www.milimetr.net BLOG z podróży

na razie to tylko przekopiowany blog, ale zapewniam: relacja mową wiązaną już się zaczęła tworzyć... już...

  BLOG  

TAJLANDIA

15-16/11/2008

BANGKOK

Zwiedzilysmy już całe lotnisko, udało się z niego na szczęście wydostać. Zwiedzilysmy cały hotel i też nam się udało z niego wydostać. Zatem zwiedzilysmy też praktycznie cały Bangkok, bo z powodu kremacji siostry króla atrakcje częściowo pozamykane, więc szybko idzie ;] .


No to sobie siedzimy na tajskiej kolacji (Aska je kuciaka na slodko-kwasno, Marta ananasa wypełnionego ryżem, a ja owoce z morza w mleku kokosowym i przyprawione "scierka", czyli trawą cytrynową, niestety) wymyślając gry-plan na jutro.
A pojutrze lecimy już do Kambodży o fantastycznie dramatycznie porannej godzinie.
Poza tym mamy rozedmę umysłową ;) i powazne problemy z poprawnym wysławianiem ale pozdrowić jeszcze umiemy więc póki zdążymy to PO-Z-DRA-WIAAA-MY
M&A&M
Ps. Aha! mam tatuaż z tygrysem!
Ps.2 właśnie zaczęło lać po tajsku - jest gorąco i wilgotno

.

17/11/2008

AYUTHAYA

17/11/2008

 Taaak dziś był miły dzień...

 Względnie już zaaklimatyzowane, wstałyśmy o normalnej dla ludzi 9 godzinie, wsiadłyśmy w tuk-tuka (ryksza na motorku) i za wynegocjonowane 80Bt (coraz lepiej nam wychodzą negocjacje) dostałyśmy się na dworzec

Bardzo mili panowie w żółtych ubrankach pomogli nam kupić tanie bilety (15 Bt czyli niecaly 1,5 PLN) na tani pociąg (bez klimatyzacji i numeracji miejsc) do AYUTHAYA - dawnej stolicy Tajlandii (gdzies między XIV-XIX wiekiem).Dziś to już tylko poszatkowane współczesną byle-jaką-zabudową kupki ruin (czyli to, co tygrysy (i siostry) lubią najbardziej ;)) porozzrzucane tu i tam po wyspie, świadczące o dawnej świetności miasta.

Fajny klimat w sumie. Choć inny styl i epoka to trochę nasuwa skojarzenia z villą Hadriana w Tivoli.

Zdecydowania Ayuthaya warta polecenia i relaksująca, Bangkok - nas ani nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ani również nie zirytował.

W zasadzie nie wywołał żadnych większych emocji.

I tak pobyt w Tajlandii dobiega końca, wieczór skracamy do minimum, bo jutro jedziemy nareszcie do Kambodży!

Ze względu na złodziejskie ceny monopolisty "Bangkok Airways", trochę zmieniamy plany i nie lecimy od razu do Siem Reap, lecz najpierw do Phnom Penh. W ogóle wygląda na to, że zweryfikujemy mocno trasę, kosztem Wietnamu - za to dłużej w Laosie....

Ale to niestety oznacza, że to by było tyle na dziś, bo pobudka o 4 rano (O,mamuniu! co ja robię!! nei lepiej było zostać w domu i pospać choć do tej 7-ej, hehehehe taka mała zlosliwostka ;))

Przeczytałyśmy wszystkie wpisy, ubawiłyśmy się, wzruszyłyśmy, odpowiemy następnym razem, no bo ta... rozedma... ;)

buziaki

M&A&M

a teraz galeria, ot,tak na żywca, bez specjalnego przebierania, cobyście poczuli choć namiastkę tego, co my :)

_________________________________________________________________________


KAMBODŻA

 

18/11/2008

KAMBODZAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!

Ze tak sobie zakrzykne radosnie za Ian'em Wright'em - moim ulubionym globtrekerem z Lonely Planet.

Bo tez i jestem w takim radosnym nastroju :)

Kambodza to byl glówny “pretekst” tej podrózy. I choc do najglówniejszego 'pretekstu' - Angkor Wat - jeszcze nie dotarlysmy, to juz sie czuje (doslownie o w przenosni) ducha wyprawy.

Prawdziwa, najprawdziwsza, uczciwie szczera (choc niekoniecznie w pojeciu europejskim ;]) Azja! Z jej klimatami, tak pogodowymi, jak spolecznymi (mowiac troche eufemistycznie). Niech sie Bangkok schowa!

Ale od poczatku: po dramatycznym powstaniu o 4 rano (sic!) odlecialysmy i dolecialysmy szczesliwie zlodziejskimi liniami "Bangkok Airways" (lot za 170 USD zakrawa na lekka przesade w tym rejonie. Ale ok, mamy malo czasu, trzeba bulic).

I wlasnie spedzamy pierwszy z 2 wieczorów w stolicy - Phnom Penh.

 

FAKTY Z DZIS, TU bylysmy, TO robilysmy:

- Wat Phnom, na wzgórzu Phnom, od imienia kobiety Phnom, do ktorej przyplynely figurki Buddy, wiec ufundowala swiatynia (wejscie: 1$)

- "malownicze" jezioro Boeng Kak, nad którym nie zrobilam praktycznie zadnego malowniczego zdjecia, bo przewodniki nie radza sie obnosic z bogactwem dziw, ze radzily sie w ogóle obnosic w tej okolicy) (wejscie za darmo, wyjscie tez)

- Psar Thmei - gówna hala targowwa - interesujaca kolonialna konstrukcja z ok. 1920r.

- Palac Królewski wraz ze "Srebrna Pagoda" - najwieksze wrazenie robi wlasnie ta pagoda, z jej podloga, wykonana z ponad 5000 plytek ze szczerego srebra (wejscie ok 6$)

- spacer "bulwarem" (w rozumieniu kambodzanskim) nadrzecznym, ze swietna khmerska kolacja i dodatkami ;) (ok 10$ na glowe)

Pierwsze wrazenia:

- jezdza PRAWA strona (Tajlandia byla kolonia brytyjska, Kambodza francuska)

- i co z tego, ze prawa! I tak sa wszedzie i nadjezdzaja zewszad!

Ale juz prawie umiemy sie miedzy nimi poruszac o przechodzic na druga strone

- wprawdzie to o Sajgonie wyczytalysmy, ze jezdzi tam ok. 3 milionów motorków, skuterków, motorowerków, ale w Phnom Penh zapewne tylko dlatego jest ich mniej, ze mieszka tu po prostu mniej ludzi (ok. 1mln). I chyba tylko niewiele mniej motorków.

Na marginesie: rezim Pol Pota doprowadzi? do 'uszczuplenia' ludnosci miasta z szacowanych w polowie lat 70-tych 3 milionów do zaledwie kilku tysiecy, glownie wojskowych, pod koniec!

- prawie nie ma taksówek (ponoc ze wzgledów bezpieczenstwa kierowców... ale to inny watek...moze... lepiej...) co tez jest sporym kontrastem w stosunku do Bangkoku z jego feeria wscieklych taksówkowych kolorków (intensywny róz, biskupi fiolecik, lazurowy turkusik, zólteczko z jajeczka wiejskiej kureczki)

- Zarcie! mniaaaaam! Ja nie wiem, o czym pisali tacy jedni na blogu, których przypadkiem znalazlysmy w necie, ze w Phnom Penh bylo tak strasznie gastronomicznie, ze aby nie umrzec z glodu jedli tylko fabryczne wiadra z lodami. Spróbowasysmy kuchni khmerskiej na bulwarze zachodzacego slonca, znaczy tfu! przyjazni, znaczy tfu! na nadrzecznym zwyklym ciagu komunikacyjnym (z jego milionem malych motorków z rurami wydechowymi prosto w nozdrza) i to bylo naprawde niezle! Zgodnie swierdzilysmy, ze najlepsze z tego, co dotychczas na tym wyjezdzie jadlysmy.

Zwracajac jednak troche honor tamtym jednym, mogli sie dac oszukac przewodnikom i zamieszkac (tak jak i my pierwotnie planowalysmy) nad "fantastycznym" jeziorem Boeng Kak, nad którym "zachody slonca sa rzekomo warte tysiecy tamtejszych moskitów".

Na szczescie w koncu tuk-tuk-driver przekonal nas do zamieszkania nad rzeka, ale wybralysmy sie na spacerek nad jezioro.... tiaaa... nie powiem, zeby byl to romantyczny spacerek, bo raz nie ten sklad osobowy ;), dwa - przypomnialy mi sie slowa Marzenki, wypowiedziane dawno dawno temu, gdy przemierzalysmy egpska dzielnice garncarzy: "tak musi wygladac rewolucja, tylko sie jeszcze strzelaja". Bez komentarza.

- chyba bysmy nie wiedizaly jak wygladaja lokalne pieniadze (Riel), gdyby nie to, ze czasami w sytuacjach absolutnego musu i koniecznosci wyzszej, dopelniaja nimi reszty. Poza tym wszystkie ceny w $$$ach i $$$ami mozna placic (w Tajlandii bylo to niedopuszczalne, tylko Bahty i Bahty)

- tani internet (0,5 $/hr) ale wooo o o oo o oo o o nyyy yyy yy y y y y niczym jeden z naszych kraników w guesthousie w Bangkoku (jak mib sie uda to za??cz? zdj?cie)

- ludzie uprzejmi i tu i tu, choc w Tajlandii wydawalo sie byc bezpieczniej, ale moze to tylko sila oddzialywania ostrzezen z przewodników. Tak bylo np. w Peru. Dalysmy sie zastraszyc poczatkowo dramatycznym alertom, a rzeczywistosc okazala sie duzo przyjemniejsza. Czyzby mscilo sie czytanie przewodników dla Amerykanów i WE?

 

19/11/2008

KAMBODZA – PHNOM PENH – Dzien Drugi (i ostatni)

To byl dzien bolesny!

Wiedzialam wczesniej, teraz sie utwierdzilam w przekonaniu, ze nie chce ogladac Oswiecimia!!!

I niech to wystarczy za komentarz na ten temat, nie potrafie i nie chce inaczej…

 

FAKTY Z DZIS, TU bylysmy, TO robilysmy:

Po porannej gimnastyce, znaczy tfu wrrrrroc!

Po porannej kawce w knajpce w koloniajnym stylu z bardzo wieloma bardzo roznej wielkosci karaluszkami, w tym z matka z zoltym, kuperkiem…

- Muzeum Ludobojstwa

Dawna szkola, ktora rezim Pol Pota zamienil w wiezienie S-21, a przede wszystkim miejsce tortur milionow ludzi! (3$)

- Pola Smierci – 15km pod miastem posrod uroczych zielonych pol i zapewne kiedys majatkow ziemnych miejsce gdzie usmiercano i grzebano w zbiorowych mogilach tych, ktorych nie zdolano zamordowac w S-21 (2 $)

- Muzeum Narodowe Kambodzy – w przewazajacej mierze lapidarium (3$)

Drugie wrazenia:

- Tuk-tuki w Kambodzy sa jak karoce (doczepiane kabiny do motorkow) w Tajlandii byly zintegrowane, niczym dawne inwalidzkie samochodziki

- Pomimo wszechobecnych spalin, wcale nie ma takiego smogu jak np. W Ulan Bator, czytaj da sie oddychac w weikszosci miejsc

- Pomimo goraca i wilgoci powietrze jest przejrzyste, a chmury miesiste I pieknie oswietlone

- No I te Magnolie! MAgnolie! MAgnolie!

Bardzo duzo, bardzo roznych, bardzo pieknych i ciagle kwitna, choc to przeciez listopad ;]

- No po prostu bardzo nam sie Kambodza podoba, anajlepsze dopieor przeciez przed nami!!!

Otoz wlasnie! Jutro rano ruszamy statkiem w rejs do Siem Reap!!!

Czyli tam, gdzie imperium Khmerow zbudowalo swoje najwieksze swiatynie m.in. slynny Angkor Wat

Ale to dopiero jutro…

A dzis zapraszam do nastepnej galerii zdjec

[gallery=6]

pozdrawiamy!

M&A&M

-----

ps. przepraszam, ze nei odpisuje na Wasze posty, ale po prostu chwilowo mi sie nie udaje. Zarobione jestesmy strasznie, a net chodzi, jak chodzi :(
Mam nadzieje, ze w Siem Reap bedzie lepiej, w koncu to miejsce mocno turystyczne, a i my moze troszke zwolnimy.

Ale czytam wszystkie Wasze wpisy z ogromna przyjemnoscia i wzruszneiem i rozbawieniem... i w ogole!

 

20/11/2008

PHNOM PENH - SIEM REAP

statkiem

po rzece

w zasadzie nie ma co opowiadac, bo statek prul, na decku wial zachodni wiatr, wiec wiekszodc czasu spedzilysmy w zalatujacej zgnilizna powierzchni pod pokladem ;]

Za to Siem Reap to kambodzanska stolica turystyki!

Hotele, knajpy, dyskoteki, sklepy (w tym calodobowe), tuk-tuki na kazdym rogu, przy kazdych drzwiach, pod kazda latarnia...

Ale na szczescie ciagle jeszcze okraszone klimatemb azjatyckim, pytanie jak dlugo, bo sadzac po ilosci turystow, miasto sie szybko wzbogaci i przeksztalci w centrum obslugi turysty, cos na ksztalt peruwianskiego Cuzco.

 

21/11/2008

I znow nas licho jakies podkusilo i sie wybralysmy ogladac wschod slonca nad Angkor Wat!

No wszystko pieknie, tyle ze pobudka o ktorej?

Tak, tak wlasnie! O 4-tej!!! Urlop co sie zowie!!!

O 5 wyjazd tuk-tukiem, zakup 3-dniowego biletu (40$) ze zdjeciem (urocze! jak to zwykle z kamerki internetowej ;]), a potem to juz zwiedzanie, fotografowanie, wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej swiatyni, zwiedzanie, fotografowanie, lazenie po kolejnych schodach, wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej swiatyni, zwiedzanie, fotografowanie, wchodzenie po kolejnych schodach, podziwianie, wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej swiatyni, zwiedzanie, fotografowanie, wchodzenie po kolejnych schodach, podziwianie, wlazenie, zlazenie,wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej swiatyni, zwiedzanie, fotografowanie, wchodzenie po kolejnych schodach, podziwianie, wlazenie, zlazenie, O! Budda! wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej swiatyni, zwiedzanie, fotografowanie...

No, troche tego bylo...

Jesli kogos nie interesuje - zrozumiem - ale ja to sobie sama musze uporzadkowac, bo jestem przekonana, ze juz jutro nie bede pamietac, co widzialam.

A wiec bylo w kolejnosci tak:

1.Angkor Wat - wlasnie ta! najwieksza khmerska swiatynia

2.Angkor Thom miasto - w tym swiatynie Bayon, Baphuon, palac krolewski ze sloniowa terasa

3.Chao Say Tevoda - jakos brak mi slow

4.Thommanon - ladnie omszala

5.Ta Keo - zeby zobaczyc swiatynie, trzeba sie konkretnie wspac po schodach - wspielysmy sie

6.Ta Prohm - to ta bardzo malownicza zarosnieta dzungla

7.Banteay Kdei - fajna, ale mocno rozchwiana

I tak jeszcze 2 dni! :]

Tych, ktorzy przetrwali wyliczanke bez zasniecia zapraszam do galerii, reszta na wlasna odpowiedzialnosc ;)

[gallery=7]

A na poniedzialek juz mamy bilety na lot do Laosu!

22-23/11/2008

Zegnamy Kambodze, ktora ma tylko 2 gwiazdy :(

Naprawde, na niebie codziennie widac tylko 2 gwiazdy, jedna pod druga...

[gallery=8]

_________________________________________________________________________


LAOS

 

SABAJDIIII

... czyli Dzien Dobry po laotansku

.

24-29/11/2008
Juz 5-ty dzien w Laosie i juz 5-ty dzien mam mieszane uczucia!
Laos jest bardziej azjatycki od tego, co dotychczas widzialysmy. Bardziej nawet niz Kambodza. Co ma swoje plusy ale jak to zwykle, i minusy.
Plusem jest niewatpliwie jego naturalnosc, pewna 'dzikosc', ta azjatyckosc wlasnie (dla ktorej przeceiz tu przyjechalysmy, zamiast na taka np. riviere za przeproszeniem francuska), ale niestety, to powoduje, ze brak konkurencji w branzy turystycznej winduje ceny dla bialych do momentami irracjonalnych poziomow!
A przeciez najdrozej mialo byc w Tajlandii... :(
Ale od poczatku...
---

24/11/2008
Milym, malym, lekko turbulentnogennym samolocikiem Lao Airlines wyladowalysmy na ciupenkim lotnisku w Pakse, na poludniu Laosu.
Nie takie byly plany, ale niestety wzgledy logistyczne nas troche przerosly i znalazlysmy sie w Laosie duzo szybciej niz planowalysmy, kosztem Wietnamu.
Pakse nie zdazylo nas zauroczyc (zreszta, jak przyszlosc pokazala, nie mialoby nawet czym) bo z predkoscia galopujacego Mekongu znalazlysmy sie na dworcu autobusowcym, gdzie z predkoscia galopujacego dwa razy szybciej Mekongu zostalysmy wsadzone do czegos, czego nazwy 'angielskiej' nie bylam w stanie wymowic. Czytajac przewodniki zastanawialysmy sie co to tez takiego jest ten "sawngthaew", wymieniany jednym tchem obok samolotow, statkow, autobusow i tuk-tukow. Teraz juz wiemy!
To jest wlasnie typowy "chicken-bus" - polciezarowka przerobiona na osobowy mini-autobus, z walizami na dachu, z zywym inwentarzem i martwa natura w srodku. Nam sie np. trafily 2 male swinki w workach, wydajace co jaki czas urocze 'kviiiiik'.
Takim wlasnie wehikulem, z przeprawa po droddze promem przez Mekong, dotarlysmy do Champasak.
Urocza wioska skladajaca sie z 1 ulicy wzdluz rzeki, paru hosteli (w tym naszego, prowadzonego przez niezwykle entuzjastycznie nastawionego do zycia Laotanczyka) i ruin dawnej swiatyni, w poblizu..
Takie ich male malusienkie (naprawde tyci, ale w Laosie zdaje sie w ogole niewiele sie zachowalo) Angkor Wat

.

[gallery=9]

.

25/11/2008
Champasak - Pakse -
Vientiane

Pakse... taaa.. czy juz mowilam, ze tam nic nie ma?
Jak mowie nic, to NIC! NICHTS! NOTHING! NULLO! NIENTE! NICZIEWO!!!
(ciekawe, czy we wszsytkich jezykach swiata slowo 'nic' zaczyna sie na 'N')
Tak tez i spedzilysmy ten dzien w oczekiwaniu na wieczorny autobusdo Vientiane: robiac bardzo wiele 'N'
A o godzinie 20.00 ruszylysmy na polnoc tzw. VIP-busem (slowo VIP oznacza kolor rozowy w kwiatki na zewnatrz i lodowata klime wewnatrz, no i oczywiscie wyzsza cene, niz autobus zwykly, pospolity, ordynarny) i juz po 10 godzinach....

-

26/11/2008
.... wysiadlysmy w Vientiane.
Nie wiem czy jestem  w stanie cos opowiedziec o Vientiane, bo noc spedzona w autobusie wplynela na mnie tak nieprawdopodobnie pozytywnie, ze nawet zapomnialam przyjac kolejnej dawki Malarone!! Pomimo, ze specjalnie w tym celu usiadlysmy, zgodnie z instrukcja skonsumowalysmy przekaska, popilysmy woda, tyle ze.... ja nie wzielam tabletki :]
No to taki wlasnie mam odbior Vientiane - stolicy Laosu.
Choc niewykluczone, ze i bez zmeczenia nie bylby lepszy, bo tez i miasto nie zachwyca niczym specjalnym.
Dwie zaliczone atrakcje to Pomnik Zwyciestwa - ichniejsza odpoweidz na paryski Luk Triumfalny oraz taka jedna bardzo ale to bardzo zlota swiatynie That Luang - najswietsze miejsce laotanskeigo buddyzmu.
Za to wieczorem zdarzylo nam sie pare milych akcentow, w postaci spotkania kilku sympatycznych ludzi, jak chocby, 2 wyluzowanych Wlochow Dario&Fabio, czy Nowojorczyk, z pochodzenia Wegier, w typie "po spedzeniu 7 lat w Tybecie...", ktorego spotykalysmy przez caly dzien, grajacego swietnie na gitarze, w przedziwnych chwilami miejscach (np. w pralni).

.

[gallery=10]

.

27/11/2008

I znow bladym switem, w mysl zasady: lepiej zdazyc, niz sie spoznic, udalysmy sie na dworzec autobusowy, wsiadlysmy w autobus i autobusem przejechalysmy 10h kreta, gorska droga (tiaaa... kto jezdzil z szalonymi kierowcami autobusow np. w Bieszczadach, to moze sobie wyobrazic)na polnoc Laosu do Ponsavanh.
Dziura Ponsavanh! W zasadzie nie spodziewalysmy sie niczego lepszego, ale tez nie przypuszczalysmy, ze beda takie problemy z noclegiem! Byly!
W koncu zdesperowane wyladowalysmy w spelunie za grosze! Na szczescie idac na jedzenie znalazlysmy cos duzo lepszego (szczerze powiedziwszy: najbardziej eksluzywny nocleg tego wyjazdu, poki co...) i do tego ze sniadankiem.
W Polnocnym Laosie jest zimno!
Jak mowie zimno, to mysle zimno!
Jest NAPRAWDE zimno!
Temperatura wieczorem spada do okolo 10 stopni!
Ja wiem, ze Warszawie jakies minusy lataja, ale my sie tu przyzwyczailysmy do odczuwalnych 40!!!
Za to zjadlysmy bardzo dobra kolacyjke! Po raz pierwszyw Laosie (jak na razie najbardziej nam smakowalo w Kambodzy), a kiedy sie juz tak nachwalilysmy i do siebie i do wlascicieli, to sie okazalo, ze to byla rodzinna knajpa wietnamska i takiez jedzenie!

Tak wiec pierwsze wrazenia z Ponsavanh: ciemno, zimno, siermieznie, o 22.00 wszystko zamkniete. Dobrze, ze chociaz troche pradu jest (choc byly przerwy!), bo w mijanych po drodze wioskach palily sie tylko ogniska...

---

28/11/2008
Ponsavanh - dzien 2
Plain of Jars - czyli nasz glowny cel przyjazdu tutaj.

Wrazenia wieczorne na temat miasteczka sie potwierdzily, tyle ze bylo widniej i ciut cieplej.
Za to oczom naszym ukazala sie malownicza gorska okolica. Usiana tym, po co tu przyjechalysmy: starymi kamiennymi garnkami. Nikt za bardzo nie wie co to bylo, po co to bylo, ani kto to stworzyl. Ale najczesciej powtarzana 'oficjalna' wersja glosi, ze garnki (najwiekszy ma ok 3m) wytworzyla jakas megalityczna cywilizacja, ok. 2 tysiace lat temu, jako urny grobowe.
Obejrzalysmy 3 takie skupiska (jedyne 3 udostepnione do zwiedzania, sposrod 136) oraz na dokladke proces wytwarzania 'whisky' z ryzu (bimber, prosze panstwa, po prostu bimber)oraz pozostalosci rosyjskiego czolgu.
Caly rejon jest zreszta usiany roznymi wojennymi pozostalosciami, w tym wieloma niewybuchami! Uwaza sie, ze ta okolica jest najbardziej na ziemi zbombardowanym miejscem, z czego 30% nie wybuchlo!!! Slady wojny widac zarowno w krajobrazie: liczne leje po bombach, poszarpane gory... jak i w 'architekturze' - miejsowa ludnosc potrafi wykorzystac np. resztki bomb jako ogrodzenie, czy kolumny na ganku
Smutne miejsce...
Mialysmy jechac jeszcze dalej na polnoc, ogladac jakies megality i jaskinie-kryjowki Pathet Lao, ale znow wzgledy czasowo-logistyczno-finansowe zmienily nasze plany.
Uciekamy stad na zachod, w niziny, do Luang Prabang - ponoc najpiekniejszego miasta Laosu.
I znow 10h w autobusie - czy wszystkie autobusy w Laosie jezdza zawsze 10 godzin?!

[gallery=11]

.

29/11/2008

Jedziemy do Luang Prabang...

[gallery=12]

.

dojechalysmy! I juz po 2 godzinkach lazenia po uroczym miescie (wpisanym na liste dziedzictwa swiatowego UNESCO) znalazlysmy nareszcie sensowny pokoj za sensowna cene.

Nastepna relacja keidys tam hurtem z LP

------------

29/11-03/12/2008

Luang Prabang

Niewielkie miasteczko u ujscia Nam Khan do Mekongu, wpisane na liste Dziedzictwa Swiatowego UNESCO, dawna stolica krolestwa Lane Xang, ze swoimi licznymi swiatyniami (ponoc w XVIII wieku bylo ich ponad 65), francuskimi, kolonialnami fasadami z lat 20-30-tych, waskimi, ciasno zabudowanymi uliczkami, knajpkami, sklepikami, kramikami, hotelikami... zauracza!

Zauracza, ale nijak nie daje sie sfotografowac!!!

Za ciasno, za wasko, za tloczno...

A moze to mi braklo weny?

Tak czy siak, zbyt wielu zdjec nie bedzie!

.

Spedzilysmy tu 3 pelne dni i kawalek (pierwszego wieczora nei licze, bo bylysmy skoncentrowane na szukaniu kwatery! Znowu! Ciekawe jak bedzie w Hanoi), troche zwiedzajac, troche sie obijajac, troche szwendajac bez celu, w kazdym razie udalo nam sie nadgonic braki w wyspaniu.

.

Ogolna konstatacja n.t. lokalnej ludnosci: 10% - Laotanczycy, 10% - Azjaci innych narodowosci, 90% - biali, narodowosci wszelakiej; obowiazujacy jezyk - angielski; rozpietosc wiekowa i portfelowa turystow - ogromna: od postrzepionych globtroterow, poprzez zarosnietych "ksiegowych na wakacjach" (okreslenei Marty), az po geriatryczne klimatyzowane grupy zorganizowane. Nie powiem w ktorej grupie my jestesmy i bez zlosliwosci, prosze! ;)

.

A po kolei bylo to tak:

.

30/11/2008

Najpierw wdrapalysmy sie na gore Phoussi, zeby sobie zrobic oglad i wyrobic poglad na miasto.

Wyglad bylby niezly, gdyby nie te drzewa, ktore wiele zaslanial i nie pozwolily zrobic dobrego lotniczego zdjecia. Slowo "lotniczy" ma tu, wbrew pozorom, wiele sensu, bo jak przy okazji okazalo, lotnisko lezy w zasadzie w miescie, a samoloty podchodzace do ladowania znajduje sia juz tylko nieznacznie wyzej niz szczyt tejze gorki.

.

Po poludniu, twardo wynegocjowanym tuk-tukiem, udalysmy sie 25km za miasto, ogladac wodospad Kwang Si. Rowniez urocze, piknikowe miejsce. Najbardziej zabawne bylo przedzieranie sie ponad wodospadem, przez dzungle, na 2-ga strone rzeki...

W poblizu wodospadu znajduje sie takze 'schronisko' dla misiow, uratowanych z lap handlarzy. Byla takze tygrysica, ale niestety w marcu 2008 odeszla z tego padolu :(

---

01/12/2008

Jaskinie Pak Ou.

Ok 2 godzin plynelysmy w gore rzeki taka ich prawdziwa, najprawdziwsza waska dluga drewniana lodeczka (juz samo plyniecie bylo fajnym doswiadczeniem), zeby obejrzec dwie niewielkie jaskinie, w ktorych znajduja sie tysiace drewnianych i zlotych posazkow Buddy.

.

Palac Krolewski

Nieczynny. A wlasciwie zamieniony pod koniec lat 70-tych, w czasach rzadow Pathet Lao, na Muzeum Narodowe (i pod taka nazwa oficjalnie funkjonuje), po tym jak cala rodzine krolewska wywieziono na polnoc, gdzie wszyscy zmarli z glodu!

Najciekawszym miejscem w muzeum okazala sie sala audiencyjna krolowej, w ktorej zebrano kolekcje przeroznych oficjalnych prezentow panstwowych. Niezapomniane wrazenie wywarl nas miniaturowy plastikowy model Apollo 11 (o ile nie myle nazw i numerko, ale tak,chodiz o ten wlasnie z ksiezyca) - dar od prezydenta Nixona. A takze, a nawet bardziej, dar z Polski: malusia replika "Szczerbca", szczerbczyk taki, szczerbus, szczerbunio malunio... No, mozecie sobie wyobrazic nasza radosc! ;D

---

02/12/2008

taaak, to byl lajtowy dzien. Z zadan obowiazkowych "zaliczylysmy" mikroskopowe Centrum Tradycyjnej Sztuki i Etnologii, ladne, ale ktorego nazwe moznaby spokojnie zamienic na Centrumik Ubranek Ludowych, bo w zasadzie poza odzieza niczego w tych niewielkich 2 salkach nie bylo.

A potem to juz tylko sobie lazilysmy, lazilysmy, lazilysmy... i probowalysmy sie zmierzyc z tematem: Luang Prabang a Sprawa Ujecia Obiektywem.

Nie wiem jak siostry, ale ja bez specjalnego sukcesu.

---

03/12/2008

A dzis lecimy do HANOI - ostatniego miejsca w naszej troszke inaczej zaplanowanej, ale tak wyszlo jak wyszlo, podrozy.

Siedzimy na sniadanku w jedynej knajpie w miescie, ktora ma wi-fi i probujemy udowodnic, ze to wi-fi dziala, i ze na pewno nam sie uda wyslac poczte, sprawdzic dostepnosc hoteli i zaladowac galerie na bloga!!!

Jesli to czytacie, to znaczy, ze wygralysmy!

.

[gallery=13]

  

_________________________________________________________________________


WIETNAM

 

jesli dzis poniedzialek to jeszcze troche jestesmy w Wietnamie

04-05/12/2008

HANOI

Od razu na marginesie ogolna rada dla wszsytkich, ktorzy ewentualnie chcieliby sie wybrac w ten rejon swiata i korzystali ze zbiorczych przewodnikow (czy to Lonely Planet czy Footprint): nie idzcie do hoteli/hosteli, ktore tam wymieniaja. Wszystko to jakas wtopa! Wszedzie tak tu mialysmy!
Trzeba po prostu wysiasc w jakiejs wzglednie centralnej okolicy np. w Starej Dzielnicy Hanoi i sobie pochodzic przez chwilke, tu akurat co chwila jest jakas norka do spania ;).
Wiem, co mowie, bo za rada przewodnika wyladowalysmy w obskurnej norze, ale ze juz bylo dosc pozno, jedna noc przetrwalysmy, za to z samego rana, tuz obok znalazlysmy norke calkiem przyjazna, do tego z wzglednie dzialajacym internetem :).
Za to nie dzialaja komorki. Zadne. Nigdzie. Widac w 89' skonczyla sie gospodarcza przyjazn Polsko-Wietnamska.
No, ale mamy przynajmniej widok z okna! A w poprzednim hostelu nie bylo. Okna. Nie bylo.
To w sumie czesty azjatycki przypadek hostelowy.
Za to woda cieknie z takim cisnieniem, jakbysmy mieszkaly na 40 pietrze, a pompowal ja recznie niedozywiony Wietnamczyk w slomkowym kapeluszu.
Ale fajnie sie nazywaja tutejsze pieniadze. Najlatwiej nam zapamietac nazwe poprzez zestawienie ding-dang-DONG.
Za to sos z gnijacych 7-miesiacy krewetek po prostu nie potrzebuje rekomendacji!

HANOI
chyba wiele racji jest w tym co pisza, ze w Hanoi nie ma zabytkow, czy jakichs extra interesujacych miejsc wartych zwiedzania, za to urok miasta odkrywa sie po prostu szwendajac sie po nim z wiekszym lub mniejszym celem, lub zgola zupelnie bez.
Juz samo 'szwendanie' jest zajeciem wielce zajmujacym, bo naprawde, ale to naprawde, bardzo trzeba uwazac na wszsytko co przejezdza, przechodzi, przemyka, tarasuje, blokuje i podcina nogi. Cale szczescie, ze to juz nasz 4-ty kraj w tej azjatyckiej wyprawie, bo gdybysmy tak prosto z Polski probowaly przejsc przez ulice w Hanoi, to pewnie bysmy caly czas staly w rynsztoku (tak, tak, maja tu bardzo ladnie wypasione rynsztoki i jest to jedyne miejsce, gdzie pieszy moze sie czuc u siebie, nic tu raczej nie wjedzie, a jest miejsce w przeciwienstwie do chodnikow) lub w najlepszym wypadku chodzily w kolko!
Taaak, ruch uliczny Hanoi jest zajmujaco-hipnotyzujacy ;)

HANOI
ale jakies atrakcje jednak zaliczylysmy:
1. zmiana hostelu ;)
2. sniadanko za ciezka kase z widokiem na centralne jeziorko Hoan Kiem
3. katedra sw.Jozefa - zamknieta i na wszelki wypadek obmurowana zasiekami
4. Swiatynia Literatury (Van Mieu Pagoda), czyli konfucjanski uniwersytet, zalozona w 1070r.
5. Muzeum Ho Chi Minh'a - z zewnatrz
6. Mauzoleum Ho CHi Minh'a - z zewnatrz
7. Pagoda 1-filarowa (Chua Mot Cot)
8. Pomnik tow.Lenina, w skateparku
9. spiworki na ulicy jedwabnej
10. swiatynka Ngoc Son na jeziorze Hoan Kiem
11. tzw.dzielnica francuska; ani ona francuska ani wietnamska
12. Budynek opery z poczatku XX w - zamkniety
13. Muzeum Historii Wietnamu
14. 1h performance o zolwiu i mieczu w Wodnym Teatrze Kukielkowym
15. no i to szwendanie, lazenie, spacerowanie, konczynami przebieranie... wymijanie, unikanie, wymuszanie...
.
a pare pierwszych zdjec tu:

[gallery=14]

---

06/12/2008

Wyprawa do zatoki Ha Long, gdzie  skaly wapienne wystaja malowniczo z wody, a pomiedzy nimi przesmykuja sie setki drewnianych lodzi, a na kazdej po kilkudziesieciu turystow.

Ha Long - Urocze miejsce

Zapewne...

Nam wyszlo troche inaczej :(

Mialo byc slonce - nie bylo!

Mialysmy sie opalac na decku - siedzialysmy w polarach pod spodem!

Miala byc mila podroz za miasto - okazala sie meczaca droga z tragicznymi atrakcjami po drodze, utwierdzajacymi nas w przekonaniu ze jazda motorkiem po Wietnamie nalezy do sportow zdecydowanie ekstremalnych!

Byla za to ladna jaskinia, ale tak upstrzona kolorowymi swiatelkami, jakby sie stado slepych papug rozbryzgalo na scianach ;]

A poza tym bylo milo... :)

:

[gallery=15]

---

07/12/2008

HANOI

Luzny dzien spacerowo-knajpowo-zakupowy...

stad i zdjecia takie... "obyczajowe" raczej...

Zjadlysmy sniadanko, spotkalysmy sie z Adamem, polazilismy, zjedlismy pierozka, polazilismy, wypilismy piwko, polazilismy po schodach, zagryzlismy pestkami,wypilismy piwko... kolacyjka... spacerek... zakupy.. spacerek... pakowanie! Najbardziej zajmujacym zajeciem dnia okazalo jedzenie twardych, czerwonych pestek czegos podobnego do dyni. Latwo nie bylo!

Absolutny hit-news dnia:krewetki rosna na polach!!! Naprawde!! Morze sie nie wyrabia z produkcja, trzeba mu pomoc.

Klasyka morskiej owocowosci jest hodowana na polach i juz! Jak karpie!

Hmmm... ciekawe czy by sie u nas nie przyjelo...

Pomysl na biznes?

a tu, tych pare obyczajowych fotek:

:

[gallery=16]

---

08/12/2008

spakowana, na walizkach, czekam na dziewczyny piszac te slowa.

no bo, psze panstwa, to juz koniec naszej wycieczki!

Zaraz pojdziemy na sniadanko, spacerek, piwko, spacerek, przekaska... ;)

no, w kazdym razie do wylotu mamy jeszcze mamy pare godzin,trzeba je jakos zagospodarowac, a potem juz tylko doba z hakiem i DOM! :)

Dom z wanna!!!! :D

pozdrawiam w imieniu wlasnym i Siostr

do zobaczenia niebawem

M&A&M

 

 


Każda podróż zaczyna się  od pierwszego białego wina         (tu w samolocie na trasie Amsterdam-Bangkok, a może         to było jeszcze Warszawa-Amsterdam? hmm...)

  TAJLANDIA

 

   
  KAMBODŻA
  KAMBODŻA - Angkor
  LAOS
   
   
   
   
  WIETNAM