Wyprawa w krainę Wielkiego Pomarańczowego Mekongu,

Khmerów (już/znów nie czerwonych)...

moskitów (na szczęście nie jadowitych)...

i zagubionych (i odnalezionych) świątyń...

 

14/11/2008-08/12/2008

nasza trasa pokonana trochę inaczej niż w pierwotnych planach

 

 

wiza do Tajlandii:

wiza do Kambodży:

wiza do Laosu:

 

Jakimś takim zrządzeniem losu wichry dziejów znów zaprowadziły nas do Azji…

Te „wichry dziejów” to tak naprawdę rotacyjna wymiana pomysłów na spędzenie kolejnych wakacji.

Zaczęło się od mojej propozycji wyskoku do Mongolii (2005), na co Siostry zareagowały Chinami (2006),  no to ja rzuciłam Peru (2007), to tym razem skończyło się na szeroko rozumianym dorzeczu Mekongu (2008)

A tak naprawdę głównym pretekstem, bodźcem, bohaterem, clue i inspiracją wyjazdu były imponujące świątynie Khmerów w obrębie Angor w Kambodży.

To chciałyśmy zobaczyć koniecznie, niezbędnie, bezsprzecznie!

Reszta -Bangkok i okolice, Laos, Wietnam - była bardziej lub mniej trafnie dobranym dodatkiem.

 

                  Ogólnie nasza wyprawa wyglądała tak:

                                                                         lub tak: 

 

 2008/11/14-2008/11/15          Warszawa-Amsterdam   12h   Bangkok

2008/11/15-2008/11/17          Tajlandia:     Bangkok, Ayuthaya

2008/11/18-2008/11/23          Kambodża:  Phnom Penh, Siem Reap/Angor

2008/11/24-2008/12/03          Laos:           Pakse, Champasak, Vientiane, Phonsavanh, Luang Prabang

2008/12/03-2008/12/08          Wietnam:     Hanoi, Ha Long

2008/12/08                             Hanoi   (Bangkok) 16h   Paryż-Warszawa

I tu od razu nasuwa się podstawowe spostrzeżenie i uwaga ogólna: gdybym miała jeszcze raz planować taką podróż, w tak krótkim czasie, zdecydowanie nie łączyłabym dwóch obszarów kulturowych!

Zostawiłabym Wietnam raczej na odrębny wypad, np. połączony z południowymi Chinami, a w kulturę khmerską włączyłabym Birmę. Czyli, więcej sensu, moim zdaniem, miałby wypad np. taki: Bangkok-Kambodża-Laos-Birma-Bangkok. No, ale… trudno… my zrobiłyśmy to tak:

PRZELOT:

KLM/Air France PLN 4.040,-

 

 

 

WIZY:  

Ambasada Królestwa Tajlandii
ul.Willowa 7
00-790 Warszawa
Wydział Konsularny
tel.: (0-22) 849 26 55
fax: (0-22) 849 26 30

thaiemb@thaiemb.internetdsl.pl

PLN 100,-

 

Ambasada Królestwa Kambodży
ul. Drezdeńska 3
03-969 Warszawa
tel. 616 52 31
fax: 616 18 36
royalembassyofcambodia@neostrada.pl

PLN 85,-

 

Ambasada Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej

ul Usypiskowa 8
tel. 022 668 66 99
fax 022 668 66 90

    PLN 70,-

14-go dnia listopada roku 2008

wiza do Wietnamu:

 

 

Każda podróż zaczyna się

od...

 pierwszego białego wina... tu w samolocie na trasie Amsterdam-Bangkok,

a może   to było jeszcze Warszawa-Amsterdam?  hmm...

 

Po obiadku, po pracy, po kilku miesiącach przygotowań, po przestawieniu zegara na blogu, aby odmierzał już czas do powrotu, po wydrukowaniu z Internetu kilkudziesięciu stron dziennika z czyjejś wyprawy po Azji, celem przeczytania go w samolocie, po czym po niezabraniu go z biura w ferworze zamykania ostatnich tematów, udałam się na lotnisko, gdzie po spotkaniu z siostrami Aśką i Martą  i po przeleceniu z Warszawy do Amsterdamu, po skosztowaniu pierwszego winka, do tego nomen omen andyjskiego! (ach to Peru…), wsiadłyśmy w nasz główny samolot, którym nareszcie udałyśmy się w dłuuuuuuuuuuugą podróż do Bangkoku.

Taaak….                                     “I spy with my little eye…

something beginning with S       -  SKY

... something beginning with C  -  CLOUDS”

Kto leciał kiedyś na tak długiej trasie, ten doskonale zrozumie “chłopców” z Monty Pytona:

CHŁOPCY Z MONTY PYTHONA CHŁOPCY Z MONTY PYTHONA CHŁOPCY Z MONTY PYTHONA

 per analogiam do powyższego oraz w wolnym i swobodnym (niczym jeździec) moim tłumaczeniu, lot wyglądał mniej więcej tak:

patrzę i widzę coś…    …na literkę N             -          NIEBO

                                   …na literkę C              -          CHMURY

                                   …na literkę S              -          STEWARDESSA (ups! Sorki! STEWARD)

                                   …na literkę J               -          JEDZENIE

                                   …na literkę P              -          PICIE

 T- TOALETA, S-STEWARDESSA (z korytarza obok), TV-TELEWIZOREK pod sufitem, TIP - TŁUM INNYCH PASAŻERÓW, korytarz, fotel, zagłówek, jeszcze więcej zagłówków, drinków, stewardess, pasażerów, chmur itp. itd. itp.

 

Ambasada Socjalistycznej Republiki Wietnamu
ul. Resorowa 36, 02-956 Warszawa
tel. (0-22) 651 60 98
fax: (0-22) 651 60 95
e-mail: office@ambasadawietnamu.org
Internet:
www.ambasadawietnamu.org

 PLN 150,- dwukrotna

 

 

ZDRÓWKO:

dobrze mieć szczepienia: 

WZW A+B,

tężec, polio, błonica,

dur brzuszny

Apteczka:

to co zawsze w podróży, z naciskiem na problemy żołądkowe, spraye przeciw-moskitowe oraz Malarone – tabletki przeciwmalaryczne (120 PLN/opakowanie, nam wyszły po 2 na głowę)

ale od razu lojalnie uprzedzam: ja się czułam po tych tabletkach bardzo, bardzo źle...

ale też fakt: żadna z nas malarii nie złapała, być może coś za coś...

 

TAJLANDIA TAJLANDIA FOTKI TAJLANDIA FOTKI Z TAJLANDII POKAZUJĘ TAJLANDIA TAK TU WŁAŚNIE TAJLANDIA FOTO TAK!

15/11/2008 lotnisko Suvarnabhumi & Bangkok by Night

Bangkok   plan miasta

 

 

 

 

Krótko po południu czasu lokalnego (6h +) doleciałyśmy nareszcie do Bangkoku.

 I znów w myśl idei wytrawnego globtroterstwa: pierwszy ruch do wykonania to zabezpieczenie wydostanie się z miejsca, które się dopiero, co osiągnęło.

Co w przypadku Bangkoku i w świetle wydarzeń, które nastąpiły tuż po naszym wylocie (przypomnę:  2-tygodniowy strajk i zamknięte lotnisko) jest szczególnie istotne!

Ale to nastąpiło dopiero kilka dni później, my jeszcze zupełnie bezstresowo próbowałyśmy sobie załatwić przelot do Siem Reap w Kambodży.

I tu rozczarowanie! Loty do Siem Reap okazały się droższe, niż sądziłyśmy, więc się na nie obraziłyśmy    i po raz pierwszy (jak się okazało nie ostatni w tej wyprawie) zmieniłyśmy trasę…

Kupiłyśmy lot do Phnom Penh na 18/11/2008

Teraz pozostało już tylko się wydostać z lotniska….

Normalnie nie powinno być z tym większych kłopotów, bo z lotniska do centrum (starego miasta) kursuje regularny autobus. Normalnie - tak…

Niestety, akurat na nasz pobyt w Bangkoku (nie chcę powiedzieć, że z okazji naszego przylotu) przypadły uroczystości kremacji siostry króla. Co zaskutkowało zamknięciem dużej części Starego Miasta dla ruchu kołowego! W związku z tym, nie znając miasta, do tego wyposażone w dość pokaźne plecaki, wymęczone podróżą, postanowiłyśmy wziąć taksówkę (należy najpierw stoczyć walkę z tłumem chętnym wcisnąć taksówkę, hotel, hotel z taksówką, taksówkę do jakiegoś hotelu, z którego dostają kaskę… i koniecznie się targować!!!), która dowiozła nas w najbliższe (czy może najdalsze?) możliwe miejsce.

 W zasadzie wylądowałyśmy na rogatkach Starego Miasta, po przejściu jakiegoś trudnego do określenia szmatu drogi (który dzień później, po wyspaniu i bez plecaka okazał się rzutem beretem), przypadkiem znalazłyśmy sympatyczny, niedrogi i całkiem fajnie dizajnersko urządzony hostelik  (jak życie i przyszłość pokazała, był to najmilszy nocleg całego wyjazdu) „Diamond Guesthouse”.

 Stąd już naprawdę rzut beretem (legenda: rzut beretem = 5min. spacerkiem) do słynnej ulicy Bangkoku Khao San Road, na której można kupić zapewne wszystko, co można kupić w Bangkoku. Od lewych praw jazdy, a na tajskich dziewczynkach skończywszy. Poprzez naturalnie: żarcie, picie, koszulki            z napisem „I love Coś Tam” i inne, znane ze wszystkich miejsc na ziemi, ot, choćby rękawki w tatuaż       z tygrysem!

W zasadzie to by było na tyle tego dnia, bo wiele nie zauważyłyśmy, nie dosłyszałyśmy,                         nie zobaczyłyśmy, w ogóle percepcja nam mocno siadła, jak to zwykle po długim locie….

 

 

WALUTA:

Baht (1 $ = ca. 34 BT

dla ułatwienia dzieliłyśmy wszystko przez 10 i miałyśmy orientacyjną cenę w PLN)

 

 

NOCLEG:

“Diamond House”

4 Samsen Road, Banglampoo, Phranakorn, Bangkok 10200, Thailand

Telephone: (662) 629 - 4008
FAX: (662) 629 - 4009    

http://www.thaidiamondhouse.com

E-mail: info@thaidiamondhouse.com

 

superior room - 1200 Bt

de luxe - 1600 Bt

internet 30Bt/hr WI-FI

 

 

ATRAKCJE:

           WAT PHO      50 BT

           WAT ARUN     50 BT

           AYUTHAYA     30 BT/1 Wat

 

Za to 16/11/2008 Bangkok by Day

piwo tygrysie:

 

piwo lwie:

 

piwo słoniowe:

 

piwo końskie:

 

piwo smocze:

 

 

W zasadzie dzięki (z powodu, w wyniku, na skutek) kremacji siostry w jeden dzień zwiedziłyśmy praktycznie całe miasto, bo atrakcje turystyczne były częściowo pozamykane, więc szybko poszło ;] .

 BYŁYŚMY TU, ROBIŁYŚMY TO:

 - pałac królewski – widziałyśmy tylko z zewnątrz, bo był zamknięty z powodu żałoby

 - pzed nim wielki plac- tradycyjne miejsce kremacji królów (na samą kremację się nie ‘załapałyśmy’,    no bo to latanie, niewyspanie, jetlagi itp…

 - WAT PHO (lub inaczej Wat Phra Chetuphon)  - największa, zbudowana w 1781r., świątynia Bangkoku, kryje olbrzymi posąg Odpoczywającego Buddy (ze stopami inkrustowanymi macicą perłową!) oraz serię wmurowanych tablic kamiennych, na których Rama III nakazał wyryć inskrypcje   n.t. tradycyjnego masażu tajskiego

 Tu miałyśmy miłe spotkanie z dwójką przesympatycznych turystów z Namibii, którzy gorąco zapraszali     do spędzenia przyszłorocznych wakacji w Namibii właśnie. Przy okazji podzielili się praktyczną, jakże cenna wagą: w Namibii należy sobie wynająć samochód i tak ją zwiedzać, bez obaw, że się człowiek zgubi, bo i tak jest tylko jedna droga ;)

 - prom przeprawiający nas na drugą stronę rzeki Chao Phraya

 -WAT ARUN – świątynia w kształcie typowym dla tego regionu świata (prang), za to obłożona talerzami, filiżankami i inna ceramiką, wydobytą z zatopionych statków chińskich

- nasz pierwszy przejazd tuk-tukiem, czyli taką zmechanizowaną rykszą

 - Chinatown jak to Chinatown, rzeczywiście prawdziwe Chinatown, niemal jak w Chinach, czyli jak ktoś nie był w Chinach i nie planuje, to wystarczy wyskoczyć do Chinatown w Bangkoku i będzie zupełnie autentycznie jak w naturze

 - Dzielnica Silom pomiędzy ulicami Silom i Surawong – zagłębie knajpiane, troszkę bardziej ekskluzywne, niż Khao San, za to zupełnie bez klimatu.

 Już nam za to nie starczyło czasu (a i chęci chyba wielkich nie było) do przespacerowania się jedną        z najdłuższych ulic świata (sięgającą niemal granicy z Kambodżą, zarazem najbardziej wypasioną ulicą Bangkoku – Sukhumvit Road. Sądząc z opisu to dość typowa ulica komercyjna, z największym skupiskiem sklepów, ekskluzywnych hoteli, knajp itp. Nie byłyśmy tam – trudno!  I tak Bangkok był     w zasadzie niejako przy okazji, więc co zobaczyłyśmy to i tak więcej niż planowałyśmy.

No to sobie siedzimy na tajskiej kolacji. Aśka je kuciaka na słodko-kwaśno, Marta ananasa wypełnionego ryżem, a ja owoce z morza w mleku kokosowym i przyprawione "ścierką" (czyli trawą cytrynową, niestety), popijając piwko sponsorowane przez kolejne zwierzątko (w sumie w Bangkoku poznałyśmy następujące odzwierzątkowe piwa: piwo tygrysie, piwo lwie, piwo słoniowe, piwo końskie, piwo smocze), w butelkach opakowanych w gustowne kondoniki (mi się np. trafił z chłopakami              z tajskiego boksu), wymyślając gry-plan na jutro.

 Po opracowaniu misternego planu, kolejny tuk-tuk (oj, tu to się trzeba było mocno targować,              bo dzielnica droższa, więc są nastawieni na bogatszych frajerów ;]) uwiózł nas w mrok miasta….

 “BANGKOK!

Oriental setting
And the city don't know what the city is getting….”


np. Miasto nie wiedziało, że na dachu wspaniałe trio “Skarb Narodów 2” do 2 w nocy oglądało

A dookoła po tajsku padało i lało…

…gorąco i wilgotno…

 

TRANSPORT:

Lotniczy:  

“Bangkok Airways”: Siem Reap 7000-8000 BT, Phnom Penh 5800 BT

„Tai”: Phnom Penh ok. 8000 BT

Autobus:

lotnisko-Old City, lini AE2 150 BT

Taxi:

lotnisko-Old City (lub z powrotem) 500 BT

Tuk-tuk:

 80-150 BT w centrum (za tuk tuka, a nie osobę)

Prom przez rzekę:

7 BT

Pociąg:

Bangkok-Ayuthaya   15 BT (klasa ekonomiczna, nie turystyczna)

Ayuthaya (plan):

17/11/2008 AYUTHAYA

 Taaak dziś był miły dzień...

Choć nadal gorąco i wilgotno….

 Względnie już zaaklimatyzowane, wstałyśmy o normalnej dla ludzi 9 godzinie, zupełnie niespiesznie wsiadłyśmy w tuk-tuka i pozwoliłyśmy się zawieźć na dworzec. Tak, tak na dworzec właśnie, gdyż nasz wczorajszy misterny plan zakładał wydostanie się z miasta. Bardzo mili panowie w żółtych ubrankach       (to taka ich pomoc turystyczna i wcale nie należy się ich bać, bo oni nie naganiają , nie naciągają, tylko pomagają właśnie) pomogli nam kupić tanie bilety (niecałe 1,5 PLN) na tani pociąg (bez klimatyzacji        i numeracji miejsc) do oddalonej od Bangkoku o niespełna 100km, AYUTHAYA - dawnej (gdzieś między XIV-XIX wiekiem) stolicy Tajlandii. Dziś to już tylko poszatkowane współczesną byle-jaką-zabudową kupki ruin (czyli to, co tygrysy (i siostry) lubią najbardziej ;)) porozrzucane tu i tam po wyspie, świadczące o dawnej świetności miasta. Fajny klimat. Taki park archeologiczny na wyspie. Choć inny styl i epoka,  to trochę nasuwa skojarzenia z villą Hadriana w Tivoli.

 Zdecydowanie Ayuthaya warta polecenia i relaksująca, szkoda, że miałyśmy tak mało czasu…

Bangkok - nas ani nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ani również nie zirytował.

W zasadzie nie wywołał żadnych większych emocji.

I tak pobyt w Tajlandii dobiega końca, wieczór skracamy do minimum, bo jutro jedziemy nareszcie      do Kambodży! Co oznacza pobudkę ni mniej, ni więcej, tylko o 4 rano, czyli to, czego tygrysy nie cierpią niecierpliwością szczerą i bezwzględną!!!

Ayuthaya (plan B)

 

ŻAREŁKO & POPITKA: 

                                Śniadanie w hotelu: 150 BT

Makaron z czymś na ulicy:  35 BT

Danie w knajpie:    100-200 BT

Piwo:  30-40 BT w sklepie

       80-160 BT w knajpach

 

a tak ten dzień

wyglądał na blogu

"so here I am : CAMBODIAAAAAAAAAAAAA!!!!!"                                                               "so here I am : CAMBODIAAAAAAAAAAAAA!!!!!"                                                  "so here I am: CAMBODIAAAAAAAAAAAAA!!!!!"

 18/11/2008 PHNOM PENH

Waluta Kambodży:

RIEL

awers (?)

 

rewers (?)

 

 

 

Phnom Penh plan miasta

 

 

bilet na taksówkę z lotniska do centrum Phnom Penh tak, tak, to narysowane to taksówka właśnie!

 

 

 

 

 

Pałac Królewski     (Chatomuk Mongkul)

 

plan pałacu:

KAMBODŻAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!

Ten okrzyk Ian’a Wright’a, mojego ulubionego globtrekkera z Lonely Planet, pobrzmiewał mi w głowie od kilku miesięcy, narastając odwrotnie proporcjonalnie do ilości kilometrów dzielących nas od Królestwa Kambodży (Kâmpǔchéa, Preăhréachéanachâkr Kâmpǔchéa)

Jakbym się do Mordoru zbliżała, z pierścieniem na trąbce Eustachiusza…

Czegóż to sobie jednak mózg nie zmyśli jak się dobrze nakręci :]

W rzeczywistości ten okrzyk był krótszy, cichszy, a w zasadzie prawie go nie było, brzmiał tak (uwaga na 23 sekundę):

   

Nieważne! Ważne, że w mojej głowie brzmiał donośnie radośnie, jako i ja w radosnym nastroju byłam!

Kambodża to był główny cel tej podróży. I choć do najgłówniejszego celu, celu wszystkich celów - Angkor Wat - jeszcze nie dotarłyśmy, to gdy tylko nasz tuk-tuk, szumnie zwany taksówką, ruszył z lotniska, poczułyśmy (dosłownie i w przenośni) ducha wyprawy.

Prawdziwa, najprawdziwsza, uczciwie szczera, choć niekoniecznie w pojęciu europejskim, Azja!

Z jej klimatami, zapachami, hałasami, wilgocią i bałaganem…

Niech się Bangkok schowa!

 

FAKTY Z DZIŚ

TU byłyśmy, robiłyśmy TO:

- pierwszy wdech Azji w drodze z lotniska do miasta. Początkowo chciałyśmy dać się zawieźć nad jezioro Boeng Kak, gdzie miało być rzekomo (informacja z przewodników) skupisko hotelików, hosteli, guesthousów z przepięknym widokiem na zachody słońca… na szczęście (jak się później okazało) nasz tuk-tukowiec wyperswadował nam ten genialny plan i zawiózł nas (nie wątpię, że za specjalną gratyfikacją z hotelu) nad rzekę, czyli do bardziej luksusowego centrum (<luksus> oczywiście w rozumieniu kambodżańskim, czyli na nasze możliwości i potrzeby w sam raz) niemal vis-a-vis portu (co doceniłyśmy nad wyraz 2 dni później)

- świątynia Wat Phnom, na wzgórzu Phnom, od imienia kobiety Phnom, do której przypłynęły figurki Buddy, więc ufundowala swiątynię, nazwaną od jej imienia Wat Phnom – proste?

- "malownicze" jezioro Boeng Kak, nad którym, cytuję: "zachody slońca sa rzekomo warte tysięcy tamtejszych moskitów", a nad którym nie zrobiłyśmy ani jednego malowniczego zdjecia, ba! nie zrobiłyśmy w ogóle żadnego zdjęcia, bo przewodniki nie radzą obnosić się z tzw.„bogactwem”. Dziw, że radziły się w ogóle obnosić po tej okolicy (wejście za darmo, wyjście na szczęście też). Dopiero pooooootem jakoś tak okazało się, że my chyba nie w tę stronę skręciłyśmy… no, ale już nie było czasu, żeby sprawdzić co by było, jak byśmy poszły w lewo…

 - Psar Thmei - główna hala targowa - interesująca kolonialna konstrukcja z ok. 1920r.

Powiedzmy sobie szczerze: obecnie Phnom Penh nie ma zbyt wiele tzw. atrakcji turystycznych do zaoferowania! W dawnych czasach to francuskie kolonialne miasto zapewne częściej cieszyło oko, dziś niestety większość dawnego blasku zmatowiała, pokryła się współczesną bylejakością - hala targowa to jeden z niewielu śladów dawnego uroku

 - Pałac Królewski, wraz ze "Srebrną Pagodą" – wielki kompleks, w którym największe wrażenie robi wlaśnie ta pagoda z podłogą, wyłożoną ponad 5000 płytek ze szczerego srebra!

 - spacer nadrzecznym "bulwarem" (w rozumieniu kambodżańskim), ze świetną khmerską kolacją

 

PIERWSZE WRAŻENIA Z KAMBODŻY:

- jeżdżą PRAWĄ stroną (Tajlandia była kolonia brytyjską, Kambodża francuską)

 - no i co z tego, że prawą?! I tak są wszędzie i nadjeżdżają zewsząd!

Ale my już prawie umiemy się między nimi poruszać, a nawet przechodzić na drugą stronę ulicy.

Prawie…

 - wprawdzie to o Sajgonie wyczytałyśmy, że jeździ tam ok. 3 milionów motorków, skuterków, motorowerów i in. -ów, ale w Phnom Penh zapewne tylko dlatego jest ich mniej, że mieszka tu po prostu mniej ludzi (ok. 1mln). Za to chyba tylko niewiele mniej motorków.

 Na marginesie:  reżim Pol Pota doprowadził do 'uszczuplenia' ludności miasta z szacowanych w połowie lat 70-tych     3 milionów do zaledwie kilku tysięcy, i to głównie wojskowych, pod koniec jego rządów!

 - prawie nie ma taksówek (ponoć ze względu na bezpieczeństwo kierowców), co też jest sporym kontrastem w stosunku do Bangkoku, z jego feerią wściekłych taksówkowych kolorków (intensywny róż, biskupi fiolecik, lazurowy turkusik, żółteczko z jajeczka wiejskiej kureczki itd.)

 - Żarcie! j.w. mniaaaaam! Ja nie wiem, o czym pisali tacy jedni na blogu, których relację przypadkiem znalazłyśmy w Internecie (to ta, którą pieczołowicie wydrukowałam, a potem zapomniałam zabrać do samolotu), że w Phnom Penh było tak strasznie dramatycznie pod względem gastronomicznym, że aby nie umrzeć z głodu, jedli tylko fabryczne wiadra z lodami!

Spróbowałyśmy kuchni khmerskiej na bulwarze zachodzącego słońca, znaczy tfu! przyjaźni, znaczy tfu! na tej ich wisłostradzie (z milionem małych motorków z rurami wydechowymi nakierowanymi prosto w nozdrza) i to było naprawdę niezłe! Nie spaliny – żarcie! Krewetki w smażonym czosneczku – mniaaam!

Zgodnie stwierdziłyśmy, że najlepsze z tego, co dotychczas na tym wyjeździe jadłyśmy.

Zwracając jednak trochę honor tamtym jednym (z tej relacji, co to wydrukowałam i zapomniałam): mogli się dać nabrać przewodnikom i zamieszkać nad "malowniczym" jeziorem Boeng Kak i tamże oddawać się konsumpcji; no to ja przepraszam... i znikła.

 - chyba byśmy się nie dowiedziały jak wyglądają lokalne pieniądze, gdyby nie to, że czasami, z rzadka, sporadycznie, w sytuacjach absolutnego musu i konieczności wyższej, dopełniają nimi reszty. Poza tym wszystkie ceny w $$$ach i $$$ami można płacić (w Tajlandii to by nie przeszło, tylko Bahty i Bahty)

 - tani internet (0,5 $/hr) ale wooo..o.o..oo.o.oo.o..ooolll..nyyy yyy yy y y y y niczym jeden z naszych kraników w guesthousie w Bangkoku. O! niczym TEN kranik właśnie!

 - ludzie uprzejmi i tu i tu, choć w Tajlandii wydawało się być bezpieczniej, ale może to tylko siła oddziaływania ostrzeżeń z przewodników.

Czyżby mściło się czytanie przewodników dla Amerykanów i WE?

Nam się nic nie stało i nawet nie otarłyśmy się o żadną stresującą sytuację, wprawdzie my mamy oczy i uszy otwarte. Za to przewodniki ostrzegają, chyba trochę na wyrost,  przed autochtonami. Może mają swoją rację, ja w każdym razie znów, jak w Peru, miałam wrażenie, że początkowo dałyśmy się trochę zastraszyć, a nie taki diabeł straszny i nie należy się dać zwariować.

WALUTA:

RIEL (1 $ = ca. 4.000,- riel)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NOCLEGI:

Phnom Penh

„Waterview Guesthouse”

celowo nie podaję adresu, bo nie wart polecenia!

Średni, przepłacony, niemiła obsługa, a w okolicy jest multum hotelików i guesthousów na różną kieszeń.

Nasz pokój 3-0sobowy z klimą, prysznicem, bez okna, bez internetu, bez śniadania,

20$/3 os.

powinien kosztować max 15$

 

 

Siem Reap

“Garden Village Guesthouse”

a ten polecam jak najbardziej!

11$/3 os., AC, łazienka, internet w cenie, bez śniadania, bez szaf i wieszaczków, za to przestronny i widny, blisko centrum, międzynarodowe dość wyluzowane towarzystwo

Knajpa na dachu, balanga, czystość hmm... powiedzmy - akceptowalna, a za tę cenę nawet w sam raz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ATRAKCJE:

Phnom Hill - 1$

Pałac Królewski  - 6,5$

Muzeum Ludobójstwa - 3$

Pola Śmierci - 2$

Muzeum Narodowe - 3$

 

Angkor:

1d – 20$

3d – 40$

7d – 60$

 

 

 

19/11/2008 PHNOM PENH – Dzień Drugi (i ostatni)

 

 

CZERWONI KHMERZY

na youtube

 

 

 

 

 

 

 

 

Muzeum Ludobójstwa       (Tuol Sleng)

 

 

 

 

 

 

Pola Śmierci   (Choeung Ek)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po porannej gimnastyce, znaczy tfu! wrrrrróć!

Po porannej kawce w knajpce w kolonialnym stylu (w Phnom Penh znajduje się jeszcze całkiem sporo budynków z czasów kolonialnych, z których wiele ma szanse już długo nie postać, niestety), z bardzo wieloma bardzo różnej wielkości karaluszkami, w tym z wielką matką z żółtym kuperkiem (one kawki nie piły, przynajmniej nie naszą, przynajmniej nic na ten temat nam nie wiadomo i niech tak zostanie), złapałyśmy tuk-tuka, który miał nas zawieźć do Muzeum Ludobójstwa, poczekać, na Pola Śmierci, poczekać i przywieźć z powrotem pod wskazany adres (w naszym przypadku było to Muzeum Narodowe).

No dobra, wcale nie musiałyśmy  nikogo tak bardzo łapać. W Phnom Penh jest tak duża podaż tuk-tuków, że w zasadzie mogłyśmy, nie ruszając się z ratanowych kanap, niczym kolonialne damy, długimi, odzianymi w czarne rękawice, rękami, zakończonymi jeszcze dłuższymi cienkimi srebrnymi (lub złotymi) cygaretkami (wyobraźnia zaczyna mi pracować...), wskazywać, który nam się bardziej podoba. Nie oszukujmy się: najładniejszy jest ten, który zaakceptuje naszą cenę.

 

FAKTY Z DZIŚ

TU byłyśmy, robiłyśmy TO:

 - Muzeum Ludobójstwa (Tuol Sleng), czyli dawna szkoła, którą reżim Pol Pota i jego armia Czerwonych Khmerów, zamienili w roku 1976 w więzienie S-21. Więzienie, a raczej miejsce tortur, z którego nikt nie wychodził żywy, chyba że na chwilę, na tzw. Pola Śmierci…

 - Pola Śmierci – 15km pod miastem, pośród uroczych zielonych pól i zapewne niegdyś majątków ziemnych, znajduje się miejsce, gdzie uśmiercano i grzebano w zbiorowych mogiłach m.in. tych, których nie zdołano zamordować w S-21

 - Muzeum Narodowe Kambodży – w przeważającej mierze zbiór kamiennych reliktów przeszłości


DRUGIE WRAŻENIA Z KAMBODŻY:

- Tuk-tuki w Kambodży są jak karoce - jakby doczepiane kabiny do motorków - w Tajlandii były zintegrowane, niczym dawne inwalidzkie samochodziki

- Pomimo wszechobecnych spalin, wcale nie ma takiego smogu jak, dajmy na to, w Ułan Bator, czytaj: da się na ogół oddychać

- Pomimo gorąca i wilgoci powietrze jest przejrzyste, a chmury mięsiste i pięknie oświetlone

 - No i te Magnolie! Magnolie! Magnolie! Bardzo dużo, bardzo różnych, bardzo pięknych i ciągle kwitną, choć to przecież listopad! ;)

 - wrażenia z S-21 i Pól Śmierci? Trudno opisać kolejne "ludzie ludziom zgotowali ten los". I chyba nie miejsce na to...

w zamian wiersz kambodżańskiego poety Sarith Pou o tamtych czasach "Nowy Reżim":

THE NEW REGIME
Poem by Sarith Pou


No religious rituals. No religious symbols.
No fortune teller. No traditional healers.
No paying respect to elders. No social status. No titles.

No education. No training. No school. No learning.
No books. No library. No science. No technology.
No pens. No paper.

No currency. No bartering.
No buying. No selling. No begging. No giving. No purses. No wallets.

No human rights. No liberty.
No courts. No judges. No laws. No attorneys.

No communications. No public transportations.
No private transportations. No traveling. No mailing.
No inviting. No visiting. No faxes. No telephones.

No social gatherings. No chitchatting.
No jokes. No laughters. No music. No dancing.

No romance. No flirting. No formication. No dating.
No wet dreaming. No masturbating.
No naked sleepers. No bathers.
No nakedness in showers.No love songs. No love letters.
No affection.

No marrying. No divorcing. No marital conflicts. No fighting.
No profanity. No cursing.

No shoes. No sandals. No toothbrushes. No razors.
No combs. No mirrors. No lotion. No make up.
No long hair. No braids. No jewelry.

No soap. No detergent. No shampoo.
No knitting. No embroidering.
No colored clothes, except black.
No styles, except pajamas.
No wine. No palm sap hooch.
No lighters. No cigarettes.
No morning coffee. No afternoon tea. No snacks. No desserts.
No breakfast [sometimes no dinner].

No mercy. No forgiveness. No regret. No remorse.
No second chances. No excuses.
No complaints. No grievances.
No help. No favors.
No eyeglasses. No dental treatment.
No vaccines. No medicines. No hospitals. No doctors.
No disabilities. No social diseases. No tuberculosis. No leprosy.

No kites. No marbles. No rubber bands.
No cookies. No popsicle. No candy.
No playing. No toys. No lullabies.
No rest. No vacations. No holidays. No weekends.
No games. No sports. No staying up late.
No newspapers.

No radio. No TV.
No drawing. No painting.
No pets. No pictures.
No electricity. No lamp oil.
No clocks. No watches.

No hope. No life.
A third of the people didn't survive.
The regime died.

O, i tu prosi się mały fotomontaż: Niech no ja tylko złapię trochę więcej czasu ;D

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TRANSPORT:

Loty:

 

“Bangkok Airways”:     Bangkok-PP 170 $

“Lao Airlines”: SR-Pakse 105 $

biuro lini laotańskich znajduje się przy wylotowej drodze w kierunku lotniska (tuk-tuk  3 $ w dwie strony), adres:

114 Sala Khanseng Village, SR

Road no 6 tel. (855+63)963283

 

Opłata lotniskowa przy wylocie z SR 25$

 

Tuk-tuk:

 

7 $ lotnisko- city PP

5 $ city SR – lotnisko

       1 $ w centrum PP

       11 $ muzeum-pola śmierci-powrót

       3 $ Siem Reap

       33$ - 3 dni SR-Angkor

 

Statek:

PP-SR 35$ 7:30-13:00

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a tak te dwa dni

wyglądały na blogu

20/11/2008  PHNOM PENH - SIEM REAP.... statkiem... po rzece... i jeziorze...

...

tiaaa... w zasadzie nie ma co opowiadać, bo statek pruł  z prędkością niemal intergalaktyczną, na decku wiał taki zachodni wiatr, że nawet najsilniejszy majster by nie zdzierżył, więc większość czasu spędziłyśmy w zalatującej zgnilizną powierzchni pod pokładem.

Tak sobie myślę, że jeśli miałabym komuś coś sugerować, to doradzałabym wybrać autobus  na ten odcinek podróży. Akurat szosa między Phnom Penh i Siem Reap jest ponoć bardzo dobra (śmiem przypuszczać, że najlepsza w całym kraju), jedzie się mniej więcej tyle samo co statkiem (ok. 6h), kosztuje nieco więcej niż połowę, bodaj 20$), a po drodze widać zapewne trochę prawdziwego kambodżańskiego folkloru. My widziałyśmy kilka miłych krajobrazów, ale można je zobaczyć również gdzie indziej, dużo ładniejsze w górze Mekongu, statek mocno odbiega od intelektualnie perwersyjnych klimatów Agathy Christie na Nilu... wieje... śmierdzi... a do tego to nie jest to nawet Mekong, tylko jego odnoga.

Za to Siem Reap to kambodżańska stolica turystyki!

Hotele, knajpy, dyskoteki, sklepy (w tym całodobowe, np po drodze, tuż przed przedostatnią prostą  do naszego tutejszego domku), tuk-tuki na każdym rogu, przy każdych drzwiach, pod każda latarnią (bez skojarzeń!)...

Ale na szczęście ciągle jeszcze jest to miasto okraszone klimatem azjatyckim. Pytanie: jak długo? Bo samo Siem Reap, które poza pobliskim okręgiem świątynnym Angkor, nie ma nic do zaoferowania, sądząc po ilości turystów, szybko wzbogaci się i przekształci w Centrum Obsługi Turysty Dewizowego - coś na kształt peruwiańskiego Cuzco.

 

 

21/11/2008 - 23/11/2008 SIEM REAP: ANGKOR i miliardy świątyń

Siem Reap plan miasta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3-dniowy bilet do okręgu świątynnego ANGKOR:

no, czyż nie piękna fotka? Jak to o 4 rano z kamerki internetowej...

 

 

 

 

I znów nas licho jakieś podkusiło i się wybrałyśmy oglądać wschód słońca nad Angkor Wat!

No wszystko pięknie, tyle że pobudka o której? Tak, tak wlaśnie! O 4-tej!!! Urlop co się zowie!!! Jakby słonko nie mogło czasem trochę zaspać i wstać, powiedzmy ok. 11:24

O 5 wyjazd tuk-tukiem, zakup 3-dniowego biletu (kto to widział robić ludziom zdjęcia o tych godzinach - właśnie doskonale zrozumiałam celebrities, że się wściekają na paparazzi), a potem to już tylko zwiedzanie, fotografowanie, kupowania świetnego lokalnego przewodnika po Angkor (link obok w "innych"), wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej świątyni, wysiadanie, zwiedzanie, fotografowanie, łażenie po kolejnych schodach, wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej świątyni, w pędzie informacji podczytywanie, zwiedzanie, fotografowanie, wchodzenie po kolejnych schodach, podziwianie, wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej, czytanie, o! świątynia!, zwiedzanie, fotografowanie, wchodzenie po kolejnych schodach, podziwianie, włażenie, złażenie, wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej świątyni, schody! Cudownie! zwiedzanie, fotografowanie, podziwianie, włażenie, złażenie (z krótką przerwą na foto), O! Budda! wsiadanie do tuk-tuka, przejazd do kolejnej świątyni, jeszcze więcej schodów, Buddów, świątyń, zwiedzanie, fotografowanie...

No, trochę tego było...Jednym słowem- CUDNIE! naprawdę :)

Faktograficznie rzecz ujmując, było tak:

 

TU byłyśmy, robiłyśmy TO:

(wszystkie plany  świątyń pochodzą z "Ancient Angkor" autorów Claude Jacques & Michael Freeman)

1.Angkor Wat - właśnie ta! największa khmerska świątynia, uznawana za największy na świecie obiekt religijnego kultu, zbudowana między 1113 a 1150 r n.e.,  za czasów panowania Suryavarmana II, w tzw. stylu Angkor Wat

2.Angkor Thom - miasto z końca XII wieku i później, to jedno z największych miast kultury khmerskiej, założone przez Jayavarmana VII i było stolicą imperium prawdopodobnie aż po wiek XVII; 

a w nim:

2.a świątynia Bayon - koniec XII, początek XIII w n.e., Jayavarman VII, styl Bayon;

2.b świątynia Baphuon - połowa XI w n.e., Udayadityavarman II, styl Bapuon

2.c pałac królewski ze słoniową terasą

3.Chao Say Tevoda - połowa XII w n.e., za panowania Suryavarmana II i następców, styl Angkor Wat; jakoś brak mi słów...

4.Thommanon - wczesny  XII w n.e., styl Angkor Wat, za panowania Suryavarmana II;  ładnie omszała

5.Ta Keo - koniec X, początek XI w n.e., za panowania Jayavarmana V i Jayaviravarmana (niech ktoś proszę doceni jak trudno jest przepisywać te imiona!), styl Khleang;  żeby zobaczyć tę świątynię, trzeba się konkretnie wspiąć po schodach - wspięłyśmy się

6.Ta Prohm - koniec XII, początek XIII w n.e., Jayavarman VII, styl Bayon; to ta charakterystycznie zarośnięta dżunglą, chętnie fotografowana z racji swej malowniczości, tłumy prawie jak w Angkor Wat

7.Banteay Kdei - koniec XII, początek XIII w n.e., Jayavarman VII, styl Bayon; fajna, ale mocno rozchwiana

I tak jeszcze 2 dni! Zatem dalej po kolei:

8. Pre Rup - połowa X w n.e., za panowania Rajendravarmana, styl Pre Rup

9. East Mebon - połowa X w n.e., za panowania Rajendravarmana, styl Pre Rup

10. Ta Som - koniec XII, początek XIII w n.e., Jayavarman VII, styl Bayon

11. Neak Pean - późny XII w n.e., Jayavarman VII, styl Bayon; świątynka na wodzie

12. Preah Khan - późny XII w n.e., Jayavarman VII, styl Bayon; zdecydowanie moja faworytka! cudnie omszała, cudnie czerwono-zielona, cudnie zrujnowana, cudnie pusta, no cudna po prostu...

13. Phnom Bakheng - poźny IX, początek X w n.e , Yasovarman I, styl Bakheng; świątynia  na górce z widokiem na okolicę (w tym na Angkor Wat) oraz na zachód słońca (niestety słońce nie chce zachodzić po tej samej stronie co stoi Angkor Wat)

Jeszcze tylko jeden dzień, nie poddajemy się!

14. Preah Ko - późny  IX w n.e. (880r - wychodzi na to, że to najstarsza,  jaką oglądałyśmy), Indravarman I, styl Preah Ko

15. Bakong - późny  IX w n.e. (881r !), Indravarman I, styl Bakong

16. Lolei - późny  IX w n.e., Yasovarman I, styl Preah Ko i Bakheng

 

Prawda, że wciągająca lektura? A i tak to tylko 1/3 z tych opisanych w w/w książce, a ile jeszcze jest być może ukrytych w pobliskiej dżungli?

 

Żarełko i popitka:

Kawa/herbata:0,9-1,2 $

Lemon juice: 1$

Danie w knajpie: 3,5- 5 $

Piwo 0,6l:   1,4 $ w sklepie

2,5$ w knajpach

Woda: 1$/3 małe butelki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Inne:

Pocztówki set 10 – 1$

Znaczek dio EU 0,75$

Figurki drewniane 4-5$

UFO z drewna 3$

„Ancient Angor” 3-10 $

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a tak te trzy dni

wyglądały na blogu

 

Laos (Lao, Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna - Sathalanalat Paxathipatai Paxaxôn Lao)Laos (Lao, Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna - Sathalanalat Paxathipatai Paxaxôn Lao)
 
24/11/2008 - 25/11/2008 PAKSE-CHAMPASAK-PAKSE

 

Waluta Laosu: KIP

 

 

26/11/2008  VIENTIANE

 

27/11/2008 - 29/11/2008 VIENTIANE - PONSAVANH plain of jars

 

 

29/11/2008 - 03/12/2008 PONSAVANH - LUANG PRABANG

 

 

 

 

 
 

 

etap laotański na blogu

 
                                                                    Socjalistyczna Republika Wietnamu (wiet: Cộng hòa xã hội chủ nghĩa Việt Nam)Wietnam − oficjalnie: Socjalistyczna Republika Wietnamu (wiet: Cộng hòa xã hội chủ nghĩa Việt Nam)
 

03/12/2008 - 08/12/2008 HANOI

 

 

 

 

 

05/12/2008 HA LONG

 
06/12/2008 - 08/12/2008 HANOI - BANGKOK - PARYŻ - WARSZAWA
 

a tak nasz pobyt w Wietnamie wygładał na blogu

c.d.n.
 

niestety, wrodzone lenistwo opóźnia niemiłosiernie powstanie ciągu dalszego tej niewątpliwie niezmiernie zajmującej historii. Za to udało mi się zebrać do kupki to, co donosiłam na bieżąco z podróży na swoim blogu.

Gdyby zatem kogoś żądza poznania (względnie wspomnienia) dalszych losów naszej dzielnej trójki tak przypiliła, że nie mógłby już czekać to zapraszam tu:

RELACJA NA BLOGU CIĄGIEM WIĄZANYM ZEBRANA