aby po wielu
dniach zjeść coś europejskiego, przygotowanego w czystych warunkach.
Zamawiamy omlet oraz sałatkę grecką i coca –colę do popicia. Pycha. Jem
tak łapczywie, że budzę spontaniczny śmiech Adama. Za te rarytasy płacimy
9 200 T od osoby, a więc tak jak za 9 posiłków w czasie naszej drogi. No
cóż, raz się żyje. Najedzeni jak bąki idziemy do internetowej kawiarenki.
Tam spędzamy blisko 2 godziny, nie mogąc nacieszyć się tą odrobiną
cywilizacji. Potem kupujemy szczegółowe mapy Parku Narodowego Tereldż,
robimy zakupy i kwaterujemy się w hostelu Backpackers, w którym
mieszkaliśmy już pierwszego dnia. Popijając przed snem mongolskie piwo
Ałtaj, planujemy następny dzień – zwiedzanie Ułan Bator.
5 lipca 2005 – 0 km
Dziś dzień
zwiedzania Ułan Bator. Zostawiamy rowery w hostelu i idziemy w miasto.
Najpierw udajemy się do kompleksu klasztornego Gandan, niewątpliwie
najbardziej znanej świątyni w Mongolii. Klasztor ten, jako jedyny w Ułan
Bator, funkcjonował w okresie komunizmu. Za wstęp płacimy 2 500 T. Za
możliwość robienia zdjęć wewnątrz trzeba zapłacić dodatkowo 5 500 T.
Najokazalszą, a zarazem najbardziej oryginalną w całym zespole
klasztornym, jest świątynia Migdżid Dżamrajsig ( 1911 –1913), o słynnym
już wyglądzie stanowiącym połączenie stylu tybetańskiego i chińskiego.
Wewnątrz świątyni podziwiamy 25 metrową figurę Dżamrajsiga
(wszechwidzącego). Oryginalny posąg zniszczyli komuniści w 1937 roku.
Figura, którą oglądamy dzisiaj, powstała zaledwie przed kilkoma laty.
Wokół figury młynki modlitewne, unosi się zapach kadzidełek. Wiele osób
wewnątrz, to turyści tak jak my, ale wiele też to po prostu wierni, dla
których wizyta w świątyni jest na pewno czymś więcej niż estetycznym
przeżyciem, jakim jest dla nas. Inne świątynie kompleksu są już mniej
okazałe, za to wiele się w nich dzieje. Są zapełnione wiernymi oraz
mnichami odmawiającymi mantry . W pozostałych świątyniach brakuje jednak
zapachu trociczek, tak potrzebnego i nieodłącznie związanego z buddyjskimi
świątyniami. Momentami czuję, że pachnie jurtą.
tyle by KOZA
|