una Vista Buena

 

 

czyli „Z ALTO CEDRO JADĘ DO MARCANÉ…”   07.08.2011

http://milimetr.net/2011/08/z-alto-cedro-jade-do-marcane/

Niby dobra, dobra, decyzja podjęta, sierpień trwa, wrzesień i październik przelecą jak z biczzczasł! a my nic!

no, to czas rozpocząć przygotowania :-)
plan na podróż tegoroczną to MEXICO & CUBA!

Przygotowania zwyczajowo zaczynam od oglądania filmów
Niestety, od kiedy Ian Wright – mój ulubiony „Obieżyświat” – odszedł z Globetrekker’a i się usamodzielnił, już nie udostępnia swoich filmów za darmo w necie :(
No to będzie mniej wesoło, ale też rzetelnie:

 

Coś o Meksyku, na początek:Wielcy Rewolucjonisci - Meksyk   I coś o Kubie:Wielcy Rewolucjonisci - KUBA

 

 

lecę po orzeszki i tequillę i zaczynam oglądać :)
ZAPRASZAM do współ- oglądania i śpiewania


no i oczywiście absolutny mus:

De Alto Cedro voy para Marcané

Luego a Cueto voy para Mayarí.

El cariño que te tengo
Yo no lo puedo negar
Se me sale la babita
Yo no lo puedo evitar.
Cuando Juanica y Chan Chan
En el mar cernían arena
Como sacudía el „jibe”
A Chan Chan le daba pena.
Limpia el camino de paja
Que yo me quiero sentar
En aquel tronco que veo
Y así no puedo llegar.
De Alto Cedro voy para Marcané
Luego a Cueto voy para Mayarí

VAMOS A LA PLAYA O O O O O

07.11.2011 http://milimetr.net/2011/11/vamos-a-la-playa-o-o-o-o-o/

ak tak, mój odlicznik czasu pokazuje, że to już tylko 6 dni (temperatura 27 stopni, w nocy 20) i będziemy na Karaibach!!!

Trochę nam się plany zmieniły i Meksyk przekładamy na inny, lepszy czas (kiedy nasz hiszpański wykroczy poza magiczną frazę „mi amor – por favor!”)

W tym roku tylko i AŻ Kuba – wyspa jak wulkan gorąca!

Kuba się powoli kończy. Ta Kuba „fidelowa”, która wprawdzie nie daje normalnie (w sensie demokratycznie, co nie musi oznaczać szczęśliwie) żyć jej mieszkańcom, ale która jest tak magicznie fascynująca dla „zachodniego” turysty.  Zwłaszcza tego ‘zachodniego’, bo mi osobiście, wychowanej w najlepszym z realnych socjalizmów, może się jawić dość smutno, a co najwyżej normalnie. Jak inż.Mamoniowi: znam – to nawet lubię.

No, ale oczywiście komunizm kubański ma zasadniczą przewagę nad naszym (szczęśliwie minionym *) wariantem wschodnioeuropejskim:

karaibski klimat, hiszpański język i czarno-iberyjską muzę :-)

No więc: KUBA!

Szczerze? Jeszcze za bardzo sama nie wiem, co chcę na tej 1000km-długości-wyspie zobaczyć.

Zapieprz ostatnich miesięcy skutecznie odebrał mi szansę dogłębnego zgłębienia tematu i jak nigdy dotąd czuję się mocno nieprzygotowana do wyjazdu. Będziemy improwizować.

- Mamy bilet (w tę i z powrotem załapałyśmy się na zupełnie przyzwoitą cenę w Air France ca. 2,8 k pln)

- mamy tarjeta del turista (czyli coś, co funkcjonuje jak wiza, chociaż wizą nie jest – koszt 22EUR, do załatwienia w ambasadzie Kuby: Warszawa, Rejtana 15, tel: 22/8481715, chociaż chyba można to też dostać na lotnisku w Havanie)

- dzięki ‘tarjeta del turista’  mamy również bardzo oficjalną rezerwację 3 pierwszych noclegów (no habitacion = no tarjeta!); jeśli ta casa particular (czyli kwatera prywatna, de facto pokój przy rodzinie – najtańsza opcja noclegowa w kraju, w którym przy średniej krajowej ok. 20 USD, ceny w sklepach ‘nur für Touristen’ są 3-4 razy wyższe niż w Polsce sic!) rzeczywiście tak wygląda, to przynajmniej pierwsze 3 dni wakacji zapowiadają się uroczo :)

- dzięki temu samemu powyższemu ‘dzięki’, mamy również ubezpieczenie – tu trzeba było uważać, żeby ubezpieczalnia nie była aby amerykańska! Dlatego ubezpieczyłyśmy się tym razem w czymś, co nam dotychczas nic nie mówiło, ale w czym ubezpieczają się zorganizowane wycieczki - no to chyba Kuba uznaje?;  w ogóle trzeba bardzo uważać, żeby nie mieć i nie być zbyt amerykańskim

- np. nie należy wymieniać dolarów amerykańskich, w sensie, że a i owszem nawet można, tyle że taki USD, który równa się jednemu peso wymienialnemu (CUC), obłożony jest jednocześnie 10% podatkiem! dlatego bierzemy EUR, za które dostaniemy ok. 1,23 CUCa (CUCe to takie jakby nasze bony towarowe z lat komuny, udaje to dolara, ale tylko PEWEX się nabiera); oprócz CUCów funkcjonują normalne pesos (1/24 CUCa) dla Kubańczyków, w których posiadanie trudno wejść turyście, a nawet jak wejdzie to nie bardzo wie, co z tym zrobić (wejdziemy – dowiemy się)

- dzięki jedynemu roboczemu spotkaniu udało nam się ustalić, że:

jedziemy na Kubę :-)

przez pierwsze 3 dni w Hawanie ustalamy co dalej i zdobywamy bilet na pociąg

4-go dnia jedziemy pociągiem (ca. 16h) do Santiago de Cuba (to hen tam na wschodzie, gdzieś pod Guantanamo)

a potem powoli wracamy na zachód z małymi odbiciami, a to na plaże, a to do parków narodowych,  a to do dawnej górskiej kwatery Fidela w La Plata, a to do do Trinidad i jeszcze paru wsi i miasteczek ze szczególnym OMINIĘCIEM Varadero (kurort „nur für Weißen”, gdzie przeciętny Kubańczyk nie ma szans wejść, chyba że jako obsługa)….

Chytry plan, prawda?

Dzięki temu, że ten wyjazd wydaje się, w odróżnieniu do wszystkich naszych poprzednich, mieć szansę być bardziej lajtowym (w sensie mniej tu zabytków, a więcej klimacików) nabyłam amazonowego „kundla” i zamierzam rozczytywać się w lekturach (niech on tylko zdąży do mnie przybyć!!!)

 

a tymczasem nastawiamy się na to co niebawem :-D

 

 

 

 

 

 

 

 

 

* choć niektórzy po ponad 20 latach wolnego rynku i raczkującej demokracji żałują, zawołując rzewnie „Komuno, wróć!”. To samo może stać się na Kubie za

lat kilka, kiedy fidelizm padnie (bo paść przecież kiedyś musi), wejdzie szeroko rozumiany mcdonaldyzm z wszelkimi plusami dodatnimi ale i ujemnymi, i ludzie się pogubią o co  w tym wszystkim chodzi, na co to, i czy OTAKE KUBE walczyłem?!

Inna rzecz, że gdy Warszawa, próbując zakończyć etap egzotyczny,  zamknęła stadion X-lecia, to przestała być interesująca dla zachodniego turysty, a Kuba będzie zawsze mieć karaibski klimat, hiszpański język i czarno-iberyjską muzę :-) (niektórzy jeszcze przebąkują o kreolskiej cud-urodzie, ale przecież słowiańska jest równie dobra, no nie? ;) )

 

Jest Ciepło

21.11.2011 http://milimetr.net/2011/11/jest-cieplo/

13/11/2011-16/11/2011

JEST CIEPŁo, JEST WILGOTNO, JEST HAWANA!!!!

takiej treści sms’a wysłałam do JO z biura, w odpowiedzie dostałam: „jest zimno, jest mgliście, jest wieś” :-D
Może mi poziom empatii spadł, ale jakoś mnie to nie wzruszyło – wręcz przeciwnie sprawiło nawet, że gorąca wilgoć stała się znośniejsza w odbiorze.
No bo jest tak dość mocno oblepiająco, a oblepienie potęguje się, gdy targamy na plecach tzw. bagaż podręczny (mój samolotowy np. ważył 7kg!

Jest również 6 godzin później, czyli budzę się w środku nocy i nie mogę spać, za to wieczorem (zachód słońca jest ok.18) już mogę zdecydowanie spać i nie jest w stanie podekscytować mnie żadna kolacja na tarasie.
Taras to po prostu dach naszej casa particular (czyli mieszkania przy rodzinie, chociaż tu trafiłyśy na coś na tyle rozbudowanego, że prawie może udawać hostel).
MIeszkamy w starym kolonialnym domu w Habana Vieja (czyli w Starej Hawanie – najbardziej historycznej części miasta).
Pokoje do wynajęcia są na 2 piętrze, na dachu jest jakby restauracja, na pierwszym chyba mieszkają członkowie rozlicznej rodziny i pomagierzy (taka casa pasrticular to zdaje się jest nezły biznes)
i nie wiem tylko co jest na parterze – jakby nic, oprócz wewnętrznego dziedzińca, na który Aśka upuściła klucz do pokoju i musiałyśmyy go jakoś odzyskać (po hiszpańsku!)

W ogóle z tym hiszpańskim to jest tak, że oni tu go znają
za to z angielskim jest tak, że znają go niekoniecznie
za to z nami jest tak, że mamy raczej odwrotnie.
No cóż, będziemy ćwiczyć, na razie proste zdanie, niezmiennie zakończone frazą „si, si” lub „gracias” (bo zawsze dobrze jest za coś podziękować) po trzech tygodniach z pewnością rozwiną się płynna kubańśzczyznę, któej nie powstydziłby się sam Jose Marti! Tia…

No dobra, schodzę na ziemię i podaję parę suchych faktów:

wylądowłyśmy A.D.13 listopada o 15.10. A następnie poddałysmy się serii żmudnych procedur:
- odprawa paszportowa (uwaga dyplomaci mają swoje oznaczone okienko 22 i załoga też ma to samo, ale staje bez kolejki do okienka obok (21), które przypadkiem było również naszym okienkiem – odczekałyśmy swoje.
Za to nikt nie sprawdzał stanu naszej gotówki, ubezpieczenia i inych dupereli.
- pobranie bagażu poszło względnie szybko, za to nie da sie wyjść z hali bagażowej bez metki na plecaku (tej takiej z kodem kreskowym, którą właśnie chwilę wcyeśniej wyrzuciłyśmy do kosza) – trudno, trzeba było grzebać w koszu.
- wymiana kasy (po odstaniu w kilometrowej kolejce). Tak, tak, od razu na lotnisku, bo obrót twardą walutą na Kubie nie istnieje.
Są dwie waluty: peso (takie zwykłe, dla Kubańczyków, którego przeciętny turysta ma szanse w ogóle nie zobaczyć) i peso wymienialne (convertible) w skrócie zwane CUC, a symbolicznie oznaczane $.
Zresztą taka jest jego wartość 1 CUC=1 USD, tyle że przy wymienianie walorów produkcji USA płaci się podatek 10%!!! Dlatego my wymieniałysmy EUR (1,3096 CUC)
- wykombinowanie jak najtaniej dostać się do miasta skończyło się i tak wzięciem lotniskowej taxówki za 25 CUC

I w końcu, już przed 19 byłysmy w naszej pierwszej, zarezerwowanej przez internet casa particular.
Niestety, okazało się, że my wprawdzie mamy rezerwację pokoju 3-osobowego, ale casa nic o tym nie wie, więc pierwszą noc spędziłyśmy mało konfortowo śpiąc we 3 na 2 zsuniętych łożkach, nie pijąc za zdrowie Raula, który tę rezerwację potwierdzał.

Po kilku dniach Stara Havana (Habana Vieja) nie ma przed nami tajemnic.
Nie jest jakos dramatycznie duża, ma kilka wyrazistych punktów orientacyjnych (jak „Kapitol” czy Muzeum Rewolucji) a znad nadmorskiej promenadz Malecon trafimy wszedzie.
Fakt, robi wrazenie! Mimo iż w wiekszosci zaniedbane, lub wręcz zrujnowane, kamienice i pałace, co krok przypominają o dawnej cukrowej świetności wyspy.

Z konkretnych atrakcji zaliczyłyśmy:
- świetne Muzeum Sztuk Pięknych!
- Park Centralny
- Muzeum Havana Club
- parę pomnikow
- dworzec kolejowy, na którym dowiedizałyśmy się pociąg do Santiago jeździ nie wtedy kiedy potrzebujemy, w związku z tym
- dworzec autobusowy ASTRO, z którego odjeżdżają również autobusy dla turystów VIAZUL
- Plaza de la Revolucion – z olbrzymiastymi portretami dwóch głównych Ideologów: Che i Fidela oraz jeszcze bardziej olbrzymiastym obeliskiem ku pamięci Jose Marti. 
- cmentarz Colon (Kubańczycy nie pstrzą grobów kwiatami i zniczami, jedynym wyjątkiem był grób La Milagrosa, która zmarłwszy przy porodzie, stała się świętą, i jej mąż codziennie na ten grób przychodził i pukał w jego kopułę i teraz pielgrzymi przychodzą i też pukają…
- promenadę nadmorską Malecon
- margeritkę na tarasie widokowym hotelu Nacional (to tu w latach 30-tych Al Capone urządził zlot mafiosow)
- i zupełnie ponadprogramowe mojito w Restaurante VArsovia – przypadkiem na nią wlazłyśmy i patriotycznie postanowiłyśmy ugasić pragnienie – to był błąd!
Jak się okazało z Warszawą miała wspólne jedynie to, że hebanowa kelnerka znała słowo „pirogi”
Poza tym była to absolutnie nieturystyczna, 100-procentowo lokalna mordownia, raczej w stylu jadłodajni dla ubogich niż smakowicie klimatcznego karaibskiego kąska
(a już mistrzostwem świata było mojito przyrządzone na kwasku cytrynowym zamiast limonki – no, ale w końcu jak mogłyśmy się spodziewać turystycznego drinka w tak nieturystycznym miejscu)

Resztę Hawany zobaczymy po powrocie
Bo gdyż wieczorem ruszamy w 13 godzinną podróż autobusem do Santiago de Cuba (860 km, 13h jazdy w ponadprzeciętnie klimatyzowanym autobusie „Viazul”

 

 

Jest cieplej

21.11.2011 http://milimetr.net/2011/11/cuba-2/

17/11/2011 – 18/11/2011
w Hawanie było gorąco, ale cóż to za gorąco w porównaniu z Santiago de Cuba

Mało kto dojeżdża na wschodnie rubieże wyspy.
Owszem za jedyne 51 CUCów dojeżdżają tu z Havany dalekobieżne autobusy linii „Viazul”
(wspominałam że hiperklimatyzowane, żeby nie rzec hibernujące?)
Owszem w Santiago jest port i statki (ale raczej transportowe niż osobowe – w świetle licznych ucieczek drogą morską do USA, rozwijanie pasażerskiej żeglugi karaibsko-oceanicznej raczej nie jest leży w kręgu zainteresowań władz).
Owszem w Santiago jest nawet lotnisko. I to nawet międzynarodowe!

Tyle, że Santiago jest dość głośne, bardziej smrodliwe niż Hawana i do tego mocno obfitujące w żebraków, naciągaczy, zaczepiaczy i wszelakiej maści namolaczy
A relatywnie mało oferuje w zamian.
To miasto i jego okolice mają większe znaczenie ze względów historycznych (tej najnowszej historii Kuby, od czasów gdy młody Fidel postanowił wziąć sprawy w swoje ręce) niż zabytkowych (chociaż fort de Morro robi super wrażenie)
Mimo pierwotnego planu, aby spędzić tu urocze dwa dni, już pierwszego chciałyśmy uciekać byle dalej na wschód! Vamos a la playa!
Ale, że nie było czym (bilety na autobus wyszły przed nami) koniec końców zostałyśmy te 2 dni.
I dobrze, bo dzięki temu pierwszego dnia bezstresowo poszwendałyśmy się po mieście,zakończywszy dzień na tarasie hotelu Grando, próbując wraz z pewną roztańczoną Kubanką w wieku mocno post-balzakowskim, poderwać do tańca tłumy zblazowanych białasów.
Szczegóły pominę (Marta, pamiętaj: filmy tylko dla wybrańców!!! ;-) ) dość, że wyszłyśmy z fasonem i gracją, żegnane przez rozentuzjazmowane tłumy (no… prawie tak było ;-) )
Co robiłyśmy i widziałyśmy lub też robić i widzieć chciałyśmy:
- oprócz tańców na tarasie
- weszłyśmy do katedry, ale bardzo szybko z niej wyszłyśmy, bo zagęszczenie żebraków na jeden m2 prerosło naszą cierpliwość
- Muzeum Karnawału (ponoć są tu super karnawały – najlepsze na Kubie! Ale niestety nie w listopadzie, no to chociaż muzeum…)
- Muzeum klanu Bacardich – Senior Bacardi jeden z burmistrzów miasta to także, a może przede wszsystkim, załozyciel imperium rumowego.
- balkon Velazqueza – no, tego to dopiero się naszukałyśmY!
W zasadzie jest to ex-balkon, a konkretnie tarasik dawnego fortu, z którego można było obserwować ruchy w zatoce, za to dziś skrzętnie przed nami ukryty wśród współczesnej zabudowy
- Kwartał Moncady – to właśnie jeden z pomników historii Kuby: 26 lipca 1958, jeszcze za rządów Batisty, Fidel z funflami szturmował garnizon wojskowy tzw. Baraki Moncady
Atak się wprawdzie nie powiódł, ale od tego momentu Fidel stał się bezprzecznym liderem – symbolem walki o ‘lepszą’ Kubę, a data 26 Julio rozlała się po mundurach, chustach, sztandarach…
- el Castillo del Morro San Pedro della Roca – nadmorska twierdza z XVIIw. wpisana na listę UNESCO, kilka km za miastem (można dojechać taksówką, w tę i z powrotem, wraz z poczekaniem ile się chce – 15 CUC)
- rybacka wysepeczka Cayo Grandma – prawie tuż za el Morro (ok,2km), można do niej dopłynąć regularnym promikiem kursującym pomiędzy wysepeczkami i wybrzeżkami, a na zwiedzenie całej wysepeczki w zupełności wystarczy 0,5,
a jakby sobie dać z godzinkę to i lemoniadkę można wypić (oczywisćie pamiętając cały czas o powracającym na ląd promie!)

Dwa dni i chwatit! W sobotę jedziemy do Guantanamo!!! (
Nie, nie do TEGO :-) w sensie tego i nie tego, bo Guantanamo to nazwa połozonej najbardziej na wschód prowincji Kuby (ze stolicą w… Guantanamo), a wojskowa baza USA zajmuje tylko jej niewielką cząsteczkę.
Ale nas interesuje co inego: BARACOA – przez wieki odizolowana od reszty wyspy osada z paroma karaibsko-atlantyckimi plażami dookoła.
W końcu musimy przewietrzyć nasze maski i fajki!
Ale to juz w następnym odcinku…

 


 

JAK TO DOBRZE, ZE JEST

 GORACO!

30.11.2011 http://milimetr.net/2011/11/jak-to-dobrze-ze-jest-goraco/

19/11-21/11/2011

Obudziły mnie smażone huevos revueltos (czyli jajecznica). Co mnie nawet szczególnie nie zdziwiło, bo okna naszego pokoju (bez okien) wychodzą dokładnie na kuchnię (dopiero w niej są normalne, czyli bezszybowe framugi, czyli okna na świat zewnętrzny)

Nie zdzwiwiło mnie to również dlatego, że na Kubie codzienie na śniadanie są jakieś jajka (jajecznica, omlet, sadzone, i… na tym w zasadzie się kończy repertuar jajeczny).

Zaczęłam się dopiero dziwić, gdy smażenie trwało już dobre 15 minut i nie ustawało w natężeniu, za to supełnie nie generowało zapachu.

Dotarło. Obudziłam się. To nie jajecznica! to ulewa!

Welcome to Baracoa!

Baracoa to takie miasto(?), wieś(?), pueblo położone na najbardziej wschodnim krańcu wyspy (ok.1100 km od Havany, 250 km od Santiago de Cuba),

To zarazem pierwsze miasto Kuby, założone przez Velazqueza w 1511, który pozakładał ile się dało i sobie poszedł, zostawiwszy m.in. małą osadę za górami za lasami (palmowymi rzecz jasna), odizolowaną od reszty wyspy przez następnych kilka wieków.

Najtrafiej opisuje tę izolację autor przewodnika Lonely Planet:

„Take a pinch of Tolkien, a dash of Gabriel Garcia Marquez, mix in a large cup of 1960s psychodelia and temper with a tranquilizing dose of Cold War-era socialism. Leave to stand for 400 years in a gegraphically isolated tropical wilderness with little or no contact with the outside world. The result: Baracoa – Cuba’s weirdest, wildest, zaniest and most unique setlement..”

Czyż nie zachęcający opis? W skrócie: Tolkien, Marquez, psychodeliczna zimna wojna + 400 lat izolacji, czyli surrealizm w najczystszej postaci.

Ale nie dla niego tu przyjechałyśmy.

Tak naprawdę przyjechałyśmy tu z dwóch powodów:

1. Indianie Taino – pierwotna, prekolumbijska, ludność wyspy, której ślady odkryto i ujawniono w, cytuję za LP: „najnowocześniejszym muzeum Baracoa”!

Tia… Biorąc pod uwagę, że to jedyne muzeum w mieście, to faktycznie wszelkie sformułowania zaczynające się na ‘naj-’są jak najbardziej uzasadnione, a biorąc pod uwagę miejscowe standardy ‘nowoczesności’można uznać, że muzeum się w nich perfekcyjnie mieści.

Muzeum jest o tyle fajne,że to tak naprawdę swoisty skansen zycia Taino. Dwie jaskinie w zboczu góry, w których toczyło się życie Indian. Zycie i śmierć, bo jedna jedna z jaskiń okazała się być miejscem pochówków.

2. Drugi powód – nietypowy jak dla nas – to PLAżE!

W zasadzie wolimy oglądać pochówki Indian (takich czy innych), nie-Indian (takich czy innych), no ale być na KAraibach i nie potaplać się w morzu?! Czy innym oceanie?!?! No nie?

Uważane za najlepiej przysposobione dla turystów plażowanie znajduje się w Varadero, dlatego postanowiłyśmy dokładnie to miejsce ominąć. Baracoa za to w/g przewodników miała posiadać równie świetne za to wciąż dziewicze warunki.

No, trochę wyszło inaczej. Plaże miejskie raczej nie zachęca,ją, plaża przy prze knajpie La Punta (w dawnej twierdzy) okazała się zamknięta, więc w końcu jeździłyśmy 20km za miasto, na najlepszą rzekomo plaże regionu: Playa Maguana (przejazd wynajętym samochodem lub taksówką, z powrotem o dowolnej ustalonej godzinie 20-25 CUC, wynajęcie leżaczka 2 CUC, żarcie i drinki jak wszędzie indziej…)

Maguana jest skąpa – w piaseczek, rafy i rybki, jak się okazało również w słońce, które dość szybko się chowa z drzewami, a drugiego dnia nawet nie chce wyjść, ale za to bogata w nietypową faunę:

- czarną maciorę ze stadem małych słodkich warchlaczków, popijających nasze drinczki,

- miliony psów przegryzjących nasze kokosy, dzielnie zarazem przedłużających gatunek, na oczach turystów, udających, że tego nie widzą,

- kury dziobiące co popadnie, w tym nasze leżaki…

I to wszystko w cenie leżaków – w Varadero na pewno tego nie mają!

Było leniwie, było pięknie, było wakacyjnie, ale czas kontynuować nasze zwykłe wakacje, czyli wsiadamy w kolejnego „Viazula” i jedziemy 12 godzin do Camaguey (jazda też była urozmaicona, ale o tym w następnym odcinku)

 

 

UPALY JAK MALINY – SIE

 KONCZA…

12.12.2011 http://milimetr.net/2011/12/upaly-jak-maliny-sie-koncza/

23/11/2011

Camaguay

 

Wreszcie dojechałyśmy do Camaguay.

12 godzin urozmaiconych muzą, której nie powstydził by się Denis Russos, śpiewający repertuar Karela Gotta,i to po hiszpańsku!

I to głośno, bardzo głośno!

Ponadto zjadłyśmy wreszcie bardzo słodki przysmak typowo barakoański.

Tak typowo, że nie można go kupić w całym mieście, tylko gdzieś w górach, u znajomych króliczka, czyli kierowcy.

Potem zepsuł się na troszkę autobus, ale clue to była dziewczyna drugiego kierowcy, „rozluźniająca” go przed dalszą jazdą…

No dobra, ale w końcu dojechałyśmy.

Camaguey to, w ogole jakies dziwne miasto:

- najpierw ci kierowcy ze swoimi „dziewczynami kierowcow” – raczej nietypowi jak na „Viazul”

- potem trafilysmy do casy maskotkowego zboczenca – samotny facet w dużym domu upstrzonym milionem maskotek!

Trochę się bałysmy, choć był bardzo miły, ale jak wiadomo seryjny mordercy zawsze sa mili :-]

- następnie zaczal nas rysowac lokalny pubowy rysownik, który raczej widzial świat inaczej niż my

(na szczęscie dolaczyla do nas Ania i reszta, wiec przrzucił się na resztę – ktora też niekoniecznie była zadowolona z portretów)

- później w lokalu tanecznym z muzyka na zywo, kapela sie na nas obrazila (bo nie kupilismy plyty) i przestala grac po 4 kawalkach i poszla;

trudno musielismy sie podeprzec zwyczajowa „dzieweczka idaca do laseczka”,” sokoly” tez dobrze wchodza po pewnej ilości mojito

- a w koncu nie moglysmy sie z niego (tego miasta Camaguey) wydostac, bo jak sie okazalo, mimo wielokrotnych zapewnien skladanych przez autoryzowane osoby, jednak nie ma miejsc w autobusie do Trinidadu, a przedsprzedaz, czy jakikolwiek rodzaj rezerwacji, w Camaguey nie funkcjonuje!

Tak wiec zostalysmy w srodku nocy (tak, tak, ten autobus, ktorym mialysmy jechac, przyjechal 0 2:40 nad rzekomym ranem) wkurzone, zmęczone i tak zdesperowane, zeby uciec z tego miasta, że wynajęłyśmy prywatną taksowkę do Trinidadu (jedyne 100 CUC – taryfa nocna)

Odtąd już zawsze poruszałyśmy się przy pomocy prywaciarzy-lebkow a nie panstwowym „viazulem-srazulem”

 

24/11/2011

Trinidad – bardzo ladny, bardzo zabytkowy, bardzo kompaktowy, bardzo turystyczny.

I my – bardzo bardzo zmeczone… 3 zombie na wakacjach

Szkoda mi tego Trinidadu, bo moja percepcja byla w tym dniu zupelnie szczatkowa, zdolalam jednak zauwazyc, ze absolutnie warto tu przyjechac!

Miasto, ktore dzieki temu, ze fortuny cukrokracji przeniosly sie onegdaj gdzie indziej, zachowalo swoj XIX urok.

W tej chwili funkcjonuje jako miasto skansen – mam wrazenie, ze wszystkie domy to casy particular (w tym super casa Yolanda! oryginalny dom, cos na ksztalt meksykanskiej hacjendy, pelen bibelotow z epok przeroznych),

a wszyscy mieszkancy w taki czy inny sposob zyja z turystow, chocby sprzedajac im pamiatki na niezliczonych straganach

(dobre miejsce na zaopatrzenie sie w prezenty :-) )

 

25/11/2011

Cienfuegos

Trudno cos powedziec o Cienfuegos…Cienfuegos tia… nooo… to tez jedno z tych miast dawnej cukrokracji, co widac po licznych palacach i wypasionych chalupach. Tyle, ze Cienfuegos zdaje sie nie bardzo wiedziec co z tym zrobic.

Ma super potencjal turystyczny: polozony nad czysta zatoka, z mierzeja Punto Gordo, z palacami, teatrem, i inymi zabytkowymi budynkami, za to zupełnie bez restauracji, smazalni ryb i pijalni trunkow wszelakich, nawet bud z ciupagami i kapliczkami z muszelek nie maja, nie mowiac o internecie w 4-gwiazdkowym hotelu („zepsul sie”)

dla turystow absolutna nuda!

Za to trafilysmy do casy z uroczymi i bardzo pomocnymi wlascicielami – La Perla i Oreste. Oreste pomogl nam zamowic prywatna taksowke do Playa Larga za jedyne 40 CUC (bardzo dobra cena i mozliwa tylko wtedy, gdy żaden posrednik nie dolicza sobie marży)

 26/11-30/11/2011

Slodkie nierobstwo w Zatoce Swin

Zatoka Swin to taka zatoka, w ktorej dawno dawno temu (w czasach konkwisty jeszcze) pasly sie swinie. Bylo ich tak duzo, ze konkwistadorzy byli bardzo szczesliwi i wzieli i te swinie wyzarli.

Ale nazwa zostala. Choc bardziej znana z czasow nieudanej inwazji amerykanskiej w 1961, po ktorej ostały się, licznie usiane po plażach i bez- i drożach, betonowe bunkry

Zatoka Świń to takze bardzo dobre miejsce wypadowe do parku narodowego na polwyspie Zapata. A w nim to widzialysmy: kilka flamingów, jednego pelikana, trochę ibisów, dwa kraby i miliardy kaczek. A i jeszcze takie dwa szpatułkowce były. Ponoć w styczniu miliardy kaczek zastepują miliardy flamingów, za to w listopadzie jest cisza i spokoj… :-]

W tych pieknych okolicznosciach przyrody postanowiłysmy sie wygrzać przed nadchodzacą coraz szybszymi krokami zimą, oraz posyntetyzować nieco witaminy D3.

Czytaj: trzy dni plażowania na Playa Larga!!! W tym celu podarowałyśy sobie odrobinę luksusu, tzn. zamieszkłyśmy wyjątkowo w hotelu, a nie w casa particular. Tyle, że luksus na Kubie ma oblicze luksusu kubańskiego – kto się wychował w PL „za komuny”, to wie o czym mówię:

jest plaża – ale nie sprzątana

jest siatka – ale nie ma piłki (w sklepie do kupienia piłka do koszykówki!)

jest bungalow – ale tu się nie domyka, tam się przepaliło, a gdzieś się przewróciło, a niech se poleży

jest internet – ale „broken”

jest restauracja – ale strach wytrzeć usta serwetką

jest ręcznik – ale szybko zrezygnowałam nawet z pomysłu zabrania go na plaże, choćby żeby połozyć na leżaku

tak, są leżaki – ale banda cwaniaków tylko czeka, żeby wyrwać CUCa za… a nawet za nic, ot tak, po prostu

itd…

tak, casy mają często zdecydowanie wyższy standard!
Ale i tak fajnie było się popluskać i poleniwić w miętowym cieniu mojito – chyba się starzeję?! ;-)

A teraz ostatnie dni spędzamy w Hawanie, z malym wypadem do Vinales, na niebie szaro, na ziemi blyszczaco od deszczu – czas spadac!

Ostatnie fotki beda juz z Warszawy. Znaczy z Kuby ale juz w Wawie. Znaczy fotki beda jeszcze przedstawiac Kube, ale wysle je z domu. Znaczy wiecie, o co chodzi :-)

 

 

SZARO, BURO, WITAJ W DOMU!

13.12.2011

http://milimetr.net/2011/12/szaro-buro-witaj-w-domu/

Pierwsze szoki termiczne, dżetlagi, rotawirusy i podejrzane wysypki za nami (mam nadzieję ZA nami!
W odróżnieniu od „roboty nie -gołoty”, która wciąż przed i przed i przed (i robię i robię i robię, a ona konsekwentnie PRZED)!  Ba! nawet kubańska opalenizna  (dżiiii…dawno nie byłam tak opalona jak teraz, znaczy wówczas, znaczy jeszcze tydzień temu) jakby też już poprosiła o bilet powrotny do socjalistycznego raju (fakt, tu jakoś nie pasowała) i znikła.

Znaczy rzeczywistość postwakacyjna dorwała i gnębi, a czas skurczył się do nieprzyzwoicie mikroskopijnych rozmiarów (ach! gdzież te nudnawe, wydawałoby się, wieczory nad miętowo-limonkową Zatoką Świń?!)

Wpis podsumowujący  (niemożliwie genialnie błyskotliwy) ”się tworzy”, pełna galeria zdjęć (przepięknych, zniewalająco powalających) z wyjazdu „się tworzy”, a tymczasem to na co mnie chwilowo stać, czyli obiecane fotki z ostatnich dni w Hawanie,  z wypadzikiem do Vinales:

 

 

ps. czy ja mówiłam, że w Habana Vieja możnaby zrobić kilkudniowy detaliczny plener fotograficzny?
MOŻNABY! :-)